.

.

piątek, 28 września 2012

Koncert jesienny na dwa świerszcze - Wojciech Niżyński



Koncert jesienny na dwa świerszcze

Za naszym oknem pada deszcz
Na piecu skrzypce stroi świerszcz
Dziewczyny płaczą, bo skończyło się już lato
I tylko słychać gdzieś

Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
W ogrodzie zasnął pod gruszą chochoł
I śni o pięknej dziewczynie
A Strach na wróble przydrożne wierzby liczy
Tańcząc na miedzy w objęciach polnej myszy

Koncert koncert koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
Koncert, co z babim latem odpłynie

Pnie drzew pokryły się dawno mchem
Wiatr rozwiał jeszcze jeden dzień
A na ścierniskach pozapalały się ogniska
W oddali snuje się
Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
W ogrodzie zasnął pod gruszą chochoł
I śni o pięknej dziewczynie
A Strach na wróble przydrożne wierzby liczy
Tańcząc na miedzy w opięciach polnej myszy

Koncert, koncert, koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
Koncert, co z babim latem odpłynie

Wywietrzał dawno zapach żniw
Szczelnie zamknięto wszystkie drzwi
Ludzie czekają może już jutro będzie biało
Pod piecem cicho brzmi
Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
Uciekł na drogę pokochał wierzbę i nagle gdzieś się rozpłynął
A strach na wróble leży samotny w polu
Mysz go rzuciła uciekła do stodoły
Koncert, koncert, koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie
Dziś ze świerszczami zasnął już na zimę

Wojciech Niżyński

We mgle - Hermann Hesse

We mgle

We mgle się wszystko nurza,
samotność domów i bram.
Drzewo nie widzi wzgórza,
każdy jest sam.

Pełen przyjaciół był świat,
światło sprzyjało życiu.
Teraz, gdy spada mgła,
wszystko zanika w ukryciu.

Zaprawdę nie wie nic,
kto nie przebywał w mrokach,
kto ócz nie widzi i lic —
powszędy ciemność głęboka.

Dziwnie we mgle wędrować,
życie kołacze u bram.
Człowiek przed ludźmi się chowa,
każdy jest sam.

Hermann Hesse
przełożył Jan Koprowski

Deszcz - Jerzy Liebert

Deszcz

I niebo ma swą miłość i swe całowanie -
W srebrnych kulkach, perełkach jest nieba kochanie.

Wiosną ciepłe są usta, jesienią wilgotne,
Dnie na wiosnę pogodne, a na jesień słotne.

I w płynące koronki i hafty wsłuchany,
Jak ziemia w pocałunki, wiem, żem jest kochany.

I jak deszczu muszelka co kołysze listkiem,
Twe serce moje trąca i dla mnie jest wszystkiem.

Jerzy Liebert

Azefowe prace - Anna Frajlich

Azefowe prace

Już nie kaszlę
ale wciąż czytam listy
Azefa
donos pokwitowanie
trzy donosy pokwitowanie
już wiem
kto woził bibułę
w jakim „czemodanie“
i nie pomogło to
ani carowi
ani Azefowi.

Ale donosy to tylko
część
jedna strona medalu

on sam tworzy spisek
aby móc donosić
takie były jego Azefowe prace.

Kim był kiedy był
czego chciał?

Nieraz spotykałam ludzi
którzy nie byli tym czym byli

ale czym byli?

Anna Frajlich

A chmury? - Anna Frajlich

Jan Stanisławski - Obłok - 1903
A chmury?

Te drogi przez kontynent
- przedtem tędy konie
ubijały nawierzchnię
w kurzu kopytami
a teraz my suniemy
zszarzałą Toyotą
i beton dziwnie skrzeczy
w skwarze pod kołami

a chmury?
- cóż im beton
koła czy kopyta
wiszą nisko kłębami
czasem się unoszą
to deszczem smagną ziemię
to znów się rozproszą
i pożeglują w przestrzeń
szlakami niebytu.

Anna Frajlich

Z sonetów ukraińskich - Bolesław Leśmian

Z sonetów ukraińskich
Józef Brandt - Kozak galopujący po stepie

O stepie! płaskorzeźbo złocistozielona!
Gdy księżyc martwym srebrem na tobie rozkwita.
Burza smutków, płaszczami wichrów półokryta,
Leci - i do twojego przytula się łona.

Czarne widmo kozaka pędzi w dal i kona,
I grzmi tętent daleki trwożnego kopyta.
Chmura kształtów dziwacznych, w szafiry zaryta,
Śpi jak mumia tęsknoty, blaskiem nasycona;

A step ją balsamuje wonnej piersi tchnieniem
I nagle przywabiony dzikim jej spojrzeniem,
Rzekłbyś - zrywa się z ziemi od jej ócz potęgi,

Płynie w dal niezwichrzoną, patrzy w gwiazd ślepotę,
A szatany stepowe - wielkie, szczerozłote.
W dzikim tańcu przez sine pędzą widnokręgi!

Bolesław Leśmian

Sonet 4 – cz. II - Sonety do Orfeusza - Rainer Maria Rilke

Sonet 4 – cz. II - Sonety do Orfeusza

O, to jest zwierzę, co nigdzie nie żyje.
Nie wiedząc o tym, cokolwiek się stanie,
kochali jego chód, postawę, szyję –
aż po cichego wzroku migotanie.

Nie było. Lecz że je kochali, było
przeczyste. Przestrzeń oddali mu stałą.
I w tej przestrzeni głowę podnosiło
lekko, tak że już prawie musiało

być. Nie karmili go ziarnem pszenicy
ni innym, tylko bytu możliwością.
I ta darzyła je tak wielką siłą,

że róg zrodziło. Nad czołową kością
wzbił się. I białe przyszło do dziewicy –
i było w srebrnym lustrze i w niej było.

Rainer Maria Rilke
przełożył Mieczysław Jastrun

Co myśli Pan Cogito o piekle - Zbigniew Herbert

Co myśli Pan Cogito o piekle

Najniższy krąg pieklą. Wbrew powszechnej opinii nie
zamieszkują go ani despoci, ani matkobójcy, ani także ci,
którzy chodzą za ciałem innych. Jest to azyl artystów pełen
luster, instrumentów i obrazów. Na pierwszy rzut oka
najbardziej komfortowy oddział infernalny, bez smoły,
ognia i tortur fizycznych.
Cały rok odbywają się tu konkursy, festiwale i koncerty.
Nie ma pełni sezonu. Pełnia jest permanentna i niemal
absolutna. Co kwartał powstają nowe kierunki i nic, jak
się zdaje, nie jest w stanie zahamować tryumfalnego
pochodu awangardy.
Belzebub kocha sztukę. Chełpi się, że jego chóry, jego
poeci i jego malarze przewyższają już prawie niebieskich.
Kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd – to jasne. Niedługo
będą się mogli zmierzyć na Festiwalu Dwu Światów.
l wtedy zobaczymy, co zostanie z Dantego, Fra Angelico
i Bacha.
Belzebub popiera sztukę. Zapewnia swym artystom
spokój, dobre wyżywienie i absolutną izolację od
piekielnego życia.

