.

.

sobota, 30 marca 2013

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha - Konstanty Ildefons Gałczyński



Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.

Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóż to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! O, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;

o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówiąc że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziąłem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siądą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których dla mej żony marzę,

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Wielkanoc mojej córki - Konstanty Ildefons Gałczyński

Wielkanoc mojej córki

Dzwony i hiacynty,
pisanek wzór święty,
cały świat w blaskach i szumie;

przyleciały ptaki,
udały się babki —
ależ cóż z tego ona rozumie?

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony za daleko,
hiacynty za wysoko,
babki jeszcze jej nie wolno jadać;

o ptaku na drzewie,
o ziemi, o niebie
mogę tylko jej, jak umiem, opowiadać...

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Brzdąc o niczym nie wie,
„Njam — njam” mówi ledwie
i na nóżkach paluszki liczy.

Toć niecały roczek!
Wózek, soczek, smoczek
to jej świat jest złoty, tajemniczy.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Dzwony biją stare:
„Mateusz” i „Marek”,
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach,

żeby wszystkie dzieci
na tym groźnym świecie
mogły w rączki klaskać tak jak ona —

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Jeszcze pejzaż - Józef Czechowicz

Jeszcze pejzaż

drogę wóz turkotem napoił
ptak to obleciał jasną pręgą
oplótł oplątał
na koński łeb i chomąto
wionęło żywicą z choin
gdzie Boża Męka

jedź
dom blisko
dom blisko już

pod pianą fal przyboisko
prom jak zabawka malutki
gołębie i krzyże się iskrzą
na widocznych zza wzgórz
białych wieżach kościoła słobódki

a jezioro u drogi jak szklane słońce
dzień po zaściankach białoruskich dymi
wodę ugrzewa w obrywistych brzegach
dzień białoruski w rybach grzybach mące

przez pola piosenka przebiega
spod sznurów opada i wzlata
echo ją goni a huśtawka skrzypi

jedź
wielkanoc tuż tuż
kraszanka w barwie tych z obrazka róż
za wodą ku rojstom spadła

Józef Czechowicz

Życie jest średnie - Maciej Zembaty

Życie jest średnie

Miałem kiedyś prosperitę
Samochody, willę, psa
Wystarczyło pysk otworzyć
By pieczony gołąb wpadł
Dzisiaj wózkiem inwalidzkim
Wolno toczę się przez świat
Mieszkam kątem tu w hospicjum
Nie mam nawet na M2

Życie jest średnie
Ani dobre, ani złe
Wspinasz się w górę
Żeby znaleźć się na dnie

Tancereczka - panna Iga
Z teatrzyku "Ananas"
Była moją utrzymanką
I kochanką jakiś czas
Iga zgniła na Powązkach
A ostania miłość ma
To urocza, starsza pani
Nie przeszkadza mi jej garb

Życie jest średnie...

Zażerałem się kawiorem
Jadłem co dzień chateaubriand
Piłem koniak, piłem whisky
W lepszych knajpach a la carte
Dziś w kaszance odnajduję
Smak kawioru z dawnych lat
Piję rad brzozową wodę
Gdy w kieszeni rentę mam

Maciej Zembaty

Maciej Zembaty

Dove sta amore - Lawrence Ferlinghetti

Dove sta amore

Dove sta amore
Gdzie spoczywa miłość
Tu spoczywa miłość
Miłość synogarlicy
W lirycznej radości
Słuchaj pieśni wzgórz
Miłosnej pieśni pragnień
Cichej pieśni równin
Zbyt słodkiej pieśni cierpienia
W pasażach ciemności
Dove sta amore
Tu spoczywa miłość
Miłość synogarlicy
Dove sta amore
Tu spoczywa miłość

Lawrence Ferlinghetti
przełożyła Teresa Truszkowska

Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy - 13 - Pablo Neruda

Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy - 13

Marc Chagall
Znaczyłem krzyżami ognia
biały atlas twojego ciała.
Moje usta były pająkiem, który skrycie przebiegał.
Po tobie, poza tobą, lękliwy, spragniony.

Opowiadać by ci historie na skraju zmierzchu,
kochanie smutne i słodkie, abyś nie była smutna.
O łabędziu, o drzewie, o czymś dalekim i wesołym.
O czasie winogron, o czasie dojrzałym i pełnym owoców.

O sobie, który mieszkałem w porcie i stamtąd cię kochałem.
Samotności splecionej z marzenia i ciszy.
O osaczonym pomiędzy morzem a smutkiem.
Milczącym, majaczącym, pośród dwóch gondolierów nieruchomych.

Pomiędzy wargami a głosem coś umiera.
Coś o ptasich skrzydłach, coś ze smutku i zapomnienia.
Tak samo jak sieci nie zatrzymują wody.
Kochanie moje, zostają ledwie krople drżące.
A jednak coś śpiewa wśród tych słów ulotnych.
Coś śpiewa, coś dźwiga się do moich chciwych ust.

O, gdyby można cię było sławić wszystkimi słowami radości.
Śpiewać, płonąć, umykać, jak dzwonnica w rękach szaleńca.
Smutna czułości moja, czym ty nagle się stajesz?
Kiedy doszedłem do najbardziej zuchwałego i zimnego szczytu,
moje serce jak nocny kwiat się zamyka.

Pablo Neruda
przełożył Jan Zych

Gabrieli - Maria Konopnicka

Gabrieli

Imię twoje nie było "wiosna" ani "róża",
Ani w łunach po niebie chodząca "kometa",
Ani pełna jasności błyskawicznej "burza"...

Ale na pierwsze imię było ci: "kobieta"
I nosiłaś je czystym jak gwiazdę na czole;
A drugie: "siostra smutnych", a trzecie: "poeta".

Które ci najpiękniejszą dało aureolę,
Któż zgadnie? - Cisza grobu twego odpowiada,
Że każde z nich jest rzadkim na tym nędz padole.

Tylko tam, gdzie od wieku bije łez kaskada,
Na ziemi dawnych smutków, nad stare mogiły
Wschodzi, raz w sto lat może, taka gwiazda blada,
By świecić tym, co idąc, dech tracą - i siły.

Maria Konopnicka

wtorek, 19 marca 2013

Inge Bartsch - Konstanty Ildefons Gałczyński

Inge Bartsch

Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona wśród tajemniczych okoliczności.
Oto słowo o Inge Bartsch,
w całej prostocie,
dla potomności.
Ona była ruda, ale niezupełnie — pewien połysk na włosach grasował —
żyła z Finkiem. Fink był reżyser. Przez snobizm komunizował
(są tacy też — na Mazowieckiej).
A Inge? Inge miała w sobie jakiś smak niemiecki,
ten akcent w słowie „Mond” — księżyc… der Mond, im Monde…
A Fink był dureń i blondyn.

Historia prosta: właśnie przyjechałem z Polski…
Berlin… Berliiin… deszcz…
Fryderyk z żelaza jak niestrawność serce mi gniótł…
Nuda — i nagle cud!
Teatrzyk! Maleńkie serce w podziemiach!
Idzie piosenka: autor: Kurt Tucholsky.

Widzę: Inge siedzi przy fortepianie,
śpiewa i gra; ach, jakaż musi być śliczna, gdy wstanie.
Wstała. Piersi miała małe, doskonałe,
i — wybaczcie mi państwo — brzuch
tak się cudownie pod suknią rysował,
że zacząłem bić brawo i wrzeszczeć: — Niech żyje brzuch!
aż pewien Anglik mruknął: — He's gone mad — On zwariował.
Przeszło lato, jesień i zima,
i jeszcze wiosna, i jeszcze jakieś lato,
i znowu jesień w mgłach jak w dymach.
(Jesieni jestem amator.)
Aż tu nagle pewnego dnia
zamach stanu. Coup d'état.
Zamach stanu nb. miał w sobie coś z gwiazdy betlejemskiej.
za którą ciągnęło 3 000 000 magików.

