.

.

czwartek, 29 listopada 2012

Oda I,11 - Horacy / Maciej Zembaty

Pieśń

Jasnowłosa, daj spokój, nie pytaj mnie więcej,
Jaki koniec nas spotka i nie próbuj zgadnąć…
Być może nasza zima jest już tą ostatnią,
Co falujące morze o brzegi rozbije.

Bądź mądra. Nalej wina. Najpiękniejsze chwile
Uciekają na zawsze, kiedy my gadamy…
Korzystaj z dnia, a nie myśl o tym, co przed nami.

Horacy
w kompilowanym tłumaczeniu Macieja Zembatego
PS. Dziękuję:)
śpiewa Maciej Zembaty

środa, 28 listopada 2012

Ojcze nasz - Władysław Sebyła

Stanisław Wyspiański - Bóg Ojciec - Stań się! - 1897-1904
Ojcze nasz

Ojcze nasz, któryś jest na niebie błękitny i pusty.
Nie święcę twoich imion, nie znam twoich znaków.
Z pianą oceanowe miotają wychlusty
Do nóg mi martwe ryby z twojego zodiaku.

Górą noc jak pies leży i gwiazdami szczeka,
Więc dojrzeć cię nie mogę w ciemności i mrozie,
Przyjścia królestwa twego już nie czekam,
Przed pustką stygnę w grozie.

Więzi mnie wola ciała, wszystkiego stworzenia
Strachy i nędze w żyłach moich krzyczą
I na ziemi i w niebie czyhają cierpienia,
I poją chleb powszedni bezsilną goryczą.

Nie odpuszczone przez mych nieprzyjaciół winy
Budzą mnie, z sennej wołając czeluści,
I warczą w mózgu niestrudzone młyny:
– Jeśli wróg nie odpuścił, niech ci Bóg odpuści.

I wołam: – Ojcze nasz, którego nie ma
Wywiedzionego z otchłani kuszenia,
Niechaj cię noc obrośnie potężna i niema
I gwiaździstym milczeniem zbawi od istnienia.

V

Nie wiem, jak myślisz? Czy błyskawicami?
Zamętem wiosny? miłością? cierpieniem?
Czy myśli twoje powstają jak cienie
żywotów naszych i gasną wraz z nami?

Bo – gdyśmy myślą – możesz nas z otchłani
jednym wspomnieniem do bytu powołać,
i przeżyjemy krótki sen anioła,
wyrwani z grobu, istnieniu oddani.

Jeśliśmy ciałem twoim – zniszczejemy
i z prochów naszych nowe światy wstaną,
a nad wiecznością wichrem kołysaną
smugami świateł gasnących przejdziemy.

O bezimienny, wiem, że cię nie zgadnę,
bo wszystkie słowa są twoim imieniem.
Z nich narodzony, swym groźnym istnieniem
wdzierasz się w moje modlitwy nieskładne.

Władysław Sebyła

Cisza - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Canova - Paolina Buonaparte
Cisza

Spokojna jestem w ciszy. - Nie chcę myśleć więcej
- co mną jest gdzieś odeszło w jakimś tajnym celu -
Patrzę w ogród zamkowy na róż sto tysięcy
marząc o przetowłosym mych wdzięków minstrelu.

Staję cicho wśród bytu. - Próżnię mam za czołem
w woni ziela usypia się krwi mojej tętno...
Bezczucie w szarej płachcie za królewskim stołem
siadło - i będę dzisiaj nieżywą i piękną. -

Lecz znam czary i wróci wśród serca uderzeń
dusza moja namiętna jako skrzypek blady -
królowa burz wiosennych i bolesnych wierzeń
Niechaj mi zajrzy w oczy książę mej ballady...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Cykl: W podziemiach wierszy - Roman Śliwonik

Pablo Picasso
cykl: W podziemiach wierszy

Jak długo poeta powinien pozostawać
w podziemiach wierszy
tak długo Tak długo aż
wydobędzie światło z ciemności
wyciśnie ją Odsączy Zgniecie
i wytoczą się krople białego światła
jak kryształ Jak łzy
światło to miało wydobyć z mroku
sens tego Czego nie można było znaleźć
na półkuli jasnej
w świecie spraw skończonych
Bez pytań Z wytyczonymi drogami
od narodzin do śmierci
oto i mała
wielkość poezji
krople światła
wyciśnięte z ciemności

Roman Śliwonik

Lisy - Jerzy Liebert

Lisy

Nie pomaga, nie pomaga brom,
Znów podchodzą – już są blisko – tuż za ścianą...
Znów odbiegną, i zawrócą, i przystaną.
Joachim von Sandrart - Hubertus - 1643
Znowu chyłkiem podchodzą pod dom.

Kożuch wdziej, pod jodłowy wyjdź strop!
Brom nie działa – nie myśl, nie myśl o noclegu.
Schyl się nisko, szukaj pilnie, a na śniegu
Lisi ślad odnajdziesz, lisi trop.

Za tym tropem, świątek smętny, idź!
Krętym śladem wszędy zdążaj za lisami.
Ucz się, ucz się – dolinkami, pagórkami –
Jak ci chadzać, ślady mylić, żyć.

Pójdź! Czy słyszysz? – szczeka w niebo lis,
Lis natchniony, spójrz, z miesiąca lis wykuty!
On ci wskaże dróżki swoje, przejścia, skróty,
Lisi rozum da ci, lisi zmysł.

Ucz się, świątku, wiedzy lisiej, ucz!
Ucz się ziemi, mroku, szmeru, ucz się wiatru!
Podchodź boczkiem, chyłkuj lisio i wypatruj,
A przemyślnie kołuj, mądrze klucz!

Lisim tropem, z mordą lisią śpiesz,
Lisim chodem zdążaj, świątku frasobliwy!
Lis ci zdradzi sekret słodki i straszliwy:
Świat – królestwo twoje, wzdłuż i wszerz!

Pójdź, nie zwlekaj, nie pomoże brom!
Za szybami – patrz – swoboda, nocka lisia...
Nie odkładaj – śmiało za mną – jeszcze dzisiaj,
Pod sąsiada podejdziemy dom...

Tędy... tędy... w ślepiach gra ci błysk...
Prędzej... prędzej... pagórkami... dolinkami...
Spadaj... chwytaj... rwij zębami... pazurami...
— — — — — — — — — — — — — — —
Nie krzycz, nie krzycz! Jam natchniony lis!

Jerzy Liebert

Most - Jarosław Iwaszkiewicz

Eugène Delacroix - Wolność wiodąca lud na barykady
Most

Most, który się buduje, jest niby ruina.
Początek to, a koniec rzeczy przypomina,
I nad jego przęsłami połówka miesiąca
Jest jak twarz umarłego w górę się wznosząca.

Niepomni zapomnienia młodzi robotnicy
Odlewają z betonu w deskowanej ramie
Co dzień to, co ci w nocy, w miesięcznej świetlicy,
Ruinę romantyczną tak scenicznie kłamie.

Choć podobne do ruin nasze budowanie
Budujmy, przyjaciele, kłamliwą krainę
I nawet w głuchej nocy niech myśl nie postanie,
Że wolność zamieszkuje jedynie w ruinach.

Jarosław Iwaszkiewicz

Rybak - Włodzimierz Słobodnik

Rybak

Z fajką w zębach on myśli o połowie śledzi,
O zarobkach, o dzieciach i o żonie, ale
W najcodzienniejsze myśli wielkie morskie fale
Wdzierają się i dźwięczą dzwonem bitej miedzi.

Cokolwiek widzi z bliska, ostre oczy mruży,
Najbliższe domy albo sprzęty widzi w dali,
Bo oddala go od nich pęd wiecznej podróży,
Która powiewem świeżej, cierpkiej soli pali.

Czy krzyżuje na piersi opalone dłonie,
Jak gdyby morze objął dłońmi splecionemi,
Czy ciężko i niezgrabnie włóczy się po ziemi
Jak łódź, przywykła tylko pruć zielone tonie;

Czy reperuje sieci o wieczornej porze,
Czy pierwszym gwiazdom okiem błogi chłód ich kradnie, -
W każdym ruchu i czynie jego szumi morze
Z muszlami, meduzami i rybami na dnie.