Zbigniew Herbert

Dziewięćdziesiąte urodziny - R. S. Thomas

Dziewięćdziesiąte urodziny

Podchodzisz pod górę długą ścieżką,
Gdzie zmieści się samochód, ale najbardziej
Nadaje się do wolnego marszu, i zapamiętujesz
Porost piszący historię na kartce
Szarej skały. Najpierw otaczają cię drzewa,
Ale ustępują miejsca starej paproci,
Domowi kozodoja: w ciepłe wieczory
Słychać jego kompozycje; jest południe i skwar,
Więc milczy, dźwięczą tylko
Pomniejsze głosiki: mucha i komar,
I szemrze potok. Jeszcze wyżej
Zrobisz sobie postój, i błyśnie sygnał
Dalekiego morza, a wtedy wrócisz
Na stromą, podpartą chmurą ścieżkę.

A tam na szczycie ta stara
Prawie stuletnia kobieta
w kamiennym domku oczekuje twojego nadejścia;
Czeka na wieści o zaginionej wsi,
Która podobno zna, o miejscu istniejącym
Tylko w jej pamięci.

Przychodzisz z pozdrowieniem
I chwalisz ją za to, że mimo strugającego kość
Noża czasu, wytrwała tak długo.
Jednak żaden most nie spina
Waszych światów, możesz tylko
Uprzejmie pochylić się nad otchłanią,
By posłuchać słów, co kiedyś były mądre.

R. S. Thomas
przełożył Andrzej Szuba

Kilka próz na swoje trzydzieste urodziny - Ryszard Milczewki-Bruno

Kilka próz na swoje trzydzieste urodziny

Pobłogosławiony na bonifratra?:
Handlowałem świniami – i poznałem się – na ludziach
Rozładowywałem wagony młotków
Prostowałem baranom rogi
Tudzież banany w porcie
Szyłem pokrowce – na co większe – pałace kultury
Opiłem kilka browarów – i tyleż – przespałem kościołów
Straciłem zęby w podróżach – do Abol?
Sławomir to syn a Yrta moja żona –
O, do oczu mi z nimi – i wiele gorzej - -
Oglądają mnie zwierzęta
Wykpiwa kapusty poezja
Ćma w moich snach się mota –
Za czerwono
I pod pachami siwieję - -
Hajdawery ściągnę chyba
I do tyłka śpiewać zejdę – albo i dalej - -

Dobra ta moja szczęśliwość

Ryszard Milczewki-Bruno

Dzisiaj są moje urodziny - Edward Stachura



Dzisiaj są moje urodziny

Dzisiaj są moje urodziny,
Które obchodzę bez rodziny
Daleko, wysoko, wśród manowców,
W pokoiku na wieży hangaru dla szybowców.

Zupełnie tu nieźle jest mi,
Organki mi służą do gry.

Na twarzy obeschły już łzy,
Już warg nie zagryzam do krwi.

Niech żyje Polska!
Niech żyje Polska!
I ty, co rodzisz się, żyj!

Niech żyje Polska!
Niech żyje Polska!
Będziemy razem żyć!

Jutro raniutko jak ten szczygieł
Wstanę, umyję się, zagwiżdżę,
I zejdę w doliny zaludnione
Roboty poszukać i wdzięcznej narzeczonej.

Jak los będę pukać do drzwi,
Aż wreszcie otworzysz mi ty.

I powiesz: Miły mój, witaj mi!
Tęskniłam tysiąc nocy i dni!

Niech żyje Polska!
Niech żyje Polska!
I ty, co czekasz, żyj!

Niech żyje Polska!
Niech żyje Polska!
Będziemy razem żyć!

Edward Stachura

Miłemu na urodziny - Alicja Rybałko

Miłemu na urodziny

Na mym ramieniu siedzi jego dusza
i szepcze czułe słowa w rusałczane ucho.
W muszli ucha krew szumi, w mózgu szumią myśli.
Ile centymetrów dzieli je od siebie.

Czas chodzi dokoła, utyka jak zegar.
Ile drobnych potknięć dzieli nas od siebie.

Alicja Rybałko

Kto chce, bym go kochała - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Kto chce, bym go kochała

Kto chce, bym go kochała, nie może być nigdy ponury
i musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry.
Kto chce, bym go kochała, musi umieć siedzieć na ławce
i przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce.

I musi też umieć ziewać, kiedy pogrzeb przechodzi ulicą,
gdy na procesjach tłumy pobożne idą i krzyczą.
Lecz musi być za to wzruszony, gdy na przykład kukułka
kuka lub gdy dzięcioł kuje zawzięcie w srebrzystą powłokę buka.

Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić,
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści,
i nie wiedzieć nic, jak ja nic nie wiem, i milczeć w rozkosznej ciemności,
i być daleki od dobra i równie daleki od złości.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Czerwone wino - Jan Lechoń

Czerwone wino

Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadajace.

Renoir chyba w sadzie pomalował śliwy,
Tak ich skórka zielona, a brzegiem liliowa,
I wszystko tu coś znaczy, tylko brak na słowa.
Ach! jak tu odpowiedzieć, czy jestem szczęśliwy?

Jak nurek schodzi w mroki tajemniczych głębin,
Gdzie się przepych koralu bogato rozpina,
Tak ja wypijam wzrokiem czerwoność jarzębin,
Lub próbuję wargami czerwonego wina.

Jan Lechoń

środa, 26 września 2012

Cyd, akt I, scena 6. (fragment) - Stanisław Wyspiański

Stanisław Wyspiański - Autoportret 1893-94
Cyd, akt I, scena 6.
(fragment)

Nie mierz mnie swoją miarą.
Jestem wyższy nad tłumy.
Gróźb serce się nie lęka
ani nie lęka się gromu.
Czyjaż go rzuci ręka?
Mogą mnie losy skazać
na nędzy cierpką dolę,
lecz to zachowam zawdy:
honor i własną wolę.

Stanisław Wyspiański

Na Witkacego - Tadeusz Borowski

Witkacy, Kuszenie św. Antoniego
Na Witkacego

Ten ci miał jaja!
Umiał żyć wśród kurew
i tylko dwa napięcia kierunkowe czuł:
z dołu – na ukos – w górę,
z góry – na ukos – w dół!

