.

.

czwartek, 31 października 2013

Ostatnia rozmowa - Tadeusz Różewicz

ostatnia rozmowa

zamiast odpowiedzieć
na moje pytanie
położyłeś palec na ustach

powiedział Jerzy

czy to jest znak
że nie chcesz
że nie możesz odpowiedzieć

to jest moja odpowiedź
na twoje pytanie
"jaki sens ma życie
jeśli muszę umrzeć?"

kładąc palec na ustach
odpowiedziałem Ci w myślach
"życie ma sens tylko dlatego
że musimy umierać"

życie wieczne
życie bez końca
jest byciem bez sensu
światłem bez cienia
echem bez głosu

Tadeusz Różewicz

Dlaczego piszę? - Tadeusz Różewicz

Dlaczego piszę?

czasem "życie" zasłania
To
co jest większe od życia

Czasem góry zasłaniają
To
co jest za górami
trzeba więc przesunąć góry
ale ja nie mam potrzebnych
środków technicznych
ani siły
ani wiary
która przenosi góry
więc nie zobaczę tego
nigdy
wiem o tym
i dlatego
piszę

Tadeusz Różewicz

Czas tak cierpliwie znosi - Stanisław Barańczak

Czas tak cierpliwie znosi

Czas tak cierpliwie znosi mnie z powierzchni Ziemi!
Konserwator zabytku (jeśli liczyć zabytki kuliste,
u biegunów spłaszczone nieco, jest to zaiste
zabytek najbardziej zdeptany ze wszystkich, które depczemy,
ze wszystkich, gdzie pozostaje po nas wklęsły i wiecznotrwały
pomnik: odcisk gąsienic, wyryte serduszka i strzały,

lej po rozbitej kosmicznej sondzie, geometria rowków podeszwy
tenisówki Nike - jej ślady obserwator odległych galaktyk
bierze pewnie za produkt masowych a tajnych praktyk
religijnych, wyciskaną jak pieczęć na każdej poziomej powierzchni
aluzję do odkrywkowych kopalń, tej późnej wersji katakumb),
czas-konserwator, powiadam, nie przypuści nagle kontrataku,

ale i nie przepuści nikomu: mnie też - jakbym był rdzą czy porostem -
systematyczną szpachelką, milimetr po milimetrze,
zdrapuje, zeskrobuje. Patrzy na mnie jak przez powietrze,
bo przez powietrze właśnie ta erozja, ten stały postęp
spękań, nadkruszeń, rozpyleń tego, co miało trwać twardo
pod stopami zasługujących, a co rządzi się nazbyt otwartą

polityką wolnego wstępu już od chwili otwarcia Bramy.
Pierwotnie planowanej dwuosobowej elicie
coś nie wyszło - palcem płomienia wskazano jej zatem wyjście;
jak można było nie dostrzec, że się tą furią wdzieramy
do środka my, ci z drugiego rzutu, na chama, na grandę,
jak Meksykanie płynący krytą żabką przez Rio Grande,

jak kolejka w otwarte o świcie drzwi supersamu!
Czas-konserwator i strażnik usuwa nas bez wyjątku,
pardonu i wyjaśnienia, ale wie: nie przywróci porządku;
zbyt wiele zaległości narosło już, aby sam mógł
je uprzątnąć. Robi, co może, ale każda interwencja spóźniona.
Życie to zwłoka, z jaką bierze się wreszcie do nas.

Stanisław Barańczak

Sezon - Rafał Wojaczek

Sezon

Jest poręcz
ale nie ma schodów
Jest ja
ale mnie nie ma
Jest zimno
ale nie ma ciepłych skór zwierząt
niedźwiedzich futer lisich kit

Od czasu kiedy jest mokro
jest bardzo mokro
ja kocha mokro
na placu, bez parasola

Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma
nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma

Tylko drzewa się ruszają
niepospolite ruszenie drzew

rodzą czarnego kota
który przebiega wszystkie drogi

Rafał Wojaczek

Prolog - Bolesław Leśmian

Prolog
(Sad rozstajny)

Dwa zwierciadła, czujące swych głębin powietrzność,
Jedno przeciw drugiemu ustawiam z pośpiechem,
I widzę szereg odbić, zasuniętych w wieczność,
Każde jest zakrzepłym bliższego echem.

Dwie świece płoną przy mnie, mrużąc złote oczy,
Zapatrzone w lustrzanych otchłań wirydarzy:
Tam aleja świec liśćmi złotymi się jarzy
I rzeka nurt stężały obojętnie toczy.

Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się,
W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty,
Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty,
Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie.

Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca,
Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa,
Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca...