Włodzimierz Słobodnik

Harmonia - Leopold Staff

Harmonia

Miałem wielkie pogody i chmurne niewczasy.
Krok mój, zdobywczy niegdyś, zmienia się w obrończy,
Nie wróżą mi zwycięstwa me z czasem zapasy.
Zostaje prosta prawda, że wszystko się kończy.

Lecz chociaż zgasło lato i jesień wnet minie,
Zmierzch mi się nie uśmiecha w rozdźwięku udręce.
W sobie zestrajam sprzeczny ten świat, Apollinie,
Boś chyba po to tylko dał mi lutnię w ręce.

Leopold Staff

Wiersze o wczesnej wiośnie pisane późną jesienią - Władysław Broniewski

Roman Kochanowski - Jesień
Wiersze o wczesnej wiośnie pisane późną jesienią

Żyję sobie, jestem poetą,
diabli komu do tego.
Łażę, depczę warszawski beton,
piszę wiersze – z niczego.

W oficynie na Mokotowie
mieszkam, płacę komorne,
patrzę na chmury wieczorne:
miedź stopiona z ołowiem.

Hoduję radość zamarłą
w ciasnych szczelinach bytu,
aż przyjdzie wiosna – spazmem za gardło
ściśnie, za serce schwyta...

A wtenczas zieleń wszystka
boli najmniejszą gałązką,
głuszy szelestem listka,
rośnie w słowa bez związku.

Tak wiersz z niczego powstaje,
boli, raduje – z niczego...
Nie śpię do rana, wstaję –
diabli komu do tego.

Najstraszniej nocą z dala
słuchać rzeki szelestów:
narasta, narasta fala,
już oknem rwie, już jest tu,

za włosy porywa, pędzi
wśród świata różności i mnóstwa,
po stromej, ostrej krawędzi:
twórczości i samobójstwa.

O świcie jestem znużony,
patrzę w okno i milczę.
Wtedy mi ciąży najmilsze,
smutne spojrzenie żony...

Parzy stopy warszawski beton,
i jest w tym wierszu coś złego...
Żyję sobie, jestem poetą,
diabli komu do tego.

Władysław Broniewski

Zamek na lodzie - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Zamek na lodzie

Pod zamkiem moim w słońcu popękały lody!
Chwila, a runie wszystko, szamocząc się z losem!
Anioł-Stróż z długą twarzą, jak ministrant młody,
odmawia zdrowaśmarie, pociągając nosem.

Diabeł zobaczył, krzyknął: na ratunek gońmy!
Lecą, jak sadze czarni, hałaśliwie, butnie,
podparli, ustawili, przyklepali dłońmi -
i roześmiali się do mnie - poczciwie - przesmutnie...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

wtorek, 27 listopada 2012

Przekwitła tancerka - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Przekwitła tancerka

Jocelyn Haybitte
ta pani wciąż jeszcze tańczy
wesoła jak młoda dziewczyna
lecz jest już w piękności swojej
nietrwała jak lichy jedwab
może barwy utracić na słońcu
może skurczyć się jak etamina
a wówczas powieszą ją w szafie
pośród rzeczy o które nikt nie dba

jest ona już tylko na oko
kto ją szarpnie ten ją rozedrze na zawsze
ostrożnie z nią młodzi tancerze
bo pęknie w tysiące zmarszczek

(o młodości wytrwała i dumna
o skóry jak angielskie zamsze
o twarze szerokie i twarde jak tarcze)

między dancingiem
a sercem jej starem
jest most w pasy złote i szare
jakie tam myśli się snują
jaka mądrość tam przejdzie groźna
lecz o tym się ludziom nie mówi
bo słuchają patrząc na zegarek,
a przed tym jednym co by może słuchał
musi milczeć tancerka nietrwała i trwożna.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Starość - Pawlikowska-Jasnorzewska Maria

Starość

Leszczyna się stroi w fioletową morę,
a lipa w atłas zielony najgładszy…
Ja się już nie przebiorę,
na mnie nikt nie popatrzy.

Bywają dziwacy,
którzy z pokrzyw i mleczów składają bukiety,
lecz gdzież są tacy,
którzy by całowali włosy starej kobiety?

Jestem sama,
Babcia mi na imię —
czuję się jako czarna plama
na tęczowym świata kilimie…

Pawlikowska-Jasnorzewska Maria

Spotkanie - Stanisław Piętak

Spotkanie

Po niebie chodziła Marysia z liljami,
więc oczy zakopywałem długo w rozpalony piach —
na zgrzanej oborze pies i złoty dym upału,
do koryta z zieloną wodą słońce wianuszek srebrnych kwiatów
kwitnąc upuszczało.

Gdy zatrzymałem lśniące lustro wątłemi palcami,
zakrwawiła się czarna wstążka w piersiach od nagłego kaszlu,
Marja—Marja już nie szła, płynęła z chmurami,
na ustach mając lilje i lilje we włosach —
stałem boso, w lnianych portkach,
wydłużyły mi się worki błękitu koło nagich pach.

Wargi poranione żarem ważyły jak kawałek żelaza,
próżno do oczu zaczerpnąć z nieba łez,
ścieżyną, unoszoną niteczkami ciszy,
nabity w obnażoną czerwień i gryzący płacz,
wyszedłeś znowu,
spojrzeniem kalecząc mi piersi jak igłami.

Gdyby móc, zapaliłbym powietrze ręką —
ach, przecie: wyniosłem cię za daleką drogę,
czemu nie odszedłeś z brzozami w rozzłocony pył?
Ty nawet nie wiesz, jak bolał
twoich krwawiących oczu ropiejący strach.

Wziąłem cię w ręce,
wtedy lustro umknęło między wierzby,
tam głos Marysi kwitł,
czy wiedziałeś, że idę cię topić?
W gardle owiniętem zgniłą sierścią ktoś ci tak rzewnie krew rozszlochał,
z chmur upadł biały wianek,
gdy Marja pokrwawiła błękitną dolinę ustami,
od północy z czarnego pustkowia
wyszedł rudy prałat, groził —
żeby tak zębami pogryźć niebo
na białe strzępy zdarłbym zapłodnione stada chmur.

Od żył rozkruszyła się cisza, z zachodu wyszedł brat i płakał,
pochyliłem się nad wodą —
śliniło się słońce, wijące wianuszki z liljowego tła,
na Marję musiałem splunąć, prałatowi pokazałem język,
by ciebie mocno zepchnąć do samego dna.

Wypłynąłeś po chwili,
w oczach ten sam bolesny pożar, co u płaczącego brata,
czas naładowany nożami serca nie omijał,
a jednak walnąłem cię w chory łeb kamieniem,
zakwiliła krew w uszach, potem na spłoszonej szyi
od jęku twego rozpluskał się wiatr.

Tej samej nocy Marja miała twe oczy i płakała, gdym ją bił,
czemu nie odchodzisz dotąd?
nie zostawiłeś jej w piersiach mleka ani nitki krwi,
a ciągle rozdrapujesz jej ciało pazurami.

Gdy wrastasz nad ranem w obnażony księżyc,
nie uśmiecham się od drzwi —
wiem, że znów jutro jeszcze boleśniej mi się przyśnisz.

Stanisław Piętak

Wiersz - Jarosław Iwaszkiewicz

Wiersz

Chciałbym ten wiersz jak frędzlę przybić do bucika
Jak motyla kokardy rozpiąć na szkatule
Jak szpilkę do krawata wbić w niemodny węzeł
Jak obrożę wenecką zacisnąć na szyi

Bo cóż jest wiersz jeśli nie ozdobą
Będącą znakiem śmiertelnych zapasów
Tego co jest odwieczne z tym co jest chwilowe
Znikomej perły z odwiecznym atłasem

Jarosław Iwaszkiewicz

Akordeonista - Michel Emer



Akordeonista

Sprzedajna śliczna panna
ulicy szlifuje bruk
Niejeden gość od rana
przestąpił przez jej próg
Lecz gdy czas pracy minie
Gdy zbierze dolę swą
to biegnie tam skąd płynie
harmonii czysty ton
Tam jest jej port, jej przystań
i lek, co leczy z ran
Jej akordeonista
co gra do tańca tam.