Tadeusz Borowski

Ulotność - Piotr Rogucki



Ulotność

Oto się rodzi wobec świata nowa bajka, nowy sen.
Nie będzie skrzatów, krasnoludów, tylko nastrój, tylko dźwięk.
Jeżeli serca wam nie spłoną, to na darmo szukam słów.
Jeżeli zadrżą i załkają, to w poezji mieszka Bóg.

Niech pada deszcz, niech wieje wiatr.
Ulotność spraw zostaje w nas.

Z moich wieczorów uzbierałem meteorów srebrny kurz.
Z moich podróży same kształty, które tworzą ciepły ton.
Wszystko przynoszą wam i daję, jak pachnący, jasny chleb,
Byśmy się wzajem przekonali jak smakuje nowa pieśń.

Niech pada deszcz, niech wieje wiatr.
Ulotność spraw zostaje w nas.

Piotr Rogucki

Rżyska orniska oddaliska... - Józef Baran

Józef Chełmoński - Babie lato - 1875
***

rżyska
orniska
oddaliska
porykiwania krów
rozwleczone
po niebie i ziemi
jakby ktoś bliski kochany
odjechał
za lasy za góry
i powiało
chłodem jesieni

Józef Baran

Codzienny lipcowy cud - Józef Baran

Vincent Van Gogh
Codzienny lipcowy cud

zbudzić się wcześnie
usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt.
a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach

prawie słyszeć plask blasku o szybę
trzymać w ręku klucz poranka do całego Wszechświata
i do
najczystszej gamy
przez ptaki
wyśpiewanej
w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu
co w moim ogrodzie zwiastuje znów

coranny cud

Józef Baran

Lipcowe ważenie się szal - Józef Baran

Lipcowe ważenie się szal

Lato
brzemienne w upały
waży się ponad polami
niczym Wielka Ważka
na promiennych szalach

dojrzewają żyta i błękity
polami biegną ku niebu słoneczniki
wszędzie pleni się bujna pełnia lata
nie naruszona
promieni
pokosem
i nie słychać jeszcze by śmierć
ostrzyła kosę

za górą za rzeką
za losem

między nami
słoneczne mosty
i miłosne esemesy
kreślą w powietrzu
motyle

tak chciałoby się
wstrzymać w locie czas i blask

i zastygnąć
w oniemiałym zachwycie

gdy nie wiadomo co począć z
z Pięknem
którego w oczach

aż tyle!

Józef Baran

Widok z ziarnkiem piasku - Wisława Szymborska

Widok z ziarnkiem piasku

Zwiemy je ziarnkiem piasku.
A ono siebie ani ziarnkiem, ani piasku.
Obywa się bez nazwy
ogólnej, szczególnej,
przelotnej, trwałej,
mylnej czy właściwej.

Na nic mu nasze spojrzenie, dotknięcie.
Nie czuje się ujrzane i dotknięte.
A to, że spadło na parapet okna,
to tylko nasza, nie jego przygoda.
Dla niego to to samo, co spaść na cokolwiek,
bez pewności, czy spadło już,
czy spada jeszcze.

Z okna jest piękny widok na jezioro,
ale ten widok sam siebie nie widzi.
Bezbarwnie i bezkształtnie,
bezgłośnie, bezwonnie
i bezboleśnie jest mu na tym świecie.

Bezdennie dnu jeziora
i bezbrzeżnie brzegom.
Nie pojedynczo ani mnogo falom,
co szumią głuche na swój własny szum
wokół nie małych, nie dużych kamieni.

A wszystko to pod niebem z natury bezniebnym,
w którym zachodzi słońce nie zachodząc wcale
i kryje się nie kryjąc za bezwiedną chmurą.
Targa nią wiatr bez żadnych innych powodów,
jak tylko ten, że wieje.

Mija jedna sekunda.
Druga sekunda.
Trzecia sekunda.
Ale to tylko nasze trzy sekundy.

Czas przebiegł jak posłaniec z pilną wiadomością.
Ale to tylko nasze porównanie.
Zmyślona postać, wmówiony jej pośpiech,
a wiadomość nieludzka.

Wisława Szymborska

Rozpacz - Anna Świrszczyńska

Rozpacz

Ręka bez broni
podnosi się do nieba
chwyta niebo palcami za gardło
i opada.

Anna Świrszczyńska

Obraz - Kazimierz Wierzyński

Obraz
Pamięci Stefanii Zahorskiej
Był obraz na żółtym, napiętym płótnie,
Kolory w czerwonym oleju, w jasności szkła,
I nagle starto ten obraz, zostało lustro matowe,
Szklana kra.

Weszła w to lustro, mówili: idź dalej,
Do końca suchej ciemności, więc szła,
Coraz to dalsza, coraz to mniejsza,
I tylko skaza po niej została,
Rtęć wykruszona
W marmurze matowym szkła.

Kazimierz Wierzyński

Sam sobie winien - Stanisław Barańczak

Edouard Manet - 1877
Sam sobie winien

Po co mu to było,
to wszystko: czy musiał mieć
wszystko naraz; skoro już sobie pozwalał
na różne postępki, to po co mu jeszcze
ten luksus
ich zgodności ze słowami, skoro mógł sobie
pozwalać i na słowa, to niby czemu chciał mówić
koniecznie to, co myślał, skoro wolno mu było myśleć
„myślę”, to po co mu na dokładkę
ten wniosek „więc
jestem”, skoro już nawet nikt mu nie bronił być,
to nie mógł po prostu być sobie?

Stanisław Barańczak

Zapomnienie - Pablo Neruda

Zapomnienie

Jak się nazywasz – zapytało mnie drzewo –
i jakie masz liście?
Wieża zapytała:
jak wysoki jesteś?

Wyciągnąłem się na ziemi
i nie zapytała o nic, nic mi nie powiedziała;
wie wszystko, bo oczekuje
i wszystkiego się nauczyła od tych, co czekali;
wie już tak dużo, że jest jak zapomnienie,
tak właśnie, nie istnieje kres,
nie ma końca, nie ma
końca, w zapomnieniu ostatniej kropki nie ma.