Gdy umrę, bracia moi, ponieście mą trumnę
Przez tunel pogrążony w zgróz tajemnych krasie,
W jego oddal dziewiczą i głębie bezszumne,
Nie znające pór roku, zamarłe w bezczasie.

Gdy umrę, siostry moje, zagaście blask słońca,
Idźcie za mną w baśń ową, gdzie chór gromnic czuwa,
W baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca!...

Bolesław Leśmian

Do ojczyzny mojej – ciszy - Kazimiera Iłłakowiczówna

Do ojczyzny mojej – ciszy

Nad zamętem jak ptak wiszę:
tu pożoga, tam pożoga...
Do ojczyzny mojej – ciszy
zagubiona wszelka droga.

Nie zobaczą, nie posłyszą:
walka wre pod niebiosami...
O ojczyźnie mojej ciszy
zagubiona wszelka pamięć.

Więc na chmurach skrzydłem piszę,
piórem jasnym, piórem ciemnym:
o ojczyźnie mojej - ciszy
żadnej, żadnej nie ma wieści.

Kazimiera Iłłakowiczówna

czwartek, 24 października 2013

Daj mi złagodnieć - Kazimiera Iłłakowiczówna

Daj mi złagodnieć

Boże, przy Twojej zmiennej pogodzie
daj mi złagodnieć;
niechaj cierpliwość przetrzyma słotę i zimno.
Wszystkie dni na pewno są boże...
Niech się nie trwożę!
Szatan ma krótki oddech:
niech się nie poddam.
Już się strudził, już pracuje – z resztek...
Niech nie użalę się go, niechaj nie zgrzeszę.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Notatka - Kazimiera Iłłakowiczówna

Notatka

Podróż jest długa, a spotkanie - krótkie;
trud - ciężki, odpoczynek – jak listek, leciutki.
Zamiar - zły, skutki jego - jak perły toczone...
I myśl moja błękitna, a czyny - czerwone.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Spotkanie - Czesław Miłosz

Spotkanie

Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach,
czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.
zając przebiegł nagle tuż przed nami,
a jeden z nas pokazał go ręką.

To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
ni zając, ani ten co go wskazywał.
Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
błysk ręki, linia biegu, szelest grud.
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.

Czesław Miłosz

Poeta niemodny - Jan Lechoń

Poeta niemodny

Mówią mi: "Nic nie wskrzesi czasu, co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze".

Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą,
A resztę pozostawiam dla nowych poetów.

Jan Lechoń

Czemum się w nocy śmiał? - John Keats

Czemum się w nocy śmiał?

Czemum się w nocy śmiał? Głos niczyj nie odpowie.
Ni z Nieba, ni też z Piekła ozwać się nie raczy
Bóg żaden, żaden demon o surowej mowie.
Ludzkiego serca swego zapytam się raczej.

Serce! Oto nas smutnych, samotnych tu dwoje:
Czemu się śmiałem - powiedz! Śmiertelne katusze,
Ciemności - ty! Czyż nigdy jęku nie ukoję,
Wciąż darmoż Nieba, Piekła, Serca pytać muszę.

Dlaczegom śmiał się? Chwile bytu mam zliczone,
A wyobraźnią wszelkie w nim wyczuwam czary,
Chcę zaś w tę północ już na tamtą odejść stronę.
Chcę w strzępach ujrzeć świetne ziemi tej sztandary.
Poezja, Sława, Piękno - wielkie moce świata,
Lecz większa - Śmierć, za życie wysoka zapłata.

John Keats
przełożył Gustaw Wolff

Jeżeli księżyc... - Jaroslav Seifert

***

Jeżeli księżyc, ten zimny pątnik,
ma jeszcze tyle siły, że może wywabić
swych lunatyków do okien,
gdzie zataczają się bezwolnie,

dlaczegóż by nie mogła mieć tej siły
człowiecza miłość która wschodzi
jak mniejsze słońce naszego życia?

Jaroslav Seifert
przełożył Bogusław Sławomir Kunda

Zlecenie - Jacques Prévert

Zlecenie

Drzwi które ktoś otworzył
Drzwi które ktoś zamknął za sobą,
Krzesło na którymś ktoś spoczął,
Kot którego ktoś przywitał,
Owoc który ktoś napoczął,
List który ktoś dostrzegł nagle.
List który ktoś długo czytał,
Krzesło które ktoś przewrócił,
Drzwi do których ktoś się rzucił,
Droga gdzie ktoś biegł z rozpaczą,
Droga gdzie ktoś dotąd biegnie,
Rzeka do której ktoś skacze,
Szpital gdzie ktoś chciał po cichu
Coś krzyknąć i zgasł bez okrzyku.