Znowu brzmi piosnka ta
Akordeon ją gra
Melodyjka już płynie w świat czysta
Biedne serce już drży
bo spełniają się sny
bo jej facet to przecież artysta
Ona patrzy jak on
czuły wygrywa ton
delikatnie klawiszy dotyka
Ona wsłucha się w grę
i zatańczy bo wie
miłość jest zawsze tam gdzie muzyka.

Dziewczyna dziś się smuci,
bo dziś chłopca jej na front
wysłali, lecz on wróci.
Tak, ona czuje to.
Więc będzie na interes
odkładać grosz, by tam
jej facet był kasjerem,
a ona zaś "Madamme".
A kiedy już nad ranem
klienci pójdą spać,
on wtedy — tylko dla niej —
jak dawniej będzie grać.
Znowu brzmi piosnka ta.
Akordeon ją gra,
Melodyjka znów płynie w świat czysta.
Biedne serce znów drży,
wraca smak dawnych dni,
bo jej facet to przecież artysta.
Ona patrzy, jak on
czuły wygrywa ton,
delikatnie klawiszy dotyka.
Ona wsłucha się w grę
i zatańczy, bo wie
miłość jest zawsze tam gdzie muzyka.

Sprzedajna panna śliczna
ma dzisiaj w oczach łzy.
Jej akordeonista
nie zagra więcej nic.
Bo kiedy w jej alkowie
był klient ten, czy ów,
on z wielką dziurą w głowie
w okopu zapadł rów.
Lecz akordeon przecież
nie będzie w kącie stać.
Artystów nie brak w świecie,
co też potrafią grać.

Znowu brzmi piosnka ta
Akordeon znów gra...

Biedne serce znów drży
Wraca smak tamtych dni...

lecz to miłość, nie on
czuły wygrywa ton
niewidzialnie klawiszy dotyka.
Ona wsłucha się w grę
i zatańczy, bo wie:
Śmierć jest tam, gdzie się kończy
muzyka.

Michel Emer
przekład Andrzej Ozga

Gdy cesarz, który musiał zrzec się władzy ponad światem - Max Jacob

* * *

Gdy cesarz, który musiał zrzec się władzy ponad światem,
otrzymał to polecenie, dopił swej herbaty
w pokoju kobiet, obok prosiaczka, który był mu najwierniejszy.
Potem położył lewą rękę nieco wyżej piersi
i wyrzekł cicho, z wielką gorliwością
słowa zakłopotane, brzemienne nieśmiertelnością:
„Źle napisałem prawa, naprawić je trzeba,
bo oto jest zbyt późno, ażeby je zmieniać”.
Płomienie na kominku strzeliły szponami,
papier w agonii wił się logogryfami,
a stary król ruszył w drogę do klasztornych krat.
To odejście ogłupiło cały świat.

Max Jacob
tłum. Marian Miszalski

Łza - Artur Rimbaud

Józef Pankiewicz - Rue Cardinale w Paryżu - 1925
Łza

Z dala od ptaków, od trzody, od wieśniaczek,
Cóż to piłem na klęczkach, we wrzosowisku
Otoczony przez czuły leszczynowy krzew,
W mgliście ciepłym i zielonym popołudniu?

Cóż mógłbym pić w tej młodocianej Sekwanie*
Muszle bezgłośne, trawnik bez kwiecia, chmurne
niebo! Pić z pożółkłych sakw, z dala od mojej
chaty Lubej? likieru efekty potne.

Byłem tu podejrzanym szyldem gospody
Burza wyczyściła niebo. Wieczorem
Źródło wiło się w piaskach dziewiczych
Boski wiatr ciskał w stawy gradem

Płacząc, widziałem złoto – a spijać go nie mogłem

Artur Rimbaud
przekład Marta Pycior
* W oryginale jest wspomniana rzeka Oise, która wpada do Sekwany, a która jest mniej znana. Jako tłumacz zdecydowałam się na zmianę nazwy rzeki aby nie przeszkodzić w odczytaniu tego fragmentu wiersza jako źródła. [przyp. tłum.]

Ulica Ravignan - Max Jacob

Ulica Ravignan

O tak spóźnionej porze nachodzić mego Syna,
By rozmyślać nad grzechem, który cię niemal bawi?
Amadeo Modigliani - Portret MaxaJacoba - 1916
Pożar otwartą różą lśni na
Szarym ogonie pawim.
Wam jestem winien wszystkie bóle i radości...
Tyle łez już wylałem dla zmycia swojej winy!
Złamcie kołowrót, co więzi mnie w piwnicy!
Żegnajcie, kraty, jedziemy nad Nil,
Po drodze do sułtana zawitamy w gości,
Przenocujemy w bawełnianej willi.
Drogę nam uścielą pomarańcze, cytryny,
I turbany na głowach noszą galernicy.
Umieram, oddech mój na górskim szczycie!
Emigranci, słyszę piosenkę w ulicy,
Porcie marsylski, ho! Śliczna przystani,
Dziewczęta śliczne i piękni zakochani!
Wszystko tu stoi obute w łyczko:
Wieża Pizańska i handlarze czosnku.
Tęsknię do ciebie, uliczko Ravignan!
Z twych krańców przeciwległych niby antypody
Na piszczałce uczyły mnie sztuki miłosnej
Słodkie pasterki, kiedy przyszły z wioski
Na bogatych wyprawach demonstrować nam mody.
Jedna z nich szalona; prowadziła kozła
Z kwiatami wokół rogów, jakie nosi Pan,
Inna do bachicznych uczt naszych wniosła
Głos wibrujący, o jakim mogłaby śnić Malibran.
Zaułek Guelma ze swych jurystów słynie,
Po Caulaincourt handlarze malowideł krążą,
Ale ja ulicę Ravignan jedynie
Wielbię dla ściśniętych serc moich chorążych.
Tam gdy w perłach, które kocham, ryłem obrazy,
W poematach odbiły się największe moje skazy.

Max Jacob
tłum. Adam Ważyk

Przechadzka sentymentalna - Paul Verlaine

Józef Rapacki - Brzozy i wrzosy
Przechadzka sentymentalna

Gasnące słońce blaski swe kładło
Na lilie wodne i fal zwierciadło;
I blade lilie w nadbrzeżnej trzcinie
Jaśniały smutnie na fal głębinie.
Brzegiem zarosłym brzozą płaczącą
8łądziłem z raną w sercu krwawiącą.
A ponad stawem, gdzie mgły się kłębią,
Powstało widmo nad cichą głębią,
Mleczysto-białe, rozpaczą tchnące,
Krzykiem zbłąkanych kaczek jęczące,
Ich skrzydeł biciem drżące stokrotnie,
Między brzozami, kędy samotnie
Błądziłem z raną; a zmierzchu cienie
Gasiły z wolna blade promienie,
I noc już gęsty całun swój kładła
Na lilie wodne i fal zwierciadła.

Paul Marie Verlaine
tłum. M.D.

Życie i śmierć Federica Garcia Lorca - Michel Manoll

Życie i śmierć Federica Garcia Lorca

Pole czerwone co obrywasz owoce i liście oliwnym drzewom
Co niestrudzenie wznosisz się i opadasz twoimi bronami
Tam gdzie zwisają gałęzie wody wrodzony czarny popęd pór roku
Pod tym tułaczym dachem co wiruje dookoła nieba
I rzuca swoje okienka pod szturm błękitnych ziarn
Rozproszony jak łąka zalana wodą
Fererico Garcia Lorca i Salvadore Dali w czasach studenckich
Jakiś palec kreśli twe imię Federico
Jakiś palec przebiega wybrzeża diamentowych piasków
Wnika w skórę kopalni gdzie bije serce zbóż
W wachlarz piany otwierający się na morzu
Przebija zbocza płomieniami strumieniących się sierra
A drzwi twoje przesiewają pofałdowane torby cienia
Twarz twoja wschodzi nad światem
Wznosi się aż do ruchomych gwiazd gdzie orły oczekują ciebie

Biesiado meteorów żył rozkwitających nagle
Równino uderzeń dobosze swój trud wieńczą
Twoim głosem z tęczy
Ciężkie wawrzyny piór kroczą w twej pamięci
A bluszcz zstępując na ramiona twoje okrywa promienną bliznę Hiszpanii
W cichym ustroniu sioła
Niewidzialny czujny opiekunie winnic orki
Pasterski kiju z szafranu przewodzący chórom
Witam cię jeszcze Federico

Pniu popiołów toczony przez świerszcze
Cokół Hiszpanii rozchyla swoje listowie
I przechodzisz poprzez szczelinę granic
Przecinasz ziemię przejrzystą piłą
Stojąc z błyszczącą w twych ustach jak srebrny gwizdek Grenadą
Stojąc w okryciu na którym śpiewają gazele
Grenada za krwią twoją podąża fontannami
Gdy krok twój kruszą tryby nienawiści

Wielkie milczenie rozwiesza swą mgłę pod czołem
Rozbraja mięśnie poematu
I okrywa się miłością twoją Federico.

