Z dna - Tadeusz Gajcy

Z dna

Jeszcze sny
rozwinięte pieniły się na masztach
i
w kościołach wilgotne dzwonki
wspinały się do ramion słonych
po wysmukłych łodygach naw.
Niebo zmarszczone pękło jak kasztan
i zatrzymali się głosem zdziwionym
w pośrodku codziennych spraw.

Jak witraże
oczu klęczące zorze
w pryzmatach światła wysokich.

W habitach ciszy brodzili bezradni w wieczorze
nie wiedząc co począć z prawdą cięższą od grzechu.
Trójkąty płonących miast mieściły się w dłoniach zacisznych jak łupinach orzechów.

Ten czas
wieścili już prorocy o brodach rozwianych szałem,
łamali słowa jak świece w twardych wersetach psalmów,
w krzakach płonących usta na grozę wołały,
że przyjdzie, że przyjdzie ten dzień w łunach upalnych.

Poeta, biały chłopiec o dłoniach kruchych jak pióro
wiedział już dawno o tym, kiedy w literach wierszy
wróżba pisała się sama i kształtem pochmurnym
wiodła sprawy ku światłu uwięzionemu w śmierci.

Wróżbici posępni jak zmrok widzieli w wnętrznościach zwierząt.

Z lotu ptaków poznali, z kadzideł wełnistych słupów,
że przyjdzie ten dzień, o który swą władzę poszerzą
i ziemię w palcach rozkruszą jak perłę z wyśnionych łupów.

Jeszcze sny
rozwinięte falowały na masztach,
niedziele były palmowe, dni rozsuwały się w kwiatach,
gdy ten dzień gniewnie opadł, w modlitwy uderzył jak kasztan,
perspektywy ulic podpalił wichrem husarskich skrzydeł,
tętentem kopyt wybuchnął oddzwaniającym w zaświatach.

Tadeusz Gajcy