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Pochowano tu cmentarz - Henri Meschonnic

* * *

pochowano tu cmentarz
chcąc go uratować
kamienie są bardziej
kruche niż my odkąd
wznosi się je ku niebu
by obracały się razem z gwiazdami
unosiły nas w czasie
ten czas nam odjęto lecz my
jesteśmy czasem czasów i
kamienie niosą na sobie już tylko
słowa których melodia się zagubiła
próbujemy je rozszyfrować słuchamy
nieobecności
to my choć bez nas
siła tego czego już nie ma
dłoń pisze dotyka liter
i przemija

Henri Meschonnic
tłumaczyła Krystyna Rodowska

Żywi jesteśmy... - Henri Meschonnic

* * *

żywi
jesteśmy wszystkim co pozostało
z umarłych

Henri Meschonnic
tłumaczyła Krystyna Rodowska

Pakt z szatanem - Mieczysław Jastrun

Pakt z szatanem

Stworzony przez człowieka
to ten który paktuje z szatanem
o jego duszę To ten który chełpi się
stworzeniem wieloryba, tygrysa, szakala
umiejętnością zadawania cierpień
wprawą w zabijaniu

To ten sam który wyrzekł się samochwały
na pognębienie nędzarza
głoszonej
To ten sam który dźwigał
ostatkiem siły
krzyż
na górę piekielną

Zstąpił do piekieł
aby uwolnić od męki
wszystkich cierpiących

Ale nikt ich nie widział
nikt nie wie gdzie są
w jakich przestrzeniach
błądzą

Mieczysław Jastrun

Nietota - Tadeusz Miciński

Nietota 
(fragment)

Księżycu! przy ołtarzu chmur - wieszczku i kapłanie -
daj mi sny - tak skrzydlate - samotne - przejasne -
bym zapomniał, że idę w wyklęte otchłanie,
iskrząc się męką ognia - aż w dymach zagasnę!

Tadeusz Miciński

Lamentacje - Tadeusz Miciński

Lamentacje

Szumi wicher - plącze, w gałęziach jodłowych -
dokądże mnie wiodą bogunki żałobne?
- Poprzez góry, morza - przez wulkanów jamy
powiedziem braciszka na trójsen głęboki.
W pierwszym śnie on wyśni lico ukochanej
i będzie z nią płynął po złotych jeziorach;
a w drugim śnie bory, pałace wysokie,
miesiące czerwone i serce Chrystusa;
a w trzecim: głębokie groty lazurowe
i gwiazdy grające - i że jest - szczęśliwy!

O siostry żałobne - czemuż mię niesiecie
w zimne korytarze nad stojącą wodą?
Ale nie odrzekły - twarz mi zakrywają
i grają i łkają na czarownym flecie.

Tadeusz Miciński

Jesienne lasy... - Tadeusz Miciński

Jesienne lasy...

Jesienne lasy poczerwienione
goreją w cudnym słońca zachodzie.
Witam was, brzozy, graby złocone
i fantastyczne ruiny w wodzie.
Czemu się śmieją te jarzębiny?
czemu dumają jodły zielone?
czemu się krwawią klony — osiny?
płyną fiolety mgieł przez doliny
i jak motyle w barwnym ogrodzie
latają liście złoto-czerwone.

Tadeusz Miciński

środa, 23 października 2013

Nad Renem jesienią - Guillaume Apollinaire

Nad Renem jesienią
Łukaszowi Touissaint
Dzieci zmarłych Marcinie Gertrudo Henryku
Będziecie się dziś bawić w parku na cmentarzu
Żaden kogut zaśpiewać nawet się nie waży
Kukuryku

Idą stare kobiety i płaczą
Po drodze prosto
A stare osły
Ryczą hi han i wieńce oskubują z kwiatów

Oto jest dzień umarłych ich dusz wszystkich gody
Dzieci tu i staruszek oglądamy najście
Zapalają więc lampki, świeczki i gromnice
Na każdym grobie katolickim
Welony starych kobiet
Na niebie chmur garście
Są jak kozłów zwełnione brody