Michel Manoll
z rękopisu przełożył Zbigniew Bieńkowski

Ptak - Jacques Prévert

Ptak

Dwa i trzy to pięć,
trzy i trzy to sześć,
powtarzajcie: sześć,
mówi nauczyciel.
Dwa i trzy to pięć,
trzy i trzy to sześć,
teraz wstawcie znak,
mówi nauczyciel.
Ale właśnie ptak
przelatuje niebem.
Dziecko widzi lot,
dziecko słyszy trel,
dziecko woła: "Ach,
zbaw mnie ptaku, zbaw,
od liczby i znaku,
baw się ze mną, baw, ptaku!"

Więc ptak nadlatuje
i z dzieckiem się bawi.
Dwa i trzy to pięć,
nauczyciel prawi,
ale ptak już jest
i z dzieckiem się bawi.
Dwa i trzy to pięć,
trzy i trzy to sześć,
sześć a sześć… A właśnie,
sześć i sześć to błąd,
sześć i sześć to wszystko,
tylko nie dwanaście,
więc odchodzą stąd.
Dziecko gładzi ptaka
po lśniącym atłasie,
a już dzieci w klasie
słyszą śpiew w pulpicie,
wszystkie dzieci w klasie
słyszą śpiew... Słyszycie?

A tu dwa i dwa
bieleją jak mgła,
a tu trzy i trzy
pierzchają jak sny,
a jeden i jeden
nie łączą się w pary
lecz jeden za drugim
znikają jak czary.
A ptak wiedzie prym,
a dzieci są z nim,
a profesor grzmi w hałasie:
"Zapłaczecie po niewczasie!"
Lecz już wszystkie dzieci w klasie
zasłuchane są pogodnie
w tamten świat, zaczarowany,
i powoli szkolne ściany
rozpadają się łagodnie.
Szyby znów się stają piaskiem,
ławki znów się stają drzewem,
kreda znów jest skalną górą,
gąbka znów jest złotym znakiem
na tle sinych mórz - a pióro
znów jest piórkiem, skrzydłem, ptakiem!...

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Piosenka o ślimakach które idą na pogrzeb - Jacques Prévert

Piosenka o ślimakach które idą na pogrzeb

Na pogrzeb zmarłego liścia
Dwa ślimaki idą drogą
Przystroiły w czerń skorupy,
Opasały krepą głowę
I tak idą w noc jesienną
Bardzo piękną, chociaż ciemną.

Lecz niestety, gdy dochodzą,
Do cmentarza, jest już wiosna
I wszystkie umarłe liście
Zmartwychwstały i znów rosną.
Więc dwa ślimaki przystają,
Ogromnie rozczarowane.
Gdy wtem słońce roześmiane,
Odsłaniając świat po trosze,
Mówi do nich: "Proszę, proszę,
Bardzo, bardzo, siądźcie prędko,
Napijcie się kufel piwa,
Jeśli tylko macie chętkę;
Niedługo się wieczór zbliża,
Więc jednym susem
Wrócić sobie do Paryża
Wieczornym autobusem;
Tylko zrzućcie tę żałobę,
Ja to wam powiadam, słońce,
Bo gotowa smutku strzałka
Zamazać wam w oczach białka,
A żałosny ciemny polor
Wygląda niesamowicie
Więc przywróćcie sobie kolor,
Kolor wiosny, kolor życia”.

Po tych słowach wszystkie liście,
Kwiaty, drzewa i zwierzęta
Zaczynają śpiewać, śpiewać,
Jak nikt dawno nie pamięta,
Pieśń prawdziwą, bujną, żywą,
Pieśń musującego lata,
Cały świat pije do świata,
Wiwatując w swym narzeczu.
Piękny to naprawdę wieczór,
Bardzo piękny wieczór lata.

I powoli dwa ślimaki
Zabierają się do domu,
Zabierają się wzruszone,
Zabierają się szczęśliwe,
A że trochę się upiły,
Zataczają się po ziemi,
Lecz na szczęście księżyc miły
Wstał już i czuwa nad nimi.

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Scena w kwiaciarni - Jacques Prévert

Scena w kwiaciarni

Jakiś człowiek wchodzi do kwiaciarni
i kupuje bukiet złocieni,
kwiaciarka pakuje kwiaty,
sklep pełen jest aromatów,
człowiek kładzie rękę do kieszeni
żeby wyjąć pieniądze,
pieniądze na zapłacenie kwiatów,
lecz w tejże chwili gwałtownie
rękę przykłada
do serca
i pada.

A kiedy pada na ziemię
pieniądze sypią się za nim
a za pieniędzmi złocienie
razem z człowiekiem co pada,
razem z pieniędzmi co błyszczą,
kwiaciarka nie wierzy oczom,
a tu pieniądze się toczą,
a tutaj kwiaty się niszczą,
i rozsypują się liście,
a na nich człowiek umiera,
to wszystko jest oczywiście
ogromnie smutne i trzeba
zaradzić w takiej potrzebie,
ale kwiaciarka nie wie
na jaki krok ma się zdobyć,
stoi i nie wie
od czego zacząć, co robić.

A do zrobienia jest tyle
z człowiekiem który umiera,
z kwiatami które się niszczą
i z tą nawałą pieniędzy,
pieniędzy które się toczą
i nie przestają się toczyć
coraz groźniej, coraz prędzej, coraz prędzej…

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Na połów wieloryba - Jacques Prévert

Na połów wieloryba

"Na połów wieloryba! Na połów wieloryba!
Wołał chrapliwie ojciec do syna Prospera,
Który leżał przy szafie i w podłodze szperał
Na połów wieloryba! Na połów wieloryba!
A dlaczego, mój synu, dlaczego
Nie chcesz popłynąć ze mną?"

"A dlaczego, mój ojcze, miałbym pójść, dlaczego?
Wszak wieloryb nie zrobił mi nigdy nic złego,
Płyń sam, choć niepewna pogoda,
Jeśli ci się tak podoba.
Ja wolę zostać w domu i siedzieć przed domem
Z moją mamą i z moim kuzynem Gastonem".

Więc ojciec sam popłynął w uniesieniu chwackim
Wojtek Siudmak - Phantom Sailing Ship (fragment obrazu)
Na swym rozkołysanym okręcie rybackim.
Oto ojciec na morzu,
Oto syn przy kominie.
Oto wieloryb w gniewie,
I oto kuzyn Gaston, siedzący za stołem,
Wywraca wazę z rosołem.
Niedobre było morze,
Ale rosół był dobry,
I oto na swym krześle Prosper się zamartwia:
„Na połów wieloryba, na połów wieloryba,
Czemużem nie pojechał, jakiż ze mnie śmiałek?
A nuż miałbym łut szczęścia i złowiłbym rybę
I uszczknąłbym porządny kawałek”.

Lecz oto drzwi trzasnęły, wiatr zahuczał w piecach,
I ojciec się zjawia zdyszany
Dźwigając zwierzę na plecach.
Rzuca na stół wieloryba, wieloryba o niebieskich oczach,
Takie twory śnią się tylko po nocach,
I woła: "Nie mam sił dalej nieść,
Oporządźcie mi to zwierzę co prędzej,
Jestem głodny, chcę pić i chcę jeść”.

Lecz oto Prosper powstaje,
I patrzy ojcu w białka, same białka oczu,
Oczy ojca o takich przezroczach
Niebieskich, jak niebieskie oczy wieloryba,
Wieloryba o niebieskich oczach:
„A dlaczego mam krajać to zwierzę, dlaczego?
Wszak wieloryb nie zrobił mi nigdy nic złego,
Ja palców w tym maczać nie mogę".
To mówiąc rzuca nóż na podłogę.
Lecz wieloryb się zerwał i nóż chwycił w pięści
I wbija nóż w pierś ojca i szarpie na części.
"Ach, mój Boże, mój Boże – mówi kuzyn Gaston –
To wszystko przypomina mi młodości chwile,
Gdy wybiegałem za miasto
Łowić motyle”.