Pablo Neruda
przełożył Jan Zych

(Wiersz dla Mariny Cwietajewej) - Osip Mandelsztam

***
(wiersz dla Mariny Cwietajewej)

Mikhail Vasilyevich Nesterov - Anioł
Nie wierząc w cuda zmartwychwstania,
Chodziliśmy na cmentarz co dnia.
Czy wiesz, że ziemia niesłychanie
Do wzgórz tych wszędzie jest podobna.
[w tym miejscu brakuje dwóch strof]*
...................................
...................................
Tam gdzie z urwiska spada Rosja
Nad morzem czarnym i dalekim.
Od stromizn góry monasterskiej
Szeroka w dół ucieka łąka.
Mnie po równinie włodzimierskiej
Nie chciało się po Krymach błąkać,
Ale pozostać w tej drewnianej
Osadzie nawiedzonej, mrocznej,
Przy takiej mniszce mgłą owianej
Znaczy – nieszczęściu spojrzeć w oczy.
Całuję opalony łokieć
I skrawek czoła niby z wosku,
Wiem – on się skrył pod złotym lokiem,
Dlatego właśnie biały został.
Całuję przegub – tuż nad dłonią
Od bransoletki smuga biała.
Taurydy lato żarem płonąc
Potrafi takie cuda zdziałać.
Jak szybko się tak smagłą stałaś

I przyszłaś do stop Męki Boskiej,
Zapamiętale całowałaś,
A taka dumna byłaś w Moskwie.
Nam pozostaje tylko imię –
Cudowny dźwięk na długie czasy.
A więc przez moje dłonie przyjmij
Przesypywany morski piasek.

Osip Mandelsztam
tłum. Seweryn Pollak
PS. *Dopisek Mariny Cwietajewej

Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu - Janina Brzostowska

Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu

Po cóż było się tak śpieszyć, kolego?
Nieopatrznie, nagle odchodzić?
Na dalekim, nieznanym brzegu
czy nie zabłądzisz?

Nie obawiaj się niczego, nie lękaj!
Ocaliłeś od zapomnienia
gwiazdę śniegu na lokach żony,
rąk matczynych przytulenia...

Leśniczówkę nad olsztyńskim jeziorem,
dzikie wino na gzymsach muru,
ów na szybie promień księżyca,
w którym nieraz maczałeś pióro...

Na poezji zielonych wzgórzach
zostawiłeś ślad swoich kroków...
Kwitły słowa twoje jak róże,
gdy śpiewały pracę i Pokój!
A że bardzo życie ukochałeś,
więc przyjmując cię w kompanii poczet,
i Wit Stwosz, i Corelli i Breughel
żałowali cię, żeś od nas odszedł.

Janina Brzostowska

Nocny testament - Konstanty Ildefons Gałczyński

Nocny testament

Ja, Konstanty, syn Konstantego,
zwany w Hiszpanii mistrzem Ildefonsem,
będąc niespełna rozumu,
piszę testament przy świecach.

Ćmy się, zaznaczam, kręcą przy lichtarzach
i drżą, i ręka mi drży -
a więc majstrowi, co lichtarze stwarzał,
zapisuję czerwcowe ćmy.

Jeśli kiedy go rozwlecze chandra,
w wieczór będzie wśród tych ulic stąpał,
ćmy się zaczną kręcić na werandach,
ćmy zobaczy, twarze w złotym dymie
i przystanie, i wspomni me imię.

A poetom żyjącym i przyszłym
zapisuję mój kaflowy piec,
w nim spalone myśli i pomysły,
czyli różne gry niewarte świec,
nadto księżyc, pełny mój kałamarz,
co mi sprzedał go wędrowny kramarz.

Jeśli tedy kiedyś, w latach innych,
jak ja dzisiaj nocą wzniosą głos
i rozłożą swoje pergaminy,
wzdychać zaczną, jak uwieczniać noc -

to ja będę w kuszeniach chmur,
w pergaminach i skrzypieniach piór,
bom ją nocą zaszumiał i odszumiał,
i do dna jej partytury zrozumiał.

Córce mojej Kirze, tancerce,
zapisuję niebiosa siódme,
cherubinów modlących się z tercyn,
szum wysoki i światła ułudne,
i przyrodę jej skrzynie sekretów -
niechaj z niej się uczy swoich baletów.

Teofilowi, gdy się w mieście zmierzchnie,
daję całą uliczkę do szeptów
oraz pewną bramę na Lesznie,
gdzie był kuty w żelazie Neptun,
ale uciekł, bo miał wstręt do miasta.
Teraz w niebie jest spokojna gwiazda.

Wszystkim dobrym cały czas, co wezbrał
na tej ziemi, daję jak alfabet:
pory roku ze złota i srebra
i dzięcioły, i te muszki nawet
wieczorami, wielkim rojem, przy akacjach,
w głębi zorza, z której się nie wraca...

Wierszom moim fosforyczne furie
blaskiem w wertep ciemny i zły -
a mojej Smagłej, mojej smukłej, mojej Pochmurnej
łzy.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Jak zatrzymać tę chwilę - Jeremi Przybora



Jak zatrzymać tę chwilę

Jak zatrzymać tę chwilę jesienną -
plamę słońca na słot długim paśmie -
te ostatnie motyle przede mną
na tej róży ostatniej, co gaśnie?
Jak? Jak?
Jak zatrzymać chwilę tę?
Jak jej nie dać odejść w mgłę?
Jak jej nie dać odejść w mgłę?
W mgłę?

Jak zatrzymać ten zegar w pół kroku,
co mu jest cichym świerszcz sekundnikiem?
Jak zatrzymać ten pośpiech obłoków
i ten wyraz twych oczu, nim zniknie?
Jak? Jak?
Jak zatrzymać wszystko to?
Nie dać, żeby zaszło mgłą -
nie dać, żeby zaszło mgłą -
mgłą?

Jak zapobiec odejściu tej chwili,
która z odejść się składa aż tylu?
Chyba tylko tę furtkę uchylić
i przez furtkę tę odejść z tą chwilą.
Tak, tak-
wraz z jesienną chwilą tą -
odejść, zasnuć siebie mgłą -
odejść, zasnuć siebie mgłą -
mgłą.

Jeremi Przybora

Ponaddźwięk - Mirka Szychowiak

Ponaddźwięk

Jaki natrętny chaos – gdy cisza wymyka się,
dudni w tym wielkim domu i wyobrażam
sobie, że nie jestem sama. Ale dzisiaj coś
przejrzało tę grę, nadaje sygnały, jest w nich
groźba, mało ludzkie tonie, raczej pisk
niż głos. Pełno go w ustach czuję, potem wpełza
między splątane jelita i pali. Zaraz wybuchnie
jedna z moich planet, zasypie ziemią wszystkie
znaleziska, krew się wystudzi i popłynie wolniej.

Coś tu umiera, choć wciąż jestem ciepła.
Krew trudno zmyć; krwią, jeśli się uda,
na skórze napiszę, że tu kiedyś życie było.