I wszystko stało się jak na scenie:
siedziałem z Ingą w Tiergartenie,
a jesień w Berlinie, w Tiergartenie,
to są, proszę państwa, takie struny…
Z drzew mgłą kurzyło,
wiatr niski jak bas —
i nagle Inge: — Wiffen Sie waf?
(Ona miała coś takiego w głosie czy w zębach.)
Wissen Sie was? Życie
mi się znudziło.

— Hm…
Spojrzałem na nią, papierosa ćmiąc —
nie jestem Wyspiański, ale bądź co bądź
to powiedzenie mnie wzruszyło.

Za późno: Rewolwer nie był większy od róży.
Pik! i Inge rozpoczęła podróże
w Au—delà, w metafizykę niemiecką.
Jakiś grubas, co siedział przy piwie,
nawet nie drgnął ani się nie zdziwił,
bo takie pik! to się mogło zabić najwyżej dziecko.

A potem miała jeszcze dłuższą rzęsę;
trup pachniał jesienią, czarną kawą, grzybami i nonsensem.
Bartsch Ingo!
Szkoda!
Twój talent to mogło być dużo szterlingów.
Inge Bartsch!!!

Wróciłem do hotelu.
40 fajek w jedną noc — pokój aż sczerniał od dymu…
Nie, to nie można tak: to jest zbyt proste: nuda,
tu trzeba, że się tak wyrażę,
przyszpilić jakieś komentarze —
że, czy ja wiem, że krwawa zbrodnia reżimu,
że podejrzana o semityzm,
że… marchew… w obozie… zgniłą…
Będzie na 300 wierszy artykuł znakomity.
(W Polsce zwany „kobyłą”.)

Powiedzmy, że to było na jesieni,
dajmy na to, trzy lata temu.
No, i jeśli redaktor nie zmieni,
pójdzie tak:
„Nie wytrzymała w dusznych klamrach systemu
Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona w tajemniczych okoliczności…”
A na końcu może z Rilkego coś
o miłości,
o samotności,
a tytuł prosty. Inge Bartsch.

Szkoda.
Ładna.
Młoda.
Plecy jak perski aksamit.

I było w niej coś…
kobiece,
nieuchwytne,
dalekie,
coś, co trzeba chwytać pazurami.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Słowa zwycięskie - Konstanty Ildefons Gałczyński


Słowa zwycięskie

Ja wiem, ja wiem, ze przyjdzie Dzień i cały świat zapłonie od mych gorących słów. Słowa - kule ogniste, słowa - błyskawice syczące, słowa - cwałujące konie - meteory lecące z gwizdem! Ja wiem, że przyjdzie dzień panowania mych gorących słów! Zahuczy w nich wszystka moja krew, czerwona jak Pożar Kosmosu! Powiedzcie mi, episjerzy, co wtedy będzie z wami, gdy na ulicach zawarczą rozżarzone granaty moich dalekonośnych słów? Przypuszczam, że zgłupiejesz, właścicielu składu gumowych kołnierzyków, gdy przed twym sklepem moje słowo rozbije gazową latarnię i szyby zielone od świetlnego soku runą na asfalt z brzękiem. A co wtedy będzie, gdy moje pijane pędem słowo wpadnie do handlu win B-ci Pakulskich i zacznie tańczyć wśród złotych pomarańcz, a później jak bandyta rozbije niklową kasę "Continental", gdzie leżą nerwowe miliardy? Obywatele! Miejcie się na baczności! Jestem niebezpiecznym poetą!

Konstanty Ildefons Gałczyński

Przypływ - Władysław Broniewski

Przypływ
Mais si Parlez d'amour car tout le reste est crime
Aragon
W morze spienione, w szumiące morze
gwiazdy spadały i nikły.
Oto ci serce dzisiaj otworzę -
To przypływ, miła, to przypływ!

Nocy tej księżyc poszedł na przełaj
przez srebrne wody Śródziemne,
fala do brzegu szła i ginęła,
jak giną słowa daremne,

fala ginęła, fala wracała,
jak miłość, której nie trzeba,
i obojętna gwiazda spadała
z obojętnego nieba.

Miłość konała, jak na gruźlicę
konają piękni i młodzi,
i w konającej patrzałem lice
z rozpaczą, że już odchodzi.

Mówiłem sercu: "Milcz o miłości,
serce uparte i dumne" -
a miłość rosła we mnie jak kościół,
dokąd wniesiono już trumnę.

Słowa miłości, słowa rozpaczy
zdławiła noc głuchoniema.
Kochać - to znaczy: dotknąć, zobaczyć,
a ciebie nie ma... nie ma...

Nocy tej przypływ bił o wybrzeże
zagniewanymi falami.
Byliśmy prości, byliśmy szczerzy,
byliśmy smutni i sami.

I słów nie było. I niepojęta
tkliwość złączyła nam dłonie...
Ja nie pamiętam, nie chcę pamiętać,
że miłość była w agonii!

Ach! ona świeci blaskiem wspaniałym
w gwiazd spadającym hymnie!
Gwiazdy - to mało, morze - to mało,
jeżeli miłość jest przy mnie,

bo wtedy mogę ująć w ramiona
świat od miłości mej szerszy
falą wezbraną, falą szaloną
nie napisanych wierszy...

Miła, ja płaczę... Gwiezdny alkohol
ma posmak cierpki i przykry.
Fala powraca szemrząc ci: "Kocham".
To przypływ, miła, to przypływ.

Władysław Broniewski

Kometa - Władysław Broniewski

Kometa

Ach, myśli opętane, bezładne, bezradne!
Ach, słowa niepojęte twardego wyroku!
Przez wicher się przedziera, wśród wichru upadnę,
jak wicher huczy we mnie bezdenny niepokój.

Dlatego w snach się błąkam, bezsenny i chory,
jak świeca gorejąca dogasam powoli
i nie wiem, czemu milczą srebrne gwiazdozbiory
nad moim ogniem, śpiewem i snem, który boli.

Ach, muszę się wypalić do dna i do końca,
jak światła wędrujące po gościńcach mlecznych,
zanim upadnę gwiazdą obłędem płonącą,
kometą snów bolesnych, a światu zbytecznych.

Władysław Broniewski

Poeta i trzeźwi - Władysław Broniewski

Poeta i trzeźwi

Bije czarna godzina,
Czarny wiersz się poczyna.
Dajcie mi ludzie trzeźwi,
Szklankę mocnej poezji,
Szklankę mocnego wina.

Łypią trzeźwi znad kufla:
„Dobrze, niech się nam uchla,
poczekamy do świtu,
czy zażąda kredytu?”
Brzęk! Stoi czarna butla.

Wypiłem do dna z gniewem,
upiłem się i śpiewam,
wkoło łypią ponuro,
nikt nie nuci do wtóru,
drugą szklankę nalewam.

Wasze zdrowie przytomni!
nie podchodźcie wy do mnie:
gdy tę szklankę wypiję,
to was wierszem zabiję,
a chcę o was zapomnieć.

Obstąpili mnie wkoło,
a ja trzyma się stołu,
trzecia szklanka wypita,
i stół rusza z kopyta,
lecę w gwiazdy i wołam:

„Witaj, piękna przygodo!
Witaj gwiezdna pogodo!”
Wplątany w włosy komet,
chwytam cienie Andromed,
patrzę w Luny twarz młodą.

Gwiazdy, gwiazdy przepuśćcie,
pieśni szukam w tej pustce,
wylewam z butli czarnej
wino w pył planetarny,
ale milczą czeluście…

I ocknąłem się rano,
twarz miałem krwią zalaną,
trzeźwi nade mną stali,
bili mnie i pytali
co za wino dostaną?

Odrzekłem: „W jednej piersi
mieści się świat najszerszy,
gdy się miłość poczyna,
tej mi trzeba, nie wina,
i bez niej nie ma wierszy.”