I oto
Oto Prosper nekrolog ojcowski układa,
Oto matka po mężu żałobę nakłada,
A wieloryb nad nimi pochyla się nisko,
Popłakując, że rozbił domowe ognisko.
Nagle ocknął się z żalu, uderzył hołubca:
„Czemu, czemu zabiłem nieszczęsnego głupca,
Teraz gonić mnie będą żandarmi, gotowi
Całą moją rodzinę przez zemstę wyłowić”.

I wybuchając śmiechem, co krew ścina w żyłach,
Sunie do drzwi, a po drodze do wdowy
Odzywa się tymi słowy:
„Proszę pani, jeśliby się o mnie
Dopytywał ktoś nadto ciekawie,
Niech mu pani odpowie łaskawie
Z miną przyjazną i rzewną:
„Proszę usiąść
I proszę poczekać,
Wieloryba w domu nie ma właśnie,
Ale za jakieś lat... piętnaście
Wróci na pewno".

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Samotność - Jean Follain

Igor Mitoraj
Samotność

W pobliżu wielkiego kielicha u stóp wody przejrzystej
powoli
zdjął maskę wykrojoną z drzewa.

Krew zwierząt
strumieniem biła w noc ze słodyczy i czaru.

I gdy nasłuchiwał
maska biała jak ciasto chlebne
próchniała od cieni po bokach.

Jean Follain
przełożył Julian Przyboś

Marinetta - Georges Brassens



Marinetta

A gdy piosenkę moją chcę zaśpiewać Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni do opery musi pójść
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy musztardy słoik biegłem zanieść Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni po obiedzie była już
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy na Nowy Rok kupiłem rower Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni już nabyła sobie wóz
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy w te pędy biegłem na spotkanie z Marinettą
Ta szelma z jakimś typem migdaliła ostro się
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy rozwalić chciałem z rewolweru Marinettę
Ta szelma ta zdrajczyni zaziębiła się na śmierć
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo!
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy posępnie biegłem ja na pogrzeb Marinetty
Ta szelma ta zdrajczyni zmartwychwstała śmieje się
Na dudka wystrychnęła znowu mnie, ach mamo
Na dudka wystrychnęła znowu mnie.

Georges Brassens
przełożył Edward Stachura
PS. Dziękuję:)

Złoty syfon (fragment) - Francesco Cangiullo

Złoty syfon (fragment)

Włosy pozłacane krwią,
oczy fosforyzujące,
nimfy czarowne i źródła posrebrzane,
gdzie się syreny pluskają
i lśniące od złotowłosów
ciała faunów drżą.
O, suchotnicy-poeci!
I wy im śpiewać możecie!
O malarze z muzeów!
I wy ich pieścić możecie!
Niebo błękitno świegotające,
ideale błękitny,
błękitny pierścieniu śmierci!
Blaskiem rażące niebieskie ścieżki:
lećcie w nie dzielni piloci,
kiedy was obłęd zamroczy!
Południe olśniewające:
leźcie z tęsknoty kokoty, nocna hołoto,
jak cyrkle roztworzone,
rozlazłe, kwaśne, zielone,
w cieniu takich izb,
które zawsze zamykają oczy.

Każda latarnia sztyletuje, rozżarzona do biała w południe.
Każdy balkon ma swoją szybę,
w którą reflektor druzgotem ślin pluje.
Każdy brylant jak słońce ma serce bijące
i błyska, piska, szeleści, wytryska
elektryczną burzą.
Wszystkie krople, drzazgi, które się w snach mrużą,
są pluskami i bluzgami białego ognia.
Każda kropla wina ma coś z rubina.
Każdy metal roztapia się w setne łzy światła
słonecznym pomiotem.
Złoto jest mosiądzem,
a mosiądz jest złotem,
który płonie, skrzy się, drży,
jeżąc siarczane włosy.
Każda rzecz żywi w sobie pająka,
który ją oprzędza świetlistą pajęczyną.

A najwyższy On się śmieje.
Wyrafinowany pochlebca,
czarodziejski mamiciel,
który nim mgły rozwieje,
posyła na ziemię o świcie
ociekający strumień złota.
Niewyczerpany i świeży!
Jedyne złoto poetów!
Jedyne źródło złota,
którego nie dostaną bankierzy!

Słońce!
Aureolo pracy nowej!
Zagłado pracy starej!
Słońce,
które elektryzujesz zielone liście,
a spopielasz schnące,
najczystsze słońce!
Które każdego dnia o zachodzie
zapalasz stary dzień,
zapalasz siebie samo w onym starym dniu
błyskiem żarliwych drgnień,
aby dać tym, którzy się urodzą jutro,
słońce i jutro,
zawsze wciąż nowsze i czystsze
w złocie jutrzenek —
ty będziesz naszem słońcem,
zanim się jutro nam wyśni,
najwyższa meto lotników,
syfonie złota
t r y ś n i j!

Francesco Cangiullo
przełożył Jalu Kurek

Senność - Bogusław Adamowicz

Senność

Śpią lądy we mgle gęstej, która świat spowiła,
Pod gęstą mgłą, co niebo zaciągnęła w górze;
Śpią morza, niepojęta magnetyczna siła
Ujęła oceany, ugłaskała burze.

Śpią cicho na bezdrożach statki rozproszone,
W niebiosach przewodnicze śpią nad nimi gwiazdy;
Śpią orły, śpią podchmurną opuściwszy stronę,
Umilknął nad skałami grzmot ich górnej jazdy...

Śpią kwiaty, pośród kwiatów senne drzemią żmije...
I tylko na jeziorach płaczą gdzieś łabędzie...
A tu, przy chatach naszych, pies na księżyc wyje...
I przez sen głupi kur obwieszcza, że... dzień będzie...

Bogusław Adamowicz

Przeszłość demoniczna - Bogusław Adamowicz

Przeszłość demoniczna

Tomasz Alen Kopera
Na posępnym urwisku niebotycznej skały
Ktoś zawiesił kolebkę nad otchłanią ciemną...
Kołysany wichrami, co z Zaświatu wiały,
Śniłem w mgłach...Noc i trwoga czuwały nade mną.

Po niebie - burzliwymi posępione kłęby
Pasowały się chmury, jak olbrzym z olbrzymem -
I grom wielki, kruszący ciemne wieków zręby
Przelatując mistycznym odurzał mnie dymem...

Obłędne meteory, skier syczące świstem -
Te gwiazdy ręką Bogów postrącane gniewną -
Błyskały w mą kolebkę okiem płomienistem...
Jak gdyby jakąś czuły istność w niej pokrewną...

Stronami - wulkanicznych wybuchów ogromy
Dymiące swych pochodni rozniecały zorze;
Ziemia drżała; z gór skalne toczyły się złomy;
A w otchłani ryczące kotłowało morze.

Dzikie sępy Kainowe, lecące z Gehenny,
Grozą skrzydeł swych skroń mi owiewając zbladłą,
Kąpały ciemne pióra we krwi łun płomiennej...
I jedno uronione w mą kolebkę spadło...

Bogusław Adamowicz

Krajobraz - Paweł Hertz

Ralph Albert Blakelock - Moonlight Sonata - 1889-92
Krajobraz

O, chłodne chmur archipelagi,
płynące, jak muzyka.
Obłoków wiatrem wzdęty żagiel
na jasnym wschodzie znika.

Lecz zachód, północ i południe
w pochmurny skryte welon,
jak trzy umarłe, puste studnie,
chłodem i nocą wieją.

Spowite w gwiazdy, jak w łańcuchy
żałobnych, srebrnych kwiatów,
oddają pocałunek głuchy
odchodzącemu latu.

Na wschodzie obłok jeszcze chłodem
o nieba tarczę trąca
i luna wisi nad ogrodem
jak lutnia już milcząca.