Drży powietrze wzruszone ogniem i modlitwą

O! cmentarz jest ogrodem co ma piękna wiele
Tutaj się wierzby szare rozmaryny plenią
On do was zawsze przyjdzie zmarli przyjaciele
Jakże wam dobrze będzie na pięknym cmentarzu
Wy żebracy umarli przy piwa nadmiarze
Wy ślepcy niewidzący tak jak przeznaczenie
I wy maleńkie dzieci zmarłe wśród modlitwy
Ach! jakże dobrze będzie na pięknym cmentarzu
Burmistrze i piloci z portów
Podsekretarze ministrowie
I wy Cyganie bez paszportu
Gnoiło w brzuchu swym was życie
A teraz krzyż nam nogi gniecie
Wiatr od Renu zahuczał Przekrzykuje sowy
Gasi świece które dzieci co dzień zapalają znowu
A liście umarłe
Powracają przykryć umarłych

Dzieci umarłe zawsze rozmawiają z matką
Umarli zawsze chcieliby powrócić bardzo

Ja nie chcę żeby groby się otwarły!
Jesień jest pełna rąk uciętych
Nie nie to są liście umarłe
To są ręce drogich umarłych
To są twoje ręce ucięte

Dzisiaj byliśmy takim płaczem uniesieni
Z umarłymi ich dziećmi i kobiet gromadą
Pod niebem bez słońca
Na cmentarzu pełnym płomieni

A potem pośród wiatru stamtąd powracamy

Do mych nóg spadające toczą się kasztany
Łupiny ich są teraz
Jak serca zranione Matki Bożej
O której nic nie wiemy czy też miała cerę
O kasztanów jesiennych kolorze

Guillaume Apollinaire
przełożył Jerzy Zagórski

Liście - Jan Twardowski

Liście

Na piękny mój kapelusz o barwie gawrona-
gdy szedłem na religię do swej wiejskiej szkoły,
spadły różne liście. Różowy z jawora,
z olchy srebrnej nad strugą mięciuchno omszony.

Ząbkowany liść grabów, okrągły leszczyny,
bukowy jak wachlarzyk z tysiącem odcieni -
dębu powykrawany z ogonkiem zbyt krótkim -
brzozowy, co migocze brzegi trójkątnymi.

Nie dla mnie ten listopad. Potrząsnąłem głową,
jak krzak, co chce spędzić kilka jemiołuszek-
i tylko w brewiarz lipy dwa listki schowałem,
bo tylko one miały kształt serduszek.

Jan Twardowski

Z księgi nicości - Wincenty Korab-Brzozowski

Z księgi nicości

O, Nadobny! napełnij winem kształtne czary;
Niech dzień ten nie zna żalów ani przerażenia:
Jutro, jak dziś, na serce spadną nam ciężary
Tysięcy lat wczorajszych i smutek istnienia.
*
Uczyń jak ja, Najmilszy! Mędrzec próżno wzdycha,
Chwila uchodzi, lekka, jakby była mgnieniem:
Oto pewność jedyna! Reszta jest złudzeniem...
A kwiecie rozwinięte więdnie i usycha.
*
Czas uchodzi: weselmy się, o bracie młody!
Chwila za chwilą wpada w głębie niezmierzone.
Lecz dni wczorajsze zmarły; jutro — niezrodzone.
A skoro dzień ten słodki, wysączmy zeń miody.
*
Krótka chwila, co w trosce i żałości ginie;
Jedna chwila nad próżnią Czasu kołysana...
Potem, w świetle gwiazd złotych, pójdzie karawana
Ku jutrzence Nicości, przez mroków pustynie.
*
Uśmierz swe łkania: światło radośnie się mieni,
Jak w pierwszą jutrznię, kiedy, wyłoniony z mroków,
Los odczytał wyrazy niezmiennych wyroków,
Napisane na ścianie ruchomej przestrzeni.

Wincenty Korab-Brzozowski

Krzyczałam w nocy - Dorota Chróścielewska

***

Krzyczałam w nocy Przyszli do mnie Zmarli
Ale nie mieli ramion żeby mnie przygarnąć
Oczu ażeby spojrzeć
Ust żeby przemówić
Nie mieli medalików szkaplerzyków krzyży
bym mogła się utwierdzić że tam wierzą jeszcze
Ani ciał by pocieszyć - ho ho wcale wcale
Ni ubrań by nakłamać - w bardzo dobrym guście
Krzyczałam w nocy Lecz nie mieli uszu
i mnie nie posłyszeli

Dorota Chróścielewska

Park - Ryszard Matuszewski

Park

Nie trzeba tam już chodzić. Narysuj oczyma
na pamięć znany obraz pałacu i wody,
drzewa w liściach. I niechaj nie smucą cię szkody,
które co rok na murach kreśli chytra zima.

Próżno przeczyć zniszczeniu. Nocami podchody
czyni pleśń i historia kładzie cień olbrzyma.
Listopad sprawia wartę: wiatru burzą wzdyma.
Trzepocą białe ściany — zieleni! — swobody!