Mirka Szychowiak

Wiersz o starości - Hermann Hesse

Wiersz o starości

Że coraz częściej z cichym żalem
Przez pól zielonych idę runo
I gdzieś w powietrzne patrzę dale,
Jak jasne chmurki bystro płyną —

Że się w ogrodzie zatrzymuję,
Gdzie pośpiech dzieci w zieleń żenie,
I długo w ciszy oczekuję
Na uśmiech i na pozdrowienie —

I że nikomu nie zazdroszczę
Sławy, orderów ni nastroju,
I taki spokój w sobie goszczę —
Czy to już jesień? czy śmierć to już?

Hermann Hesse
przełożył Jan Koprowski

Mama wspominała dawne czasy - Józef Baran

Mama wspominała dawne czasy

moja prawie stuletnia mama
opowiada rewelacje
sprzed prawie stu lat
jakby były niusami z wczoraj

a ja słuchając ich
po raz setny
udaję że słyszę
pierwszy raz
i wykazuję nimi tak żywe
zainteresowanie
że na chwilę
ożywiam mamę

Józef Baran

Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis - Czesław Miłosz

Uczciwe opisanie...

Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są nienasycone.

Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach,

Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.

Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości.

Nieprawda, robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni.

Nie pożądam tych właśnie stworzeń, pożądam wszystkiego, a one są jak znak ekstatycznego obcowania.

Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji,
i w połowie z apetytu.

Jeżeli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj, tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości.

Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, całą niepojętą, niepojętą mnogość widzialnych rzeczy.

Czesław Miłosz

Szalony, sprośny starzec - William Butler Yeats

Szalony, sprośny starzec

"Szaleję za kobietami,
Więc każdy wzgórek mi drogi -
Rzekł sprośny, namiętny starzec,
Wędrujący, gdzie niosą nogi. -
Abym nie zdechł na własnym barłogu
I niech oczy mi zamkną twe ręce,
O to proszę Starca w niebiesiech,
O to jedno, miła, nic więcej.

Już brzask, przygasa ogarek.

Ciepłe twoje słowa, miła,
Więc reszty też nie wzbraniaj.
Kto wie, kiedy stygną chętki,
Ile przed starym kochania?
Ja dam ci to, czego próżno
U jurnego szukasz młodzika:
Słowa, co serce przeszyją,
Gdy on umie tylko dotykać."

Już brzask, przygasa ogarek.

Sprośny staruch z tęgim kijem w ręku
Od dziewczyny usłyszał te słowa:
"Nie w mojej mocy wzbraniać
Miłości lub ją darować.
Starszemu ją całą oddałam,
Starzec w niebie jest moim wybrańcem.
Nie mogą zamknąć ci oczu
Ręce zajęte różańcem.

Już brzask, przygasa ogarek.

"Idźże więc swoją drogą, idź,
Inaczej sobie pocznę,
Dziewczęta na wybrzeżu w lot
Pojmują sprawy mroczne.
Ze starym sprośne żarty,
Z młodym rybakiem taniec,
Gdy noc spowije wody,
Rozkładają posłanie.

Już brzask, przygasa ogarek.

W ciemności jestem młody,
W dzień - sprośny, szalony staruch,
Z którego koń by się uśmiał,
Choć mocą instynktu i czarów
Znam najtajniejsze sprawy,
Od wieków w sercu skrywane,
O których nie ma pojęcia
Ich młody, pryszczaty kochanek.

Już brzask, przygasa ogarek.

Jak mało kto wiem o tym,
Że cierpią wszyscy ludzie,
Czy wspięli się na szczyt,
Czy tkwią w przyziemnym trudzie.
Wioślarz zgarbiony w łodzi,
Jeździec na grzbiecie konia,
Tkacz przy swoim warsztacie,
Dziecko w matczynym łonie.

Już brzask, przygasa ogarek.

Bo kto dobrze ma we łbie, wie,
Że mękę wypalić może
Świetlisty błysk zesłany
Przez tego Starca z przestworzy.
Lecz ja gorszą cząstkę obrałem,
Stary gbur, i już się nie zmienię:
Tylko na piersi kobiecej
Znajduję zapomnienie."

Już brzask, przygasa ogarek.

William Butler Yeats
tłum. Ludmiła Marjańska

Kordian, akt II, Wędrowiec (fragment) - Juliusz Słowacki

Kordian, akt II, Wędrowiec
(fragment)

Był wiek, żem ja w dziecinnych marzeniach budował
Wszystkie stolice ziemskie, dziś je widzę różne;
Alem pierwszych obrazów w myśli nie zepsował,
Są dziś porównań celem jak księgi podróżne.
Rzeczywistości naga, wynagrodź marzenie!
Obym się sam ocenił, skoro świat ocenię.

Juliusz Słowacki

poniedziałek, 24 września 2012

Czas - Włodzimierz Dulemba



Czas

Czas dla nas już płynie i zanim noc minie
Zbudzisz się przy mnie jak kwiat snu
Będziemy ty i ja zaplatać warkocz zorzy
Na nowe świtanie jasnego dnia
Na nowe wstawanie płatka róży
Na nowe czekanie spadania gwiazd
Na nowe wstawanie kwiatka róży
Odtąd będziesz dzielił ze mną czas na pół
Ciepłem lekkim twych dłoni

Nasz szczęściem nakryty stół
I kwiaty pachną na nim
Już słychać tętent dnia
Jak galop młodych koni
Pęd życia z naszych ciał
Przyniesie nowy płomień
Przyniesie nowy płomień
Maleńki płacz

Nasz szczęściem nakryty stół
Choć gwiazdy przyszłość kryją
Przed nami czasu zdrój
Świt będzie jasną chwilą
I zdarzy się nam cud
By czekać aż on zaśnie
By patrzeć jak on rośnie
Maleńki pąk

Włodzimierz Dulemba

Nieomal - Tadeusz Dąbrowski

Nieomal

Patrzę na kobietę z drugiego końca sali,
nie widzę dokładnie jej rysów twarzy, lecz
wiem, że jest piękna. Podobna do mojej Agnieszki,
nieomal identyczna. A może to ty przebrana
za siebie, żeby sprawdzić, czy umiałbym cię zdradzić.

I aby poczuć, że tak.

Tadeusz Dąbrowski

Powiedziałeś: przyjdę do ciebie nocą - Halina Poświatowska

***

Powiedziałeś: "przyjdę do ciebie nocą gdy będziesz
spala skulona jak ciepły mruczący kot".
I teraz czekam na ciebie przez wszystkie wieczory.
Rozgniatam usta o pierze poduszek rozsnuwam włosy
kolor zeschłych liści po gładkim chłodnym prześcieradle.
Zanurzam ręce w ciemność owijam wokół palców milczące
gałęzie. Ptaki śpią. Gwiazdy nie potrafią uskrzydlić
ciężkich chmur. Noc rośnie we mnie — minuty —
czerwone krople tętniącej krwi przebiegają ostrożnie.
Na palcach powoli przez zamknięte okno wchodzi ostry
zimny księżyc.