Paweł Hertz

sobota, 24 listopada 2012

Pejzaże Harasymowiczowskie - Wojtek Bellon



Pejzaże Harasymowiczowskie

Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemie za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej

I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi

Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór do madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina

I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi

Wojtek Bellon
PS. Dziękuję:)

Nie zabrną me twory... ("Nienasycenie") - Witkacy

Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Autoportret wielokrotny", ok. 1915-1917, Petersburg, fot. Muzeum Sztuki w Łodzi
***

Nie zabrną me twory popod żadne strzechy,
Bo wtedy, na szczęście, żadnych strzech nie będzie.
W ogóle z tego żadnej nie będzie uciechy,
I tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie.

Witkacy

Bellatrix - Witkacy

Bellatrix
(Z wierszy bohaterów dramatów i powieści)

Z głębiny nocy niepojętej
Sen modrooki na mnie kiwa,
W postaci dziwnej, wniebowziętej
Ku światom swoim mnie przyzywa.
Wśród nocy dziwnej, niepojętej
Ocknę się nagle w innym świecie,
Gdzie sama dziwność w ludzkiej szacie
Niepodobieństwa straszne plecie.
W metafizyczną głębię lecę,
Zaświatów jedność trzymam w ręku...
Wtem zezem ku mnie życie spojrzy,
Budzę się w strasznym, podłym lęku.

Zemstą przeznaczeń,
Ponurych sflaczeń
Świat cały rzucił na poniewierkę
(jak brudną ścierkę),
A potem cucił
Słodkimi słowy.
A czemu pod oczami podkowy?
A czemu zdrapana bródka?
A chwila była krótka,
Lecz dla wspomnienia długa...

Przeszłość, ofiara mej zbrodni,
Miga się w czarnej pochodni;
Trup się uśmiecha przez zęby,
Daremnie pręży swe kłęby.
Czasem się coś pisze, nie rozumiejąc istotnego sensu. Potem to przychodzi i trzeba się dziwić, skąd się o tym wiedziało, nie wiedząc właściwie nic.
Witkacy

Ostatnia piosenka o chorobie... - Witkacy

Ostatnia piosenka o chorobie
(czeski, gruby sentymentalny głos) na nutę Titiny


Wszystko my mu dawali,
Nawet i to cjankali,
Lecz nyc mu ne pomoglo,
Bo pomóc nyc - ne moglo
Wykonczyl se ten facet,
Jak ten wendnący tacet,
Nyc po nym ne zostalo,
Bo zrobil bardzo malo!

Witkacy
PS. Podpis na fotografii Witkacego: 
"Z głupim człowiekiem nie warto gadać,
Więc stulcie pyski i proszę siadać!"

Milionerzy (Ledwo jeden...) - Witkacy

Milionerzy

Ledwo jeden ubył nam rywal,
Już zaraz nowy przybywa.
Temu już chyba nie damy rady,
Choć do nas się nie umywa.

Choć tylko narzędziem był w naszych rękach
I nasze spełniał zachcianki,
Witkacy - Self-portrait - 1910
Puszy się cały w orderów pękach
I łatwiej zdobywa kochanki.

Bo zanim ludzkość całkiem się rozflaczy
I wejdzie na nowe drogi,
Dekoracyjność także coś znaczy
I dawne nie zmierzchły bogi.

Pijmy więc dalej, a potem jak oni,
Ten działacz i oberwańcy,
Pędźmy za szczęściem w dzikiej pogoni,
Zbywszy się wszelkich kagańcy.

Ostatnie to chwile wielkich osobników,
Użyjmy życia chociażby do mdłości.
Zrywajmy kwiatki z cienistych trawników,
Póki nie zdepce ich but wszech-miłości.

Demony wszystkich krajów
Łączcie się między sobą.
Zanikających rajów
Jedyną jesteśmy ozdobą.

Jesteśmy milionerzy
To jest fakt niezbity,
A wszystkie dziewczynki tutaj
Noszą na głowach kity.

Użyjmy czarnej miłości,
Po uszy, po pas, po szyję,
Użyjmy aż do mdłości,
Zróbmy piekielną chryję!

Wyspa jest więc nasza,
A król ma swe dolary,
Ach, ten pieniądz, ten pieniądz!
Jakież on sprawia czary.

Nasyci się księżniczka
Swoim kawalerem
I także nasza będzie,
To pewne, jak zero zerem.

Dodawać zera z lewa,
To każdy dureń potrafi.
Na to, by dodać z prawej,
Trzeba być członkiem Mafii.

Mafia nasza potężna
Oplata cały świat.
Dlatego też my jesteśmy
Życia najlepszy kwiat.

Witkacy

Do panny Mery*** - Witkacy

Witkacy - Nena Stachurska 3
Do panny Mery***

Arktyczny szantaż spalił gejzery
Mych bladych kłów.
Tańczcie włochate, mdłe bajadery
W krawędziach snów.
Teraz was trzymam za wściekłe rajery
Gdy wschodzi nów,
Zwisa się w kanał synów megiery
Rząd rudych łbów.
Rozpraszam trefle o piki i kiery,
Karo mam znów,
Ukój gangliony najdroższa Mery
Wśród ściętych głów.
Chodź pić zawrotne włoskie likiery
W assamblach sów,
Niechaj z zazdrości zbledną hetery
I Palfy Gróf.

           Marceli Duchański-Blaga

Witkacy

Moje biurko - Witkacy

Moje biurko
(Utwory Piurblagistów)
Witkacy - Autoportret z samowarem - 1917

Kitka zeschniętej gencjany -
Mój kucyk zdemolowany
Na mym biurku.
I Jego obraz w rozciętym ogórku.
Jestem żaba - taki malutki łobuz,
Wchodzę w ogromny, pełen żołdaków, obóz.
Formiści srożą się jak tykwy,
I neo-futurów słyszę kwik,
Gencjaną opędza muchy z pikfy,
Mój zwycięski, tryumfobiedny ryk.
Na mym malutkim biurku
Photo od Gamage and the son.
Tam siedzi on - on mój
Na mym malutkim biurku
Siedzi w rozciętym ogórku,
Obraz mej pierwszej miłości
ON - taki biedny, zadumany,
On szuler piekielny w kartach
Na drodze życia zabłąkany,
On - pan z bękartów na bękartach,
On - taki biedny, taki mój.

                       Józefa Pigoń-Blaga

Witkacy

Wszystko nie to już - Witkacy

Witkacy - 1931 - Bóg Ojciec pierwszy raz poważnie zastanowił się nad istotą ziemi
Z "Porannych piosenek kąpielowych Stasia"

Wszystko nie to już
Gdyby nowy sojusz
Zawrzeć tak z kimś nieznacznie,
Byczo się bawić,
W rozkoszach się pławić,
Żyć pięknie, a nawet dziwacznie.
Tak by się chciało,
By komuś tak stało,
Że ktoś ten koniecznie coś by dał -
By wić się w dostatku,
Mieć róże w zadku
(Samochód też by się przydał)

Witkacy

Nie dorosłem do swych lat - Stanisław Staszewski



Nie dorosłem do swych lat

Nie dorosłem do swych lat
Masz mnie za nic, dobrześ zgadł
Jak tak można? - pytam was
Tyle lat marnować czas
Nauczyłem w życiu się
Paru rzeczy - wszystkich źle
Ale moją dróżką idź
Gdy się już nie daje żyć

La, la, la, la - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - gdy po szklance koniak spływa jak łza
Gdy toczy noc wszystkich godzin ciemnych zdrady i zła
A w sercu już zamiast krwi tylko popioły i kurz,
tylko popioły i kurz
La, la, la, la, - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - gdy po szklance koniak płynie jak łza
Gdy toczy noc wszystkich godzin ciemnych zdrady i zło
I kiedy dłoń ściska szkło, w którym przez płyn błyska dno

Inni zawsze wiedzą, co
Jak, dlaczego, gdzie i kto?
Komu wziąć, a komu dać
A ja nigdy, kurwa mać
A już nie daj Boże, gdy
Jakaś się spodoba mi
Zamiast brać bez zbędnych słów
Plączę i się kończę znów

La, la, la, la - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - coż, że wszyscy są mądrzejsi niż ja
Mieć, co się chce, można tylko, kiedy przegra się grę
A w sercu już zamiast krwi tylko popioły i kurz,
tylko popioły i kurz
La, la, la, la - wszystko prostsze kiedy ciebie się ma
La, la, la, la - po kieliszku koniak płynie jak łza
Cóż, że wszyscy są mądrzejsi niż ja
Utopi noc naszych godzin zimnych zdrady i zło
Bądź ze mną, bo w mgle lat zginie nam "la, la" - słuchaj to.