Władysław Broniewski

Marzec wielkoduszny - Bułat Okudżawa

Ferdynand Ruszczyc - Wiosna - 1897
Marzec wielkoduszny

Tam, gdzie otworem stoją lasu drzwi,
gdzie dźwięki z pni ściekają, gdzie wilgoci
czuć zapach, tam leśniczy stoi i –
popatrzcie – moje ręce ma i oczy.

A las ma suknie stare, wszystkie zdarł.
Leśniczy chwieje się na śliskim kłączu,
nadejścia wiosny pragnie dojrzeć znak
i przyjąć pierwsze dziecko – pierwszy pączek.

Pochyla się – z pomocą gotów przyjść,
wsłuchuje się leśniczy zatrwożony,
czy czasem nie przedziera się wśród pni
łodyżka jakaś, źdźbło nieustraszone.

Nie krzywdźmy też, na leśny wchodząc trakt,
sosnowych babek i świerkowych wnuczek,
dopóki one się od siebie uczą,
jak rodzić marzec, gdy wokoło zimy świat!

Od nowa wszystko wznieść – niemały trud.
Jak cało wyjść, gdy zima wciąż na straży...
I wstrzelić swą łodyżkę w twardy grunt –
To jakby gospodyni drzwi wyważyć...

... Las nie ma końca. I wsłuchany w jego rytm,
leśniczy chwieje się jak liść posłuszny...
nie wpadaj w rozpacz, drogi, nie trać sił!
Nadchodzi marzec, miesiąc wielkoduszny!

Bułat Okudżawa
przełożył Tadeusz Lubelski

poniedziałek, 18 marca 2013

Podróż zimowa - XI - Stanisław Barańczak



Podróż zimowa - XI
Wiersze do muzyki Franza Schuberta
Ich träumte von bunten Blumen
Myślałem, gdy świt różowiał:
„Co z tego, że wojna gdzieś trwa?
To bestia wykańcza bestię,
bo tylko to umie i zna,
bo tylko to umie i zna”.

Gdzie indziej pierwszy snajper
nacisnął cyngiel dnia;
nim pocisk dobiegł celu,
pojąłem, że jestem nim ja.
Tak, mówię o zabitym
i o tym, że jestem nim ja.

Lecz ekran znów promieniał,
bo czas był na inny mord;
znów ekran bez wytchnienia
rozkrawał doniesień tort,
nowiny ze świata rozrywki,
prognozę na dziś i sport,
prognozę na dziś i sport.

Myślałem, gdy ranek wstawał:
„Co z tego, że tyle jest zła,
że śpi w każdym z nas ta bestia?
poskromić ją przecież się da.”

Gdzie indziej inny snajper
nacisnął cyngiel dnia;
nim zrobił swoje strzelec,
pojąłem, że jestem nim ja.
Tak mówię o zabójcy
i o tym, że jestem nim ja.

Lecz uśmiech prezentera
wyjaśniał: nie czas na Sąd;
Sąd będzie, lecz nie teraz;
tymczasem zaś przejdźmy stąd
od razu do świata rozrywki;
a potem – pogoda i sport,
prognoza pogody i sport.

Stanisław Barańczak

Sen - Wanda Bacewicz

Sen

Co wieczór pragnę
odlotu we śnie
w piękno
którego nie ma
i którejś nocy
stanęłaś nagle przede mną
zjawiłaś się znikąd
ale jakże realna -
oczami rozpalonymi
patrzyłaś smutno
i odeszłaś równie nagle
w dźwięk
który nas rozerwał
Od tej chwili
jesteś wciąż we mnie
tęsknotą
prośbą
- przyjdź znowu
zabierz mnie z sobą

Wanda Bacewicz

Zaręczyny - Ewa Lipska

Zaręczyny

Na parterze młodzi obiecują sobie:

- nie wolno nam przyrzekać najprawdziwszych prawd
które jak ślubne obrączki
z palca na palec

- nie wolno nam przyrzekać wspólnych drzwi
wspólnego klucza
wspólnych ust

- nie wolno przyrzekać wcale

- dopiero ziemia nas przyrzeknie
kiedy ja i ty
w zaoraną wyruszymy podróż.

Tak się skończyły zaręczyny na parterze.
A jednak jakże trudno w szczęście ich uwierzyć.

Ewa Lipska

Od jakiego formatu... - Julia Hartwig

***

Od jakiego formatu warte są naszego współczucia i naszej pomocy?
Mucha jeszcze nie, komar jeszcze nie. Ani liszka.
Przy myszy sprawa wciąż jest wątpliwa.
Przy ptaku wiele już serc czułych.
Odgrywają tu swoją rolę pożyteczność, przyjemność, jakie sprawiają. Nie bez znaczenia jest urok, krasa i przymilność.

Ale my również jesteśmy utrapionymi muchami Pana Boga, komarami, które kąsają go w policzek, pająkami, które zastawiają sieci w jego pokojach, podstępnymi kłusownikami w lasach jego królestwa.

Co da nas jest lwem, dla Arkturusa nie jest nawet biedronką.

Julia Hartwig

Jak dotrzeć - Julia Hartwig

Karol Bąk - Nokturn 7
Jak dotrzeć

Jak dotrzeć - i czy trzeba - do tego podziemnego świata
który jest jak labirynt i gdzie wyśledzić można
nić jaką snuła zmęczona Ariadna
(To ty jesteś Ariadną ty zginiesz na brzegu opuszczona)
Jak dotrzeć - i czy trzeba - do tego podziemnego świata
pamięci która śpi i czeka na zbudzenie
na łaskę zgody z tym co się zdarzyło
czy może na upokorzenie co płynie z niemocy
wobec przeszłości To co miało być jednością
leży jak przewrócony na bok wieżowiec
wypełniony echami zaklęć i pożegnań
lustrami które zachowały odbicia twarzy tych co odeszli
Komu zdać trzeba sprawę? Gdzie złożyć rachunek?

Julia Hartwig

Noc - Tadeusz Gajcy

Noc

Czy w śnie daremnym, w przypomnieniu
leżę pod światłem, co jak koral
stacza się prędko? Oto pora,
gdy cienie kwiatów w fali wartkiej
pływają ciężkie niby karpie
w księżycu srebrne. Owad równy
jest człowiekowi, ptak zwierzęciu,
gdy niebo budząc nas jak struny
albo ściszając swym dotknięciem
odchodzi ciemne pod powiekę.

Żebym pamiętał: równy jestem
łunie różowej, która przestrzeń
w drzewo kolorów nagłych zmienia.
Żebym rozumiał: nawet salwie,
gdy przez powietrze idzie lekkie,
jak dzwon od chłodnych drzwi milczenia.
I żebym mówił: równy jestem
sam sobie leżąc w śnie jak wyspa,
gdy niebo białe jest jak papier,
a ziemia wciąż nierzeczywista
i zarys kwiatów dnem przechodząc
tężeje w kamień, w kość woskową;
a ja w daremnym przypomnieniu
dzieciństwa kształt przybliżam jasny;
obłoków góra, nad nią księżyc
i wiatr gołębi ponad lasem,
woda wesoła, szelest ryby
wśród lilii wodnych. Przecież wiem:
daremny serca strumień jest,
przebytym snom nie będę równy.

Lecz noc mnie czeka wciąż podobna
do tamtych nocy, kiedy koral
światła się zniżał. Cień w obłokach
jest cieniem moim jak olbrzyma,
a przecież ręka jest pokorna
i ciało kruche leży płasko.
Żebym pamiętał: jest ojczyzna
w gałązce dymu, w ognia blasku,
a ja nakryty śniegiem chmury
ziemi tej skąpej jestem równy.

Tadeusz Gajcy

Do pamiętnika - Tadeusz Borowski

Do pamiętnika

ani wiersz, ani proza,
tylko kawał powroza,
tylko ziemia wilgotna —
oto droga powrotna.

ani chleb, ani wódka,
tylko gniew i złość krótka,
tylko grobów przybyło —
oto młodość i miłość.

ani sen, ani jawa,
ani śmiech i zabawa,
tylko płacz nocą łapie —
oto nóż, sznur i papier.