Halina Poświatowska

Za całą moją miłość - Halina Poświatowska

***

za całą moją miłość — bracie Aniele
dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo

a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic

w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko do ziemi
— jak ciało moje do twego —
przywiera moje niebo

Halina Poświatowska

Mój dom jest teraz pełen zasadzek - Halina Poświatowska

***

mój dom jest teraz pełen zasadzek
lepiej nie przychodź do mojego domu
są tam moje usta czerwone jak pamięć
i moje ręce — zwierzęta o sierści zwinnej
i moje oczy — latarnie na morzu
i krzyk moich oczu bo czas pochmurny
i tuż przy drzwiach stoją moje nie obute stopy i żebrzą
i cały pokój jest chłodny od lęku
i ciemny od pragnienia

Halina Poświatowska

Podróż zimowa - XXIII - Stanisław Barańczak

Henry Hargreaves
Podróż zimowa - XXIII

Gdy świeci nam neonów blask –
bądź wielkoduszny, nie szydź z nas.

Gdy zgiełkiem w nas głuszymy strach –
wiedz chociaż, co widzimy w snach.


Gdy plami nam nienawiść twarz –
przed lustrem postaw, spojrzeć każ.

Gdy nużą nas sprzeczności prawd,
od Uproszczenia umysł zbaw.


Gdy nie umiemy mówić wprost –
rozpoznaj nasz prawdziwy głos.

Stanisław Barańczak

Bardzo smutna rozmowa nocą - Anna Świrszczyńska

Bardzo smutna rozmowa nocą

- Powinnaś mieć wielu kochanków.
- Wiem, miły.
- Miałem dużo kobiet.
- Miałam mężczyzn, miły.
- Jestem człowiek skończony.
- Tak, miły.
- Nie ufaj mi.
- Nie ufam, miły.
- Boję się śmierci.
- Ja też, miły.
- Nie odejdziesz ode mnie.
- Nie wiem, miły.
- Jestem sam.
- Jak ja, miły.
- Przytul się do mnie.
- Dobranoc, miły.

Anna Świrszczyńska

niedziela, 23 września 2012

Niedziela - Bolesław Leśmian



Niedziela

Za miastem na odludziu - rozpacz i Niedziela!
Puste niebo zaledwo ziemi się udziela.

Dwoje nędzarzy bladych z miłości i strachu
Szuka w rowie przytułku dla pieszczot bez dachu.

On jej piersi, zużytym śmiałkujące czarem,
Ogarnia skrzętnej dłoni przymilnym sucharem.

A ona w zmierzchach rowu źrenicami dnieje
Oddając, zamiast cnoty - mus i beznadzieję.

Niedołężni od żądzy, śmieszni od pośpiechu
Uzręczniali się gnuśnie do żwawego grzechu.

Do jej włosów wargami wpełzał, jak do krzaka,
Raz tylko czułe słówko szepnął na bosaka.

I ona, nim wylgnęła z rąk uboczem ciała
Raz się tylko do niego mgłą przycałowała.

Trudno im, w twardym łożu głodne żarząc brzuchy,
Ciułać steranych pieszczot poniszczone puchy!

Nawet w snach upojenia tkwią zadry i sęki:
Trzeba się docałować do nacichłej męki.

Trzeba dreszczom dać dostęp do zbolałych kości -
Więc kochali się wrogo - na przekór miłości.

Poistnieli dla siebie z łaski tego cienia,
Co ich w rowie od reszty wygrodził istnienia.

Milczkiem rozkosz spożyli - z dala od wesela,
Tyle tylko, że była naokół Niedziela!

Bolesław Leśmian

Sumnienie - Juliusz Słowacki

Sumnienie

Przekląłem - i na wieki rzuciłem ją samą,
I wzburzony, nim księżyc zabłysnął wieczorem,
Jużem się od niej długim rozdzielił jeziorem.
A gdy się toń jeziora księżycową plamą
Osrebrzała, gdy wichry zawiewały chłodniej,
Jam jeszcze leciał - jeszcze uciekałem od niej.

I może bym zapomniał - bo koń leciał skoro,
Bo mi targały myśli tętniące kopyta.
Gdzie ona? - oszukana - przeklęta - zabita...
Patrzę na niebo, księżyc, na gwiazdy, jezioro...
Wszak jęk tu nie doleci, wszak łez nie zobaczę.
To jezioro - to fala - to nie ona płacze.

I może bym zapomniał... lecz gdy to spostrzegła
Blada światłość księżyca, krok w krok za mną biegła.
Próżno się zatokami wężowymi kręcę,
Wszędy mnie księżycowa kolumna dopadła,
Jak by się ta kobieta do stóp moich kładła,
I niema płaczem, za mną wyciągała ręce.

Juliusz Słowacki

Opętany Zamek - Edgar Allan Poe

Tomasz Sętowski - Zamek alchemika (fragment obrazu)
Opętany Zamek

W najzieleńszej z naszych dolin,
Od aniołów zamieszkały,
Promienisty i pogodny -
Niegdyś zamek stał wspaniały.
Tam - w krainie władcy Myśli
Stał świetlany zamek ów:
Żaden seraf nie nakreśli
Skrzydłem cudnych takich snów.

Kołysał się tam na dachu
Szereg złotych flag bogaty:
Ach - to wszystko było dawno,
Przed dawnymi bardzo laty.
Z wietrzykami, co igrały
W posłoneczne owe dnie -
Przez omszone, jasne wały
Wonny eter w sale mknie. -

Wędrownicy, w tej dolinie,
Przez dwa okna jaśniejące
Widzą duchy, w takty liry
Melodyjnie kołujące
Wokół tronu, lśniąc wspaniale,
Iście, jak porphyrogen,
W należytej widniał chwale
Świetny zamku władca ten.

Promiennymi od rubinów -
Świetlanego zamku wroty -
Płyną - płyną - ciągle płyną
Muzykalne ech istoty,
Których słodkim było losem
Wciąż królowi nucić śpiew,
Ponad wszystko cudnym głosem -
Wiedzy ludów niosąc siew.

Aż ci naraz w czarnych szatach
Spadła chmura klęsk obfita;
Płacz, bo nigdy złota zorza
Już nad zamkiem nie zaświta.
I ów pałac - co jaśnieje
Dotąd chwałą - w mroki padł -
I straszliwe jakieś dzieje
Z niepamiętnych dźwiga lat.