Stanisław Staszewski

Do poety - Zbigniew Jerzyna

Do poety

Jak wiatr drążący ciemne wnętrze świata,
niech twoje słowo przedrze się przez ptaka.
Niech niebo niesie, niech go nie zdobywa.

Jak ptak, co upadł i rozrzucił pióra,
niech twoje oczy czułość w sobie mają –
bo to nieprawda –  c z ł o w i e k    p o g r z e b a n y.

Idzie kobieta – ty wtedy plecami
nie chciej zasłaniać jej blasku księżyca,
by nie potknęła się – by nie upadła...

A klęskę podnoś, jak się wznosi chmura
czarna od deszczu – a jednak wysoka –
Słońce przychodzi – później to wysycha.

Zbigniew Jerzyna

I z prawej i z lewej - Marina Cwietajewa

Iwan Kramski
***

I z prawej, i z lewej
Krwawe zasiewy,
I każda rana:
- Mamo!

Wszyscy rzędem leżą -
Obok siebie chłopcy.
Popatrzeć: żołnierze.
Kto tu swój, kto obcy?

Biały był - czerwonym został:
Krew zarumieniła.
Czerwony był - białym został:
Śmierć go wybieliła.

Marina Cwietajewa
przekład (?)

Legenda - Aleksander Błok

Legenda

Boże, czy słyszysz... Wybaczysz, Boże...
Wiosna płynęła w niebieskiej mgle.
W głuchym zaułku dziewczęta hoże
wyszły po grzech. Było ich dwie.

Trzeci za nimi. Lampa błyskała.
Snuł się bez szmeru, śladem tuż, tuż.
Snuł się — nieznany... Jedna myślała,
że niedaleko już światłość zórz.

Michaił Nesterov
Lecz północ mrokiem wciąż głębszym dyszy,
noc taje, ginie w wiosennych snach.
I mówi dziewczę: „Ty słyszysz, słyszysz..."
i szepce: „Z tobą tak mi dziś strach..."

Ubrana była w sukienkę białą,
ta druga w czerni (czy dziecko twe?)
Tej białej ciałko wychudłe drżało,
a druga — śmiała się w noc i mgłę...

Czy słyszysz, Panie, zlituj się, zlituj....
ta druga z śmiechem przyśpiesza krok...
a na ulicy pustką zabitej
zostali... Trzeci, ona i mrok.

Chyba świt blisko, chyba już blisko,
już blada zorza błądzi przez zmrok...
Rąbek niebiosów opadł tak nisko,
że zgasił latarń ostatnich wzrok.

Spadał tu łukiem. W przedświcie długim
nocy pijanej gubił się chmiel,
Gdy w trawie błysły na szkiełku smugi
została sama i sukni biel...

Pierwszych promyków nitki się żarzą.
Słabe rączyny chwyciły nić.
Ale już miasto grzmiąc rzeką zdarzeń
gdzieś w oddaleniu zaczęło żyć.

Był miłosny narkotyk w paczce barwnych banknotów.
Przeraziła się zorza, lecz przez wolę złych sił
ktoś dał miastu niezmierny przepych złota i potu
i słupami zatruty pył w powietrze się wzbił.

Podchodzili sąsiedzi, coś szeptali namolnie.
Starzec siwy jak dymek szczudłem wsparł się — tak stał.
Duszno było dokoła, Monotonnie i polnie,
rzucał kurz Niewidzialny, Niewidzialny się śmiał.

W tym ognistym orkanie ręce jej przyciskały
ziemię brudną i suchą, rozpaloną jak piec.
Boże wielki, wszak sprawisz, by zelżały nam skały,
odwróć od nas karzący, rażący twój miecz.

Wówczas niebo znak dało: w środek pyłu i krzyku
zstąpił jasny Archanioł. Ubieloną miał dłoń.
Wszystkim się wydawało, że wychodził z sklepiku
i że mąka mu bieli czoło, ręce i skroń.

Ale skały się rwały Ziemia już oddychała.
Cichnął w deszczu daleki, rozśpiewany skądś wóz...
Głucho ciżba huczała. Dziko burza się śmiała.
------------------------------------------------------------
Małą, białą dzieweczkę, archanioł do domu niósł...

Aleksander Błok
przełożył Józef Czechowicz

Nad okienkiem... - Sergiusz Jesienin

Michaił Nesterov - 1931
Nad okienkiem...

Nad okienkiem księżyc. Pod okienkiem wicher.
Bezlistna topola mieni się srebrzyście.

W dali płacz harmonii, głos osamotniony -
I tak bliski sercu, i tak oddalony.

Śmieje się i płacze pieśń zuchwała, hoża.
Gdzieś ty, moja lipo? Lipeńko wiekowa?

I ja dawno temu w świąteczny poranek
Z harmonią na piersi szedłem do kochanej.

A teraz dla lubej ja już nic nie znaczę.
Pod wtór cudzej pieśni śmieję się i płaczę.

Sergiusz Jesienin
przełożyła Anna Kamieńska

Dawniej myślałem... - Władysław Chodasiewicz

Iwan Kramski - 1873
***

Dawniej myślałem, chwilo mała,
Że oddam życie za rozkosze,
Lecz nie wie głupi włóczypała,
Jak cenne jego biedne grosze.

I oto inne dni nastały:
Pod wargą moją legły zmarszczki,
Minuty moje podrożały,
Dziś jestem skąpszy, bo już starszy.

I wiele widzę i rozumiem.
Na głowie mojej biel siwizny
i obrót gwiazd uchwycić umiem,
I słyszę rozrost trawy żyzny;

I szept, którego nie słyszycie,
I jakiś promień światła cichy
Wciąż wzbogacają moje życie
I doświadczenie błędnej Psychy.

Teraz nie skrzywdzę się, bo widzę
Mą starość — zbieram więc cierpliwie
To, czego tkliwie nienawidzę
I to, co kocham tak zjadliwie.

Władysław Chodasiewicz
przełożył Włodzimierz Słobodnik

Przeskocz i przekrocz pełen mocy - Władysław Chodasiewicz

Ilja Riepin
***

Przeskocz i przekrocz, pełen mocy,
Przeleć, prze... Zresztą, mówię tobie,
Wyrwij się już, jak kamień z procy,
Jak gwiazda, która spada w nocy...
Zgubiłeś sam i nie wiesz gdzie...

Bóg wie, co gadasz, mruczysz sobie,
Szukając klucza lub pince-nez.

Władysław Chodasiewicz
przełożył Włodzimierz Słobodnik

Bielskie ujście - Władysław Chodasiewicz

Bielskie ujście
Ilja Riepin - Moonlight - 1896


Przez okno pól rozległa przestrzeń:
na rzeką łąka, dalej las.
Na widnokręgu ciemne deszcze
przechodzą, szumiąc, raz po raz.

Tutaj pod stropem jasnej tęczy
na dachu cerkwi błyszczy krzyż
i co niedziela gwar zaręczyn
radośnie ulatuje wzwyż.

Tutaj bociany, żmije, błota,
strome urwisko pełznie wzdłuż,
powszednia sielskich dni prostota,
troska o wzrost zielonych zbóż.
Zroszonych polan leśne trawy
depcze po drodze ciężki but —
i w płaszczu niosę tuman mgławy
jesiennych, petersburskich wód.

I ku rumianych dziewcząt licom
zniżając poetycki lot,
tchnę na nie smutkiem i gruźlicą,—
zatrutą wonią newskich błot.

I wciąż mi szepczą myśli żwawe,
że już od niepamiętnych lat
rządzi się takiem samem prawem
i ludzki, i anielski świat.

A ten, którego skroń uświetnił
Bożej wszechwiedzy mocny wiew,
to był — po prostu pierwszy letnik
wśród pierworodnych ziemi drzew.

Z dalekich Wyżyn niosąc krok swój
w dolinę cichych, rajskich róż,
oddech rozkładu i uroku
na chwiejnych skrzydłach z sobą niósł.