Tadeusz Borowski

niedziela, 17 marca 2013

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Czesław Miłosz

Stanisław Ignacy Witkiewicz
Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) - Portret męski - 1929

Ogień, piołun i kurz.
Oto stoję w obliczu niepodzielnej rzeczy.
Ogień, piołun i dzika czereśnia
Na płaskim rumowisku nietrwałych państw.

Po raz ostatni wiatr unosi chmurę,
Mówię głośno, co widzę ostatni raz
W bijącym blasku niepodzielnej rzeczy:
Nad niebo, nad krzyk gęsi w rozlewisku rzek
Pająk mały wchodzi po brylancie w górę,
Niżej piołun, pokrzywy i dzika czereśnia
Na sennych polach nieobeszłych państw.

Otom jest zwyciężony,
Ginę zgubą wszelkiego żywego stworzenia.
A jednak wiem, że to mój, niczyj więcej los.
Otom jest zwyciężony, odbiega mnie ziemia,
A kruchy kształt pamięci topi się jak wosk.

Wszystkie stukoty kołysek, matek śpiewy, gdy dzieci kołyszą,
Wszystkie dyszenia kochanków z oczami nabiegłymi krwią,
Wszystkie śniegi pomarańczowych górskich świtów,
Mam jeszcze w sobie. Jeszcze chwilę - są,
Zanim upadną w otchłań czarnego zenitu.

Oto zwycięża ludzkość, zacięta i płodna,
Która nie pragnąc tajemnicy mnoży się i trwa.
Ja, wbrew jej woli, chciałem sięgnąć do dna,
Chociaż ona ma słuszność - bo  t a k  tylko
dosięga się dna.

Czesław Miłosz
                        PS. Dziękuję:)

sobota, 16 marca 2013

W marcu nad ranem - Jerzy Harasymowicz



W marcu nad ranem

Najlepiej jest zbudzić się w marcu nad ranem,
kiedy cieniutkie, czarne widełki sadu przez wiatry wygięte
kiedy w niedalekim lasku śnieżyczki w najbielszych szatach
czekają na wschód słońca - by na tle czerwieni zmartwychwstać jak święte.

Z dachu, upite przez czarownice biedne polskie diabły w łapciach,
siedząc sztywno, zjeżdżają z łoskotem i znikają w ziemi.
W ogrodzie spoza zaspy uszy zajęcy widać jak ledwo otwarte wielkie nożyce.
Na oknie głowa kota, jak wielka furażerka, pilnie słucha, co dzieje się w sieni.

Jodły w mroku majaczą, ogrodu pilnują,
a z rynny jak z długiego starego buta, gdzie skąpiec chował pieniądze,
sypią się bez przerwy monety czerniejącą dziurą,
bo na odwilży lodowy buta spód spękał, życie zakończył.

I rozpoznać już można góry niskie jak dach chatki, nad którym wrony,
jak sczerniałe ze starości poszycie, wirują przy lada wietrze.
I widać już, jak pod oknem, po bieli,
skaczą pierwsze zielone trawki, to tu, to tam, jak świerszcze.

Jerzy Harasymowicz

Noc marcowa - Jerzy Harasymowicz

Leon Wyczółkowski - Giewont w śniegu
Noc marcowa

Zostawiłem drzwi uchylone
chodzę po lesie w nocy
gronostaj śniegu biegnie przodem

Koszula nie czuje chłodu
buty śpią na nogach

Można mnie wywieźć z dobytkiem słów
bo nic więcej nie mam na świecie
wywieźć choćby na Księżyc

I tak tutaj zostanę
tu w górach gdzie zaspy są jeszcze do kolan

Zostawiłem drzwi uchylone
drzwi zasypane zawilcami jak śniegiem

Jerzy Harasymowicz

Czekaj: wiosna - Krzysztof Kamil Baczyński

Czekaj: wiosna

Nie płacz marcem w smutne łąki - powietrze
noce zmierzchają co dzień i co dzień szersze
kotłem księżyca biją o wiosnę

wierszem
pąki zielone po nocach rosną.

Niebo umarło
zimne gromnice wiatr zapala - kwiaty
dzień jak opłatek - wilgotny spływa przez gardło
białym opadem

oczy na dłonie chmur kładę.
I może smuga słońca rozcina czarnoziem
dzień się uśmiechem zaorze zielonym.

Jak orzech
czerstwe obłoki drzew wyminą ulicę
i może
słońcem cedzonym przez okno pójdziemy:
w parkach podmiejskich kwitną blade anemony

na wałach: -
trawa zasiana wilgocią
dzwony: odpływają powoli jak statki

przejdziemy
kłosy ciszy gładkiej
zetnie spóźniony pociąg.

Krzysztof Kamil Baczyński

Mrok na schodach… - Bolesław Leśmian



Mrok na schodach…

Mrok na schodach. Pustka w domu.
Nie pomoże nikt nikomu.
Ślady twoje śnieg zaprószył.
Żal się w śniegu zawieruszył.

Trzeba teraz w śnieg uwierzyć
I tym śniegiem się ośnieżyć –
I ocienić się tym cieniem,
I pomilczeć tym milczeniem.

Bolesław Leśmian

Michały Anioły - Włodzimierz Słobodnik

Michały Anioły

Są Michały Anioły w miasteczkach i wioskach,
Co rzeźbią w cierpkim drzewie lub szorstkim kamieniu
Zbuntowane anioły, konie i potwory
Albo Apokalipsę w okrutnym płomieniu,
Bogusław Pupiec - Topólcza, rzeźba ludowa

Przedpotopowe czasy palą im się w dłucie
I rzeźbią ichtiozaury, i rzeźbią mamuty
Albo wyrzeźbią nagą scenerię potopu,
Wody oceanicznej rzuty i przerzuty.

Mogą wyrzeźbić również zmierzchy mazowieckie,
Skargę wierzby i wody nad wodą zlitowanie
Albo siewcę, co rzuca ziarno w orną ziemię,
Co tak zrasta się z ziemią jak ze zdaniem zdanie.

Czasem rzeźbią w kamieniu wielką polną ciszę,
Pierwszą wieczorną gwiazdę wschodzącą powoli,
Co jest wśród wielkiej ciszy drugą wielką ciszą
I srebrnym przedłużeniem strzelistej topoli.

Kiedy rzeźbią oracza – rzeźba jest oraniem,
Kiedy rzeźbią żal zmierzchu – rzeźba jest płakaniem,
A kiedy rzeźbią skrzypce – rzeźba jest ich graniem.
Gdy rzeźbią drogę – rzeźba bywa wędrowaniem.

Miasteczkowe i wsiowe Michały Anioły
Wyrzeźbią i chodliwych koni raźne rżenie,
I wyrzeźbią strzelanie bata na jarmarku
Albo taniec opojów, co zadepcze ziemię.

Czasem po prostu rzeźbią ojca albo matkę.
Każdą żyłkę jej dłoni wymowną jak żyły
Leśnego drzewa, które kuma się z ptakami
Po to, by pieśni wspólnie ułożyły.

Włodzimierz Słobodnik

Na samym dnie - Kazimierz Wierzyński

Na samym dnie

Jeśli nie zejdziesz na samo dno,
Jak odmierzysz wysokość góry
Z której spadłeś?

Jeśli nie ockniesz się sam na sam
Z ciemnością, gdy ci oczy napełni,
Jak kiedykolwiek przejrzysz?

Jeśli nie zaliczysz swoich klęsk
Jak odróżnisz niemoc od pychy?
I jak się udźwigniesz?