A wędrowcy dziś w dolinie
Przez dwa okna krwią płonące -
Widzą formy, rozdźwięczone
Fantastycznie kołujące -
I jak rzeki wir szalonej
Rój zgrzytliwych płynie ech,
Poprzez wrota - wykrzywiony
Bez uśmiechu w wieczny śmiech.

Edgar Allan Poe
przełożył Antoni Lange

Szczęśliwych chwil, szczęśliwych dni - Edgar Allan Poe

Szczęśliwych chwil, szczęśliwych dni

Szczęśliwych chwil, szczęśliwych dni
Zaznało serce me rozdarte...
Sny o potędze, dumne sny
Minęły z wiatrem.

Sny o potędze? Śniłem tak...
Jak zórz zniknęły złote pasmo.
Młodości wizje gasną wszak...
Niech sobie gasną.

A duma? Cóż po tobie, cóż?
Twoją trucizną i katuszą
Ktoś inny truje się z mych kruż...
O, zamilcz, duszo!

Te szczęsne chwile, szczęsne dni
Widziałem - jakże oku miłe...
Sny o potędze, dumne sny
Już raz prześniłem.

Lecz gdyby nawet chwil tych blask
I dawne męki znów wróciły -
Nie, nie! Tak cierpieć jeszcze raz
Nie miałbym siły.

Bo na ich skrzydle czarny cień...
A gdy to skrzydło załopoce
Trucizna w duszę spływa zeń -
W duszę, co zna jej moce.

Edgar Allan Poe
przełożył Włodzimierz Lewik

Do F.S.O. - Edgar Allan Poe

Do F.S.O.

Chcesz być kochana? Niech serce twe, miła,
Własnego trzyma się podwórka.
Bądź, jaką jesteś, jaką byłaś,
Nie przystrojoną w cudze piórka.

Wtedy dla świata twój urok nieśmiały,
Twój wdzięk, twe piękno niemal boskie
Będą dla wszystkich przedmiotem pochwały,
A miłość - zwykłym obowiązkiem.

Edgar Allan Poe
przełożył Włodzimierz Lewik

Sonety Wagnerowskie - 1. Lohengrin - Stuart Merril

Sonety Wagnerowskie
1. Lohengrin

Niby wstęga w heroldów rękach uroczysta,
Powiewają szkarłatem królewskie sztandary –
I wspaniałym zaciągiem rycerstwo i pary
Zeszli się wokół tronu, ku czci Jezu Chrysta.

Nad rzeką rozpłakana płacze Elza czysta
I cudu oczekuje na łzy – pełna wiary:
Lecz trwodze jej ogromne urągają gwary
I jak grom ku niebiosom trąba gra złocista.

Naraz milczenie. Grozą wszystkie płoną oczy,
Bo jak sen, wychodzący z chmur i fal przeźroczy,
Na brzegu – party wichrem z nieznanego dala,

Kierowany łabędzia idealnym lotem –
Oto jawi się w hełmu promienieniu złotem
Lohengrin – rycerz święty grobu i Graala.

Stuart Merril
przełożył Antoni Lange

Sonety Wagnerowskie - 2. Parsifal - Stuart Merril

Sonety Wagnerowskie
2. Parsifal

„Chwała ci, Parsifalu! Stróżu Grala święty
Królu, którego skroń dziś Monsalvat dziedziczy!”
I wolnym Alleluja brzmi chór tajemniczy,
Płynąc na ideału tron w lazury – wzięty.

Parsifal na marmurach krzyżem rozciągnięty –
W złotej zbroi – ubóstwia dziś – rycerz dziewiczy,
Znak odkupienia – Rubin, co się błyskawiczy
Skrami przez ściany urny – z kryształu wyciętej.

Z szczytu, gdzie milkną echa psalmów i organów,
Gołąbka – w aureoli królestw niewidzialnych,
Z rozwartym pada skrzydłem wprost na hełm królewski,

Cień… Lecz okno purpurą maluje kapłanów,
Schylonych w wielkiej grozie światów idealnych –
I… o, ten odgłos cytar i sen arf niebieski!

Stuart Merril
przełożył Antoni Lange

Sonety Wagnerowskie - 3. Walkirie - Stuart Merril



Sonety Wagnerowskie
3. Walkirie

Hejahaha! Walkirie pędzą do Walhali –
Z wichrem ściera się orszak ich na nieba stropie,
Skrząc się, tętnią kopyta rumaków w galopie.
Hejahaha! Eumenid chór po nocy wali.

Ogień, co się na ostrzach lanc ich krwawo pali –
Syczy, jak wąż czerwony w piekielnym ukropie,
A pioruny cymbałów w kurzawy potopie,
Brzmią im w takt, niby jęki fantastycznej fali.

Hejahaha! Nad księżyc, nad wicher tumanów –
W żelaznym szczęku mieczów i obławnych wrzasków,
Dysze krwawa purpura ich miedzianych kasków!

I naraz echa milkną. W ponurym prologu –
Gniew straszliwego Boga, jeźdźca huraganów,
Zahuczał w łonie burzy dzikim grzmotem rogu!

Stuart Merril
przełożył Antoni Lange

Euthanasia - George Gordon Byron

Euthanasia

Prędzej czy później, gdy mię czas owionie
Snem nieprzespanym, w którym się nic nie śni,
O niepamięci! wtenczas chłodne skronie
Weź pod twą schronę do grobowej cieśni.

Nie proszę ręki druha ni dziedzica,
Aby łzy otrzeć lub grabić zostałość,
Lub żeby z włosem popsutym dziewica
Żałować przyszła lub udawać żałość.

Po co najęte płaczków korowody? -
Samemu wstąpić pozwólcie do dołu:
Nie chciałbym chmurzyć niczyjej pogody
I brać wesela kochanemu czołu.

Przecież, miłości! jeśli w twojej sile
Poskromić jęki, marnym żalom sprostać,
Ty sama osłodź rozstania się chwilę,
Mnie, co odchodzę, i tej, co ma zostać.

Marylo moja! kiedy przeszłe bole
Z ostatnim puszczę w niepamięć oddechem,
Niech boski pokój widzę na twym czole,
A w bolach na cię patrzyłbym z uśmiechem.

Lecz oko martwe zrazi wzrok niebieski,
Przed bladym licem zbledną twe powaby:
Uronisz łezkę, człowiek dla tej łezki
Jak żyjąc słabiał, tak i umrze słaby.

A więc bez żalu i pobożnej prośby,
Samotny będę w ostatniej godzinie;
Dla nieszczęśliwych śmierć mało ma groźby,
Ból jeszcze zmniejszy i prędko przeminie.

Lecz umrzeć, odejść, kędy tyle gości
Rusza przede mną, kędy reszta ruszy:
Przepadać w nicość, jak pierwej z nicości
Wszedłem dla życia, żyłem dla katuszy...