Władysław Chodasiewicz
Przełożył Józef Łobodowski

Dla tego blasku za oknem - Ludmiła Marjańska

* * *

Dla tego blasku za oknem
na gałęzi modrzewia
warto otworzyć oczy
zdjęte jeszcze snem
Tam trwa przeszłość
uparta nieustępliwa
okrutna lekcja historii
Tam zmarli stale odchodzą
w obce światy
w cudze objęcia
To co było niegdyś żywe
promienieje
albo głazem
kładzie się na sercu
strwożonym
nierówno bijącym
Chwile płyną powoli
z trudem budują dzień
Otwórz oczy

Ludmiła Marjańska

Jesień - Włodzimierz Stebelski

Jesień

James Tissot - Oktober
Po słowiczych serenadach
I komicznych oper nutach
Ziewam na wsi jak idiota
I w juchtowych chodzę butach.
Nudna jesteś, jak dewotka,
Ty, jesieni, żółta, błotna,
Ty i głupi mój ekonom,
I girlanda róż samotna.
Chciałem w parku zagrać z nudów
Załzawionym róż bukietom -
Wiatr pozrywał z arfy struny...
Dajmy pokój już sonetom!

Z reumatyzmem błądzę konno
Po skoszonych pól przestrzeni.
Co też ten agronom gada
O nadziejach pstrych jesieni!
Niby, że potęgą pracy
To zrobimy albo owo...
Że odrodzę się, jak feniks,
Gospodarką postępową...
Ach, nie mogę zastosować
Tej jesiennej mądrej lekcji,
Wkrótce bowiem bank przyjedzie...
Dajmy pokój rezurekcji!

Więc jak chiński cesarz siedzę,
Jak zakonnik piję wino,
Potem śpię, a potem idę
Z celną strzelbą za zwierzyną.
Ale wino głowę pali
Jak w kraterach lawa wrząca,
A mój strzał na szarej miedzy
Psa ruluje, nie zająca.
A więc teraz niech beze mnie
Dzielnych druhów rzesze bliźnie
Biją w rogi i w puchary -
Dajmy pokój już tężyźnie!

I ujrzałem także ciebie,
Bóstwo młodych mych uniesień!
Zwiędła wiosna, zgasło lato,
Przyszła na nas wczesna jesień!
Gdy odwiedzę ciebie, pani,
To wspomnieniom słodkim gwoli
Będziem ziewać przy herbacie
W ślamazarnej melancholii.
Ale - słońce mej miłości! -
Babskim latem mnie nie okuj!
Bzy minęły i słowiki...
Dajmy sobie także pokój!

Włodzimierz Stebelski

czwartek, 22 listopada 2012

Król olch - Johann Wolfgang von Goethe



Król olch

Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna.

- Dlaczego, synku, odwracasz wzrok?
- Nie widzisz, tato? Popatrz tam, w bok.
Król olch mnie wabi, korona mu lśni.
- To tylko mgła. Coś ci się śni.

- Mój miły chłopcze, chodź-że tu!
Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu.
Wspaniałe miejsca nad brzegiem znam
I pozłacany mój szal ci dam?

- Ach, tato, tato! Słyszysz ten śpiew?
To znów król olch, to znów jego zew.
- Spokojnie, synku, to wiatru świst.
To szelest liści lub ptaków gwizd.

- Nie zwlekaj, chłopcze! Mam córek moc!
I z nimi się będziesz bawił co noc.
Śpiewając, tańcząc, powiodą cię hen
I tam ukołyszą, aż zmorzy cię sen...

- Patrz, tato, tato! Nie widzisz? Tam!
To córki króla. Znak dają nam.
- Nie, synku, nie! To żaden znak.
To próchno się sypie i świeci tak.

- Kochany mój! Urzekłeś mnie.
Więc chodź po dobroci! Bo porwę cię...
- Ach, tato, tato! Porywa mnie król!
Ciemnieje mi w oczach, przeszywa ból.

Rumak przyspiesza, co sił, co tchu;
Biegnie na przełaj, po trawie, mchu.
I oto światło: dom tuż-tuż.
Niestety! Dziecko nie żyje już.

Johann Wolfgang von Goethe
przełożył Antoni Libera

Ameryko, ty masz lepiej... - Johann Wolfgang Goethe

Wojtek Siudmak - Zawsze wyżej NY
Ameryko, ty masz lepiej...

Ameryko, ty masz lepiej
Niż nasz kontynent stary,
Nie masz zamków zrujnowanych
Ani bazaltów.
W czasie tworzenia
Nie dręczą cię ciągle
Daremne wspomnienia
Ni spory płonne.

Korzystajcie z czasu dzielnie!
A gdy wasze dzieci poezje będą pisać,
Niech dobry los je ustrzeże
Przed historiami o zbójcach, rycerzach i widmach.

Johann Wolfgang Goethe
przełożył Andrzej Lam

Śniłem ja miłość jak pożar okrutną - Heinrich Heine

***

Śniłem ja miłość jak pożar okrutną,
mirty — rezedy — piękną w lokach głowę.
I wargi słodkie śniłem — z gorzkim słowem,
i pieśni smutne pod melodię smutną.

Zbladły i znikły sny moje jak dymy;
znikła najdroższa moja mara senna.
Zostało tylko, co dusza płomienna
w te miękkie niegdyś przetopiła rymy.

Tyś mi została, sieroca ma pieśni!
Dziś i ty uleć w ślad za zgasłym śnieniem.
A gdy je spotkasz — pozdrów je mym tchnieniem:
Wiatr ślę cieniowi, co jak wiatr się prześnił.

Heinrich Heine
przełożył Stanisław Łempicki

Kochali się... - Heinrich Heine

Andrejus Kovelinas
Kochali się...

Kochali się i nie chcieli
Nic sobie wyznać najprościej,
I spoglądając wrogo
Oboje ginęli z miłości.
Rozstali się i już tylko
W snach się widzieli czasami.
Byli od dawna umarli
I nie spostrzegli się sami.

Heinrich Heine
przełożył Robert Stiller

Na jeziorze - Johann Wolfgang Goethe

Na jeziorze

Ożywczy pokarm, nową krew
Z wolnego chłonę świata;
Jak dobra ta natura jest,
Co z piersi pić pozwala!
Fala kołysze naszą łódź
Wciąż dalej z rytmem wioseł,
I góry wierzchołkami stu
Witają naszą drogę.

Oczy, czemu w dół patrzycie?
Złote sny, skąd przychodzicie?
Odejdź, śnie! choć złoty jesteś;
Tu też miłość jest i szczęście.

Na wodzie błyskają
Gwiazdy rozmigotane,
Lekkie mgły spijają
Spiętrzone wokół dale;
Zatokę cienistą
Wiatr poranny owiewa,
Odbija się w jeziorze
Owoc, co dojrzewa.

Johann Wolfgang Goethe
przełożył Andrzej Lam

Z olbrzymem jako towarzyszem - Maksymilian Dauthendey

Z olbrzymem jako towarzyszem

Gdy wieczorne słońce wpada w szkarłatny głóg i zmierzcha dzień,
Gdy brzoza nadstawia pod ostatnie światło swój biały pień,
A wszyscy ludzie mają za towarzysza wielki cień, olbrzyma,
Tęsknota próbuje swej łopaty w ciszy
I wolno grzebać zaczyna.
Wszystkie późne sasanki się zamykają,
A tęsknoty z wszystkich pól i lasów
Ciemniejsze niż dębu żółć przypływają.

Maksymilian Dauthendey
przełożył Leopold Lewin

Jak nazwać to co pośród liści śpiewa - August Platen

Arthur Rackham
***

Jak nazwać to, co pośród liści śpiewa
cicho, jak dryjad senny chór?
Czyś w wiatr wplątany, co mi włos rozwiewa,
w potoku srebrny sznur?

Zamieszkaj ze mną w kwitnącym ogrodzie,
kamień ożywisz i kwiat?
Czyż kochankowi wciąż na myśl przychodzi
kochanka drogi ślad?

Tak—wiem: ty mieszkasz w kniejach, w wiatrach, w sadzie,
ty uspakajasz wodną toń,
to wszystko bowiem ze mną trwa, gdy kładziesz
na piersi mej swą dłoń.

August Platen
tłumaczył Paweł Hertz