A jeśli dokopiesz się źródła sił
Nawet u dna i w głębi ciemności,
Jeśli odbijesz się stamtąd,
Powiedz, kim jesteś,
Podaj mi rękę…

Kazimierz Wierzyński

Wiosna - Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Wiosna
”Berçant notre infini sur le fini de mer...”
Baudelaire
Kolosalne zjawisko na polach wieczności!
Wybuchają potężne, tak ogromne kwiaty,
że szczyty gór, wiszące w nieba głębokości,
stroją w zielenie liści i w czar swych szkarłaty.

Alfons Mucha - Wiosna
Kolosalne zjawisko w wiekuistej bezdni!
Zabłysnęły tak świetne gwiazdy i olbrzymie,
że się jak pochodniami całe niebo gwiezdni
i wrą żywe płomienie światłości w mgieł dymie.

Kolosalne zjawisko w wieczystem przestworzu!
Jak wulkan wybuchają zboża z łona ziemi:
ludzkość głodna się rzuca i pławi się w zbożu
i zrywa złote ziarno rękami chciwemi.

Kolosalne zjawisko w wiecznym wieków toku!
Błękit nieba się rozpiął tak czysty i święty,
że się w nim Bóg objawił człowieczemu oku
jak słońce zawieszony nad morza odmęty.

Kolosalne zjawisko w wieczystym błękicie!
Bóg z rozkrzyżowanemi nad światem ramiony
błogosławi rodzące się z pól plennych życie,
jak słońce nad przepaścią morza zawieszony.

Kolosalne zjawisko wśród wieków powodzi!
Ludzkość, żywiona skrzącem, wulkanicznem ziarnem,
z ducha swojego ognie i pioruny rodzi
i wśród muzyki pląsa po polu cmentarnem.

Kolosalne zjawisko wśród płynących wieków!
Duchy ciemne bieleją, z liśćmi palmowemi
wschodzą znad grząskich bagnisk, z ponad mętnych ścieków,
niosąc Baśń Arcyświętą, Dobrą Wieść dla ziemi.

Kolosalne zjawisko w wieczystym chaosie!
Z pieśnią na ustach, z bóstwem w oczach gorejącem:
białe duchy goreją na ofiarnym stosie,
a dym stosów zawisa, jak Bóg, ponad słońcem.

Kolosalne zjawisko wśród wieków obrotu!
Olbrzymi hymn się rodzi w człowieczeństwa łonie,
ludzkość okrzyk wydaje podobny do grzmotu
i jak ciosy błyskawic rozpościera dłonie!

Kolosalne zjawisko wiekuistych mytów!
Po całej ziemi płynie święta Wieść radosna,
z zarzuconych kwiatami, z płonących błękitów
zeszła na ziemię Wiosna, wiecznie zwrotna Wiosna.

Kolosalne zjawisko wiekuiście trwale!
Wahają się gór szczyty i mórz głębokości,
tak olbrzymi Blask niesie, tak olbrzymią Chwałę
kolosalne zjawisko na polach wieczności!

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Narkotyk - Wanda Bacewicz

Cheryl Castle
Narkotyk

Zmuszać się do wysiłku
ciągle
bez wytchnienia
odnajdywać to
czego nie ma
myśleć
- potem będzie spokój
wiedząc
że to nie nastąpi -
każdego dnia
zadawać sobie coś nowego
choćby nie wymagało pośpiechu
nie ustawać ani na chwilę
wszystko z siebie wyciskać
myśleć
- nigdy nie wiadomo
potem może być za późno
wbrew rozsądkowi działać
nawet z ledwo bijącym sercem -
zagonić smutek
w dalekie zakamarki świadomości
przydusić go zmęczeniem
cieszyć się z wypełnienia
każdej minuty -
w swoich czterech ścianach
być pośrodku spraw
całego świata
przyjmować na siebie
odpowiedzialność za wszystkich
przeciwstawiać kataklizmom
własne zmartwienia
a przestaną istnieć
w swoich własnych wymiarach -
zapędzić siebie
w intensywność myśli
odurzającą jak narkotyk

Wanda Bacewicz

Ucieczka - Wanda Bacewicz

Ucieczka

Wcisnąć pięści
w oczy pełne łez
i oto już się płynie
w falującej przestrzeni świateł poprzez fiolet - cynober -
błękit -
czasem brązowe kreski
jak pogubione gałązki drzew
przebiegają ci drogę -
zanurzasz się w rozlewistych sarościach
John Ives - Cherry Blossom
ciemniejących aż po granat
choć dostrzegasz i złociste zygzaki
pędzące zawrotnymi gromadami
- byle dać nurka
w nagły przerębel jasności
ale jadowita czerwień chlusta co do oczu
więc zrywasz pięści
patrzysz zdumiony
w świetlistość dnia
tak nierealnie realną

kusi cię kolorowość ucieczki
znowu ręce ciśniesz do oczu
teraz czarne rozwidlone kreski
podobne ptakom
lecą w ceglastej przestrzeni
a gdzieś z boku
zrywa się gromada igiełek czerwono-zielonych
jakby odpryski choinkowych bombek
gonisz je
już zniknęły
zagarnia cię plama sepii
z wnętrem zielonej zgnilizny
otwierającej wrota
ku słonecznej głębi
lecz cofającej się błyskawicznie
- koniec
ciemność
nie ma już nic
wyschło twoje źródło

uwolnij oczy
i tak do syta zaznają ciemności
czekaj
na nowy płacz
w pięści

Wanda Bacewicz

Być ślepym - Wanda Bacewicz

Carrie Vielle
Być ślepym

Zamknąć oczy
uczyć się ciemności -
każdą czynność
pojmować na nowo

Oto wysuwam rękę
ostrożnie
by nie skrzywdzić żadnego przedmiotu
i siebie nie porazić
i nie stracić odwagi -
poznawać
bez balastu łatwizny

Przywrócić sobie wrażliwość
zagubioną przez wieki

Wanda Bacewicz

niedziela, 10 marca 2013

I w owym wrześniu pełnym żalu... - Czesław Miłosz

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) - Autoportret 1938
i w owym wrześniu pełnym żalu...
(fragment Traktatu Moralnego)

U nas ciekawy jest Witkiewicz.
Umysł drapieżny. Jego książek
Nie czytać – prawie obowiązek.
W ciągu najbliższych stu lat chyba
Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
Aż ta formacja co go znała,
Stanie się już niezrozumiała,
I jaka była w nim trucizna
Najlepszy spec się już nie wyzna.

Wiersz mój chce chronić od rozpaczy,
Tej właśnie, jaką miał Witkacy,
Kiedy część prawdy widząc trafnie
Sam w swoje własne wpadł zapadnie
I w owym wrześniu pełnym żalu,
Potężną dozą weronalu
Śmierć uznał za rzecz tak zaszczytną,
Że to, co zaczął, skończył brzytwą.

Czesław Miłosz

Lektury - Czesław Miłosz

William Blake
Lektury

Zapytałeś mnie, jaka korzyść z Ewangelii czytanej po grecku.
Odpowiem, że przystoi, abyśmy prowadzili
Palcem wzdłuż liter trwalszych niż kute w kamieniu,
Jak też abyśmy, z wolna wymawiając głoski,
Poznawali prawdziwe dostojeństwo mowy.
Przymuszonym uwagą, nie dalszy niż wczoraj
Wyda się tamten czas, choć twarze cezarów
Inne dziś na monetach. Ciągle trwa ten eon,
Lęk i pragnienie te same, oliwa i wino,
I chleb znaczą to samo. Również chwiejność rzeszy
Chciwej jak niegdyś cudów. Nawet obyczaje,
Uczty weselne, leki, płacze po zmarłych
Różnią się tylko pozornie. Na przykład i wtedy
Pełno było tych, których w tekście się nazywa
"Daimonizomenoi", czyli biesujących
Albo i biesowatych (gdyż "opętanymi"
Język nasz ich mianuje z fantazji słownika).
Drgawki, na ustach piana, zgrzytanie zębami
Nie uchodziły wtedy za znamię talentów.
Biesowaci nie mieli pism ani ekranów,
Rzadko tykając sztuki i literatury.
Niemniej przypowieść o nich pozostaje w mocy:
Że duch nimi władnący może wstąpić w wieprze,
Które, zdesperowane tak nagłym zderzeniem
Dwóch natur, swojej własnej i lucyferycznej,
Skaczą w wodę i toną. Co wciąż się powtarza.
I tak na każdej stronie wytrwały czytelnik
Dwadzieścia wieków widzi jako dni dwadzieścia
Kres mającego raz kiedyś eonu.