Gdyś wiek przeminął, wstrzymaj się u ścieku,
Ostatnim powróć na przeszłość obliczem;
Zlicz dni szczęśliwe, a wyznasz, człowieku,
Czymkolwiek byłeś, że lepiej być niczem.

George Gordon Byron
przełożył Adam Mickiewicz

Sen (fragment) - George Gordon Byron

Sen (fragment)

Widzę dawną dziewicę. Jakie w niej odmiany!
Ona w suchotach duszy; - jej rozum znękany
Opuścił ster myślenia, wzrok jej dziko lata,
Blask, co świeci w jej oku, nie jest z tego świata;
Ona jest jak królowa nad państwami marzeń;
Jej myśl stała się węzłem sprzecznych wyobrażeń;
Kształty, niedotykalne zmysłom śmiertelnika
I niewidzialne, ona dostrzega, dotyka
I w poufałej wzywa do siebie rozmowie:
Taką chorobę wiek nasz obłąkaniem zowie.
Lecz nieraz mędrzec głębiej w obłąkanie wpada,
Jeśli melancholiji smutny dar posiada;
Bo wzrok melancholijny jak teleskop sięga,
Dalekie widma zbliża, rozłączone sprzęga,
I urok życia chłodną rozdarłszy uwagą,
Rozkrywa rzeczywistość wystygłą i nagą. -

George Gordon Byron
przełożył Adam Mickiewicz

O! nie mów mi - George Gordon Byron

O! nie mów mi

O! nie mów mi, o! nie mów mi
O szczęściu tych minionych dni,
Gdy miałaś duszę moją całą.
Pamiętam je, dopóki czas
Nie przyjdzie sprawić, iżby z nas
Śladu na ziemi nie zostało.

Czyż mogłabyś - czyż ja bym mógł
Zapomnieć serca twego stuk,
Gdym pieścił złoto twych warkoczy?
Dziś jeszcze widzę pąs twych warg,
Co tchnąć miłością, skapią skarg,
I młodą pierś, i tęskne oczy.

Do sercam tulił cię, a ty
Miewałaś w oczach rzewne mgły -
Wyrzutu może? czy zachęty?
I znowum cię w uściski brał,
Jak gdyby chcąc; by pieszczot szał
W niebytu strącił nas odmęty.

A potem, gdy się powiek brzeg
Łączył w puszysty jeden ścieg,
Kryjąc błękitne kule na dnie -
Rzęs twoich długich kładł się cień,
Na licach, jak gdy w mroźny dzień
Na śniegi pióro kruka spadnie.

Że znów mnie kochasz, miałem sen -
I słodszy był mi majak ten,
Niż gdybym płonął znów na jawie
Dla innych serc, dla innych lic:
Bo one mi nie niosą nic,
Gdy ze snem moim je zestawię.

Więc nie mów mi, więc nie mów mi,
Że nigdy już nie wrócą dni,
Co sennym sycą mnie wspomnieniem -
Póki się nie zmienimy w głaz
I póki nam nie powie czas,
Że myśmy tu znikomym cieniem.

George Gordon Byron
przeł. Czesław Jastrzębiec-Kozłowski
PS. Dziękuję:)

Widziałem cię płaczącą - George Gordon Byron

Widziałem cię płaczącą

Widziałem cię płaczącą, okaś nie otarła
I promienna o lazur łezka się oparła
Jak na listku fiołka rosa uwieszona.
Widziałem i twój uśmiech, i te wówczas oczy,
Przy których skonał szafir u twojego łona;
Skonał, bo tak żyjących świateł nie roztoczy.
Jak w chmurkę wsiąka barwa słonecznego błysku,
Którą cienie wieczora nie bez trudu znoszą,
Tak twój uśmiech anielski najczystszą rozkoszą
Napawa chmurne myśli i duszę w ucisku;
A po twoim spojrzeniu pozostaje żywa
Boska światłość i długo w sercu się rozpływa.

George Gordon Byron
w przekładzie N.N.
PS. Dziękuję:)

piątek, 21 września 2012

Vanitas - Witold Wirpsza

Vanitas

Milczeć chyba najlepiej, kiedy słowa: linia –
Nie można wyłożyć lasem, trawą, liśćmi.
Przetnij pustkę jak nożem – wieża się przechyla,
Ale się nie przewali, tylko przecięta zawiśnie
I stanie się nieważka – ta wieża milczenia
Lasów, traw, liści, drewna i kamienia.

Tak się zjednoczy w linii, w pustce i w pojęciu
Świat istot i przedmiotów, żywych i umarłych.
Niechaj wnioski wypowie płaskim cieniem sędzia:
W myśleniu jest krawędź płaszczyzny – geometryczna marność.

Poezja przebiegnie milczeniem, jak iskra wzdłuż przewodnika,
I pozostawi smugę: w linii się śmierć zamyka.

Witold Wirpsza

Cisza - Pierwszy wariant - Witold Wirpsza

Cisza - Pierwszy wariant
Moja muzyka zmierza do całkowitej ciszy.
(Anton Webern)
Cisza. – Nieprawda, że to wielka otchłań
I węzeł ciemny, co pustkę zamyka.
Nie jest również ciszą owa wielka miotła,
Co zmiata skwir dziecka oraz bas puszczyka.

Cisza to konstrukcja, która cienkim przęsłem
Jak pajęczyna spina szczyty topoli,
Szumy motorów spaja groźnym chrzęstem,
Myśli łączy w odwagę lub w tchórzostwo wklęsłe,
A śmierć czyni wspólnotą, tak że jest jak polip.

I to, co niejednorodne – ona też skotwicza,
Ziemię z ziarnem na przykład lub drzewo ze stalą,
Myśl ludzką morderstwu jak banknot pożycza
I wbija konanie jak nity w popękane ciało.

Z worka dźwięków, które na łby sypiesz,
Wybieraj więc kunsztownie ciszę między nimi
I lepik świata podaj za muzykę,
Przerwę, pauzę, która oddech tłumi,
Oszołomienie, które pęka z sykiem.

Witold Wirpsza

Cisza - Drugi wariant - Witold Wirpsza

Cisza - Drugi wariant
Moja muzyka zmierza do całkowitej ciszy.
(Anton Webern)
Istotą rzeczy jest, czego wciąż nie wiemy.
Muzyka więc
Zmierza do ciszy:
Do jedynego sposobu wyrażenia istoty rzeczy.

Usiłuje
Wydrążyć dźwięki,
Aż staną się jak szklane kule,
Zamkną zupełną ciszę
W e w n ą t r z .

Witold Wirpsza