Czesław Miłosz

sobota, 9 marca 2013

Łza - Mieczysława Buczkówna

Łza

Morze zarzucały na głowę
Aby ukryć tę małą łzę.

A ja odpływam w niej
Ich nie wymówionym bólem
W kruchym słowie
Do ciszy rozprzestrzenionej
Po nas

Jest rzeźwa lekkość błękitu

Tylko ten ciężar u powiek

Mieczysława Buczkówna

Drogiej pamięci Jana Śpiewaka - Włodzimierz Słobodnik

Jacek Yerka
Drogiej pamięci Jana Śpiewaka

Być może śmierć jest
otwieraniem nowych drzwi.

Być może za tymi zamkniętymi
drzwiami
znajdziemy drzewo ze światła
obwieszone naszymi nowymi dniami.

Być może śmierć jest tylko
długim echem
naszego krótkiego życia.

Włodzimierz Słobodnik

Pieśń biesiadna - Anna Kamieńska

Pieśń biesiadna

Czy to szum mojej krwi? czy to wiatr?
Czy to ja? czy to ja? czy już świat?

Czy to czas? czy na wietrze włos?
Czy to znaczy żyć? to?

A umierać? Nie. Jeszcze nie.
Jeszcze nieraz deszcz, blask, śnieg.

Jeszcze wielu miast cień, bruk.
Dotyk ust, śmiech, lot nut.

Wina plusk. Dzwoni szkło: żyć! żyć!
Jak być może coś, co zwie się - nic?

Jak być może coś, co znaczy - nie!
Miłość - nie! Ziemia - nie! Niebo - nie!

Pieśni! pieśni! Ty, coś grom, lek, chleb,
Pierwszy krzyk - ostatni szept.

Anna Kamieńska

Odszedłem tak daleko od siebie - Ryszard Kapuściński

***

Odszedłem tak daleko od siebie
że już nie umiem nic powiedzieć
na swój temat
ani co czuję
kiedy moknę na deszczu
ani kiedy zamieniam się
w źdźbło suchej trawy
wypalonej słońcem
nie umiem odnaleźć
samego siebie
opisać tej postaci
nazwać jej
zapewnić
że istnieje

Ryszard Kapuściński

Kot poluje na ptaszki - Jarosław Marek Rymkiewicz

Kot poluje na ptaszki

Kot poluje na ptaszki i to są problemy
Patrzy na to Bóg Ojciec jest kompletnie niemy

Prawdopodobnie głuchy i niepełnosprawny
Właśnie dlatego ten świat jest taki zabawny

Głuchy niepełnosprawny i nic go nie kręci
Wielki mózg pozbawiony kompletnie pamięci

Wielki mózg ale przy tym mało pomysłowy
Milczy bo nie pojmuje swojej własnej mowy

Milczenie jest tu mową mowa to milczenie
Na tym właśnie polega nieporozumienie

Kot poluje na ptaszki to nie jest w porządku
Właśnie dlatego trzeba zacząć od początku

Kot jest żółty i biały na brzuchu łaciaty
Coś co wzięło z czegoś przed wieloma laty

Świat który pokazuje nam swoje pazury
Niepełnosprawny głuchy łaciaty lub bury

Zimowy kot na śniegu o tam pod jabłonką
Wielki mózg – jemu świeci zachodzące słonko

Poluje na sikorki pliszki i wróbelki
Mózg w kompletnym rozpadzie ale wielki wielki

Mętne oko patrzące ze swej mętnej głębi
Obcy kot wróg sikorek gawronów gołębi

Wielki mózg zaplątany w swoją plątaninę
Pytanie które pyta o swoją przyczynę

Królestwo bytu leży u jego podnóża
Krew kapie – pod jabłonką jest mała kałuża.

Jarosław Marek Rymkiewicz

Nie mijaj ranku - Urszula Kozioł

Marek Langowski - Mija czas
Nie mijaj ranku

Nie mijaj ranku
zatrzymaj swe ptaki
jeszcze się zdążysz naobracać w czasie.

Przystań mi wiosno w półobrocie światła
wahaj się chwilę w odcieniach zieleni.

Przedłuż mi zmierzchu swą wczesność do syta
nie śpiesz się maju
trwaj moja miłości
o lata - kiedy się wami nacieszę.

Przemija życie jak noc: w okamgnieniu
Przemija ziemia w ułamku promieni.

Urszula Kozioł

Trudny las - Tymoteusz Karpowicz

Trudny las

co wykopię jego zieleń z brunatnego dołu
obsuwa się po moją białość

co podniosę go z kolan na gałęzie
opada z moich nóg

ledwo dam mu słowo między drzewami
już je upuszcza na mój głos

zanim pokażę mu wesołe wiewiórki
zdąży oślepić się na mój widok

cóż to za trudny las unicestwiam
pragnieniem jego szumu

Tymoteusz Karpowicz

Żyjąc - Julian Przyboś

Żyjąc

Żyjąc - wdychałem aż do krwi krajobraz za krajobrazem,
gdziekolwiek spojrzę, pulsuje we mnie ich widok,
tak, że gotów jestem przyjąć od ziemi swój grób z zaufaniem.
Tylko ona, zupełna w górach i dolinach, w zieleni i skale
dawała mi radość.
Ludzie zadawali mi zawsze cierpienie,
nawet dobrzy - przynosili mi je - swoje.
Tylko ci, co zginęli, są dla mnie łagodni.

Wzgardziwszy religiami, wierzę w doskonałych, którzy
                                                            kończąc nie pragną zmartwychwstać.

Wyszedłem ze zmierzchu, kiedy światło śród cieni staje się wypukłe,
kiedy podniósłszy się ze czworaków ( to nie ja, to on, on mojego
                                                               niemowlęctwa, jak daleki krewny..),
kiedy podniósłszy się, ujrzałem po raz pierwszy widnokrąg,
okolicę wzgórzystą, jak twarz chmurnego nieba odciśniętą w glebie.
Odtąd przez dziesiątki lat dążyłem do tego samego,
ale jaśniejszego o jeszcze jedno, o jeszcze dalsze, o nieskończone spojrzenie.

I oto na Południu, daleko od bruzdy, skąd wyjrzałem w niebo,
wszystkie widziane twarze ziemi opadły ze mnie jak maski,
wyjrzała spod nich - prawdziwa.
I góry, i dolina - były. Ostateczne.
Zrozumiałem, że nie ujrzę nic bardziej rzeczywistego,
że tym samym dokonał się we mnie świat.
Szczyt w słońcu i śniegu znaczył tyle co dotknięcie,
jedyny cyprys - sławił.
Tak oddało mnie - mnie samemu owo miejsce Ziemi.

A jednak stamtąd, gdzie była meta najdalsza,
odjechałem, nie w przyszłość, bo czy może być jeszcze przyszłość?

ale w swój własny cień, w tę ustawiczną zapowiedź,
której ostatnie tchnienie jest pierwszym tchnieniem Poezji.
Gdybym jej bardziej zaufał!
Zamilkłbym, powiedziawszy jedno jedyne słowo: Jestem.

Gdy dziś przy świecy w oberży piszę to - rzekłbym - wyznanie,
gdyby ostatnim wyznaniem nie było tylko milczenie -
aby przypomnieć tę dolinę,
stulam lekko obie dłonie
i chwytam w nie płomyk.

Julian Przyboś

Próba - Julian Przyboś

Próba

1
Dzień w dzień - dzień powtarzalny, widoczność znikania...
Chcę ujrzeć Trwanie... czego? Czy mam zawsze tylko
widzieć i ogarniać
to, co, gdy zaczyna się - znikło?

2
Rozbłysk nad młodym lasem, otrzęsienie brzóz.
To wieczór
w jesiennym, dotykalnym wargami powietrzu
wzniósł
wysokopienną nad zgęszczonym czasem
chwilę - nieznikłą!
To ona... To ona,
czerwony wyskok wszystkich świateł dnia...

Sosna samotna.

...że patrzeć tylko:
przez powietrze, jak wielkie szkło powiększające,
w którego ognisku,
niskim słońcem nad horyzontem,
pień jej natęża jak gorąca czerwień,
że patrzeć tylko...
...jak od korzeni, do samego dna
aż do czubu sosny
wznosi
z tego, co czułem, gdym pragnął najwięcej,
ten wiersz jak szyszkę z ziarnem smagło-złotym
wiedzy półnaszej,
pół w wiewiórczych łapkach,
pozaradosnej:

Tylko
w wierszu, cokolwiek czuję, czegokolwiek pragnę,
c z u j ę   c h w i l o w o   n a   z a w s z e.
(Jak wąchający różę - jej wdychany zapach
z jego sprzed roku wytchniętym wspomnieniem
i jak bezręki - w tej bezręce ranę.)

To prawda i piękno?
Nie wiem.

3
Jakbym żył tak dla ciebie, jak dla obojętnie
coraz czerwieńszej sosny na niebie ze słońcem
objawiającym się najpiękniej
nisko,
jakbym cel wszystkich moich pragnień i wyrzeczeń
ujrzał - i samym wzrokiem chciał rzeźbić... i nie mógł...
rzeźbię
przestrzeń:
nic śródistniejące.

Jakbym ku niczemu
otwierał usta - i milknął...
mówię wszystko.

Julian Przyboś

Ślepa kiszka - Tadeusz Różewicz

Ślepa kiszka

Metafizyka skonała
powiedział Witkacy
i odszedł
w nic

optymiści
którzy go przetrwali
biegają z formą
z foremką
do robienia wierszy
z piasku

oni wesołe wyrostki
robaczkowe
ślepej kiszki
Europy

Tadeusz Różewicz
                               PS. Dziękuję:*

czwartek, 7 marca 2013

Ciszy, ach, ciszy! - Kazimiera Zawistowska



Ciszy, ach, ciszy!

Ciszy, ach ciszy! Daj mi twoje dłonie,
Błękitne światłem, ochłodzone rosą -
Jak kwiatem nimi opleć moje skronie,
Niech mi sen, spokój i chłód nocy niosą.

Ciszy, ach ciszy! Włosów falą złotą
Przed moim wzrokiem skryj ust twych pożary...
Bądź dziś posągom podobna martwotą,
Bądź dziś urokiem nie dotkniętej czary.

Kazimiera Zawistowska

Powrót - Kazimiera Iłłakowiczówna

Powrót

Wracam do prostych rzeczy - do pyłów tańczących w próżni,
do małego ślepego pająka, co się barwą od ściany nie różni,
do drżących w słocie okiennic, głośnego, gorzkiego szlochu,
do szpar ciekawych w podłodze, pełnych zagadek i prochu.

Wracam z zawiłej drogi zwycięskiej, wracam z podboju
do tajni mysiej nory ukrytej w kącie pokoju,
do strasznej śmierci dzięcioła, do przygód okropnych jeża,
do niepojętej ucieczki sowy i nietoperza.

Coraz jest prościej, ciszej... coraz bezpieczniej, jaśniej...
Wracam - jak smok znużony - do starej, starej baśni.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Pieśń Rudego Hanrahana o Irlandii - William Butler Yeats

Rex Preston
Pieśń Rudego Hanrahana o Irlandii

Wysoko nad Cummon Strand'em łamią się stare głogi
We wściekłym wichrze, co z lewa dmie i spycha z drogi.
Pęka odwaga jak stary pień na wietrze pośród nocy,
Lecz myśmy w sercach pochowali płomień oczu
Cathleen, Houlihana córy.

Wysoko nad Knocknarea wiatr spędził sine chmury
I piorun bił -- niech mówi Maeve, co chce -- w kamienie z góry
Złości, co są jak gromki szkwał, w sercach nam wrą ukropem,
Lecz każdy niziuteńko się pochyla, całuje ciche stopy
Cathleen, Houlihana córy.

Wysoko, het, na Clooth-na-Bare wezbrały żółte wody,
W lepkim powietrzu mokry wiatr nie daje ochłody.
Ciężkie jak toń wezbrana ciała nasze i krew chyża,
Lecz bielsza od wysokiej świecy u stóp Świętego Krzyża
Jest Cathleen, Houlihana córa.

William Butler Yeats
przełożyła Ewa Życieńska

Dwie pieśni ze sztuki - William Butler Yeats

Bernini - Apollo i Dafne
Dwie pieśni ze sztuki

I
Kiedy boski Dionizos umierał, ujrzałem
Przy nim dziewicę o szalonym wzroku.
I wydarła mu serce z rozprutego boku,
I złożyła na dłoni, powstając nad ciałem.
I zabrała to serce, choć jeszcze się tłukło,
A wtedy wszystkie zaśpiewały Muzy,
Iż Magnus Annus z wiosny się wynurzył,
Jakby śmierć Boga była byle sztuką.

Inną Troję wznieść trzeba ponad Troi grobem,
Inny ród musi stać się żerem kruka
I jaskrawszej błyskotki musi zacząć szukać
Inne Argo z malowanym dziobem.
Rzymskie Imperium wielki strach ogarnął:
Przestało władać wojną i pokojem,
Gdy zawzięta dziewica razem z gwiazdą swoją
Wołaniem zamąciła ciemność legendarną.

II
Litując się nad ludzką myślą zaciemnioną
On wszedł na sceną i z niej zeszedł
W świat galilejskich zamieszek.
Gwiaździste światło Babilonu
Wniosło bezkształtny mrok baśniowo ciemny
Woń krwi, gdy Chrystus na krzyżu umierał,
Sens tolerancji platońskiej odbiera,
Czyni dorycki porządek daremnym.

Wszystko, co człowiek zwykł poważać,
Trwa dzień zaledwie, chwilę jedną.
Miłości, gdy spełnione, bledną,
A pędzel niszczy sny malarza.
Okrzyk herolda czy krok armii
Uśmierca sławę, moc spopiela.
Co ponad noc płomieniem strzela --
Żywicą ludzkich serc się karmi.

William Butler Yeats
przełożyła Ludmiła Marjańska

Czarownica - Robert Herrick

Czarownica

Okrakiem na koniu,
To pędzi po błoniu,

To w gąszcze ją ścieżka zawiedzie;

Przez słotę i mrok,
Strach za nią krok w krok

I diabeł na karku jej siedzi.

Zwykły cierń albo głóg
Ostrogą u nóg,

W garści rózga i tak naprzód sadzi;

Przez łąki i jary,
Przez rowy, moczary,

Sam bies ją za sobą prowadzi.

Żaden zwierz, choć spragniony
Nie wyruszy w te strony,

Tylko w jamy swej głąb się zaszyje;

Ci rozsieją swe szkody
Pośród lądu i wody,

Kiedy wiatr o północy zawyje.

Błyskawica niebiosa
Przetnie nagle z ukosa,

Ciemną noc, noc cudów, rozjaśni

I duch pozagrobowy
Wychyli swą głowę

Przerażony, kiedy piorun trzaśnie.

Robert Herrick
przełożyła Agnieszka Kreczmar

Biała Wyspa, albo: Siedziba Błogosławionych - Robert Herrick

Biała Wyspa, albo: Siedziba Błogosławionych

Świat to Wyspa Snów uboga,
Gdzie nas czeka płacz od proga,
Gdzie się troska, trud i trwoga
                                              Nie kończy;

Lecz gdy porwie nas lot chyży
Stąd i, niosąc coraz wyżej,
Z młodą nas Wiecznością zbliży
                                               I złączy,

Na tej bielszej Wyspie, gdzie się
Nie zgubimy w Życia lesie,
Kędy szczery blask się niesie
                                               Z przestworzy -

Tam potworne urojenia
Nie powstaną z piekieł cienia,
Tam nas groza przywidzenia
                                              Nie strwoży.

Tam, w pogodną patrząc stronę,
Oczy nasze, łzą nie ćmione,
Widzieć będą nie wyśnione,
                                              Lecz żywe

Szczęście, co nas w wiecznym pędzie
Nieśmiertelnych ścigać będzie,
Zawsze świeże, wciąż i wszędzie
                                               Prawdziwe.

Robert Herrick
przełożył Stanisław Barańczak

Sonet XLIII (Życiem miłości mej...) - Michał Anioł Buonarotti

Michelangelo Buonarroti, Sistine Chapel-Ignudo 1, 1509
Sonet XLIII

Życiem miłości mej — nie serce moje,
Bowiem tęsknota moja bezserdeczna
Tam dąży, gdzie jest obłędu bezpieczna,
Gdzie przed płochością zamknięte podwoje.

Miłość — duch boży w swojej praistocie,
Tobie blask, a mnie moc dała pojętną;
Co w tobie jeszcze ziemskie nosi piętno,
To wiatyk mojej niebiańskiej tęsknocie.

Jak żar i światło zjawiają się razem,
Podobnie wieczne piękno i kochanie;
Toż ja, gdy ziemską z siebie myśl otrzęsę,

Aby się nieba nacieszyć obrazem —
Gdzie było naszych dusz pierwsze poznanie
— Oczyma mymi śpieszę pod twą rzęsę.

Michał Anioł Buonarotti
przełożył Lucjan Siemieński

Śniegowej twarzy biją na mnie żary - Michał Anioł Buonarotti

Michelangelo Buonarroti, Sistine Chapel-Ignudo, 1509
* * *

Śniegowej twarzy biją na mnie żary;
Mnie ona pali — sama w lód się zmienia;
Czuję dwu wiotkich ramion uściśnienia,
Zdolnych bez ruchu podźwignąć ciężary.

Znam zmysłom ludzkim niedościgłą duszę:
Innym śmierć niesie, śmiercią nieujęta.
Sama swobodna, a mnie bierze w pęta,
Choć w sobie dobra, mnie sprawia katusze.

— Panie, jakaż potęga niezłomna
Czyni twarz piękną wrogiem mojej twarzy
I wiedzie skutki z przyczyną niezgodne?

Dla mej radości, co mi jest zabrana,
Jest ona niby słońcem, które darzy
Ziemię promieńmi, samo wiecznie chłodne.

Michał Anioł Buonarotti
przełożył Edward Porębowicz

Zacierając na piasku - Jacques Dupin

***

zacierając na piasku
wszelkie imię poza swoim własnym
wszelkie miejsce poza miejscem tym właśnie
ogień co zapłonie daleko
temu co spalone da ochłodę

i każdej poezji koniec
i bez końca poezji odnowę

Jacques Dupin
przełożyła Aleksandra Olędzka-Frybesowa

Dopóki mówię niejasno on oddycha - Jacques Dupin

Dopóki mówię niejasno on oddycha

zanurza ręce w lodowatą wodę
pomiędzy algi ku nowym ofiarom
ziębnącym jak lampy w świetle dnia

Tak mało realny a przecież żyje
czy gwałt zadaje czy też zuchwale
na wodzie sieje albo na kamieniu

rozpięte niebo skandujące młoty
a są tacy wśród nas co chcą pośredniczyć
ażeby nowe się rodziły chmury

Jacques Dupin
przełożyła Aleksandra Olędzka-Frybesowa

Jestem herezjarchą wszystkich kościołów - Louis Aragon

* * *

Jestem herezjarchą wszystkich kościołów
Przedkładam cię nad wszystko co warte jest życia i śmierci
Przynoszę ci kadzidło z miejsc świętych i piosenkę z rynku
Spójrz na moje kolana skrwawione od modlitw do ciebie
Na moje porażone oczy żywiące się twoim tylko płomieniem
Jestem głuchy na każdą skargę z nie twoich ust
Świadomość milionów śmierci dopada mnie dopiero z twoim jękiem
U twoich stóp kaleczą mnie wszystkie kamienie dróg
Wszystkie ogrodzenia z drutów kolczastych szarpią twe ramiona
Wszystkie dźwigane ciężary świata są twoim męczeństwem
Każde nieszczęście ziemi jest twoją pojedynczą łzą
Nigdy wcześniej od ciebie nie zaznałem cierpienia
Cierpienia czy zaznało cierpienia
Wyjące zwierzę zranione
Jak można porównywać cierpienie i stworzenie
Ten witraż z tysiąca kawałków gdzie dokonuje się ukrzyżowanie dnia
Nauczyłaś mnie alfabetu boleści
Umiem już odczytywać lamenty One noszą twoje imię
Twoje imię jedyne imię roztrącone imię róży opadłej
Twoje imię Ogród każdej Męki
Twoje imię które nawet w piekielnym ogniu pisać będę w obliczu świata
Jak okryte tajemnicą litery Chrystusa
Twoje imię krzyk mojego ciała i ranę duszy
Twoje imię dla którego spaliłbym wszystkie książki
Twoje imię powszechną wiedzę u kresu ludzkiej pustym
Twoje imię które jest dla mnie historią wieków
Pieśnią nad pieśniami
Szklanką wody w łańcuchu galerników
I wszystkie słowa stają się nagle śmietniskiem pod przeklętym miastem
Kiedy twoje imię śpiewa na moich spękanych wargach
Twoje imię jedyne i niech mi wycinają język
Twoje imię
Muzyka w godzinę śmierci

Louis Aragon
przełożył Artur Międzyrzecki

Zakończenie - Pablo Neruda

Zakończenie

To są słowa stworzone przeze mnie
z mojej krwi, z moich cierpień
przeze mnie stworzone.
Rozumiem, przyjaciele, wszystko rozumiem.
Dalekie głosy mieszają się z moimi,
a ja je rozumiem, przyjaciele!
To tak, jakbym chciał wzlecieć i przyszły z pomocą
skrzydła ptaków,
wszystkie skrzydła,
podobnie przybywają te obce słowa,
aby wyzwolić duszę z mrocznego pijaństwa.

Już świta i wydaje się,
jakby zelżał ucisk lęków,
co mi dławiły gardziel strasznym węzłem.
Z całą pewnością
zostały stworzone
z mojej krwi, z mojego cierpienia,
przeze mnie stworzone zostały te słowa.

Słowa na cześć radości, kiedy moje serce
było kwiatem płomienia,
słowa cierpienia, co przeszywa,
słowa instynktów, które gryzą,
słowa porywów, które grożą,
i nieskończonych pragnień,
i gorzkich niepokojów.
Słowa miłości, którą kwitnie życie,
niby czerwona ziemia pełna białych paproci.

Nie ogarnęły mnie. Nigdy nie ogarną.
Mój ból od dzieciństwa był krzykiem,
moja radość była zawsze ciszą.

Potem oczy
zapomniały o łzach,
wymiecione przez wiatr wiejący z wszystkich serc.

Powiedzcie mi więc, przyjaciele,
gdzie ukryć to przeszywające
szaleństwo szlochania.

Powiedzcie, przyjaciele, gdzie
ukryć ciszę, aby jej nikt i nigdy
nie dotknął oczami ni słuchem.

Nadejdą słowa, wtedy moje serce
niepowściągliwe niby groźba
pęknie od słów i wzbije się ich lotem,
i w heroicznej ucieczce zgarną je i porwą
szalone, poniechane, zapomniane wśród nich
jak martwy ptak przykryty ich skrzydłami

Pablo Neruda
przełożył Mikołaj Bieszczadowski