Skąd przyjdzie wybawienie? Odpływają drzewa
jak ogromne skręty ku nieznanym brzegom,
a na rufach zielonych smutny chłopiec śpiewa.

Rozdajesz pokarm ptakom. Biel podobna śniegom
na oczy ci opada jak martwa ulewa
i przeczuwasz kształt przyszły. Ufaj jego biegom.

Ryszard Matuszewski

Październik nad Narwią - Julia Fiedorczuk

Październik nad Narwią

rzędy okien i krzeseł i padało
jakiś czas temu
te szalone domy
jak drabiny
w słońcu
kiedy o tym myślę
trochę trawy i znów
przeczuwam wspomnienia
uproszczone jak las.

ten dzień jest dobry w dotyku
i chciałabym zawsze
być wyspana i trochę głodna
i przejść po lodzie
na drugą stronę Narwi
gdzie kiedyś rozegrał się
twój sen
i byliśmy boso
na śniegu.

Julia Fiedorczuk

Zasypia moje miasto - Bułat Okudżawa

***

Zasypia moje miasto. No, ale cóż mi z tego!
Ja byłem jego chłopcem i niańką byłem jego,
byłem jego żołnierzem i robotnikiem byłem,
a ono zbyt zdziwioną miłością mnie darzyło
i zbyt ostrożnie rękę mi swoją podawało,
pamiętało mnie w piątek, w świątek zapominało.
I jeśli kiedyś zginę, i jeśli żyć przestanę,
czy ono wtedy z krzykiem rozpaczy ze snu wstanie?
Czy wyśle, zasmucone, nim zalśni dzień wspaniały,
szczęśliwe swe kobiety, by mnie opłakiwały?...
Lecz z każdym dniem wciąż czyściej i wciąż je kocham gniewniej
i z tej miłości swojej mych bogów co dzień rzeźbię.
Niczego mi nie trzeba, nie chcę współczucia głosów:
wystarczy mi gitara i paczka papierosów.

Bułat Okudżawa
przełożył K.A. Jaworski

sobota, 19 października 2013

Anglia w roku 1819 - Percy Bysshe Shelley

Anglia w roku 1819

Król - stary, ślepy, zdychający, obłąkany -
Książęta, rodów zgniłych odpadki - płynący
Morzem publicznej wzgardy brud z pleśnią zmieszany -
Bez serc, bez ócz, bez uczuć i bez mózgów rządcy,
Hańba kraju - pijawki przyssane do rany.
Aż - ślepi od krwi - w krater zwalą się kipiący.
Lud na jałowej grudzie, zdarty jak siermięga -
Armia, którą łupiestwo i terror przemienia
W miecz obosieczny - drży, kto po ten oręż sięga!
Złoto - krwawe ustawy, handlarki sumienia.
Bezchrystusowe chrystochwalstwo - w piętnach księga -
Senat - ów epokowy statut upodlenia:
Wszystko to - groby, z których nagle wzlecieć może
Fantom wspaniały - burzę zmieniający w zorze!

Percy Bysshe Shelley
przeł. Lucjan Szenwald

Wyszliśmy szukać prawdy na świecie - Ernest Bryll

G.A. Mossa, 4 Ewangelistów, 1906
***

Wyszliśmy szukać prawdy na świecie
A znaleźliśmy papier i śmiecie.
Wyszliśmy składać dla wszystkich słowa,
A każdy teraz jest jak niemowa.

Siedzimy teraz nad stołem brudnym
Kawałek sera butelka piwa
I w stół patrzymy jak w kraj bezludny,
A stół na krzywej nodze się kiwa.

Ja jestem diabeł twój - ty mój diabeł
Bo tyś mnie kusił, ja ci kłamałem,
Ja biłem brawo, tyś klepał brawo,
Aż tylko echo zostało...

Ernest Bryll

Oko ognia - Aleksandra Olędzka-Frybesowa

oko ognia

ogień patrzy na mnie

jego płomienne oko
zaraz przebije mnie na wskroś

moje wnętrze mu nie wystarcza - widzi to
co nie za plecami a jednak po drugiej stronie
uroczyste
dla mnie zakryte

ono nie z ciekawości patrzy
szuka we mnie punktu który przyjmie i pojmie jego glos

kanonadę żywicznych trzasków
i chybotliwą śpiewkę czerwonych języków
wołających otwórz przejście dla blasku

wejdź spalaj się razem ze mną
chodź

Aleksandra Olędzka-Frybesowa

Pewien człowiek zamiast twarzy - Henri Meschonnic

***

pewien człowiek zamiast twarzy
miał zegar
który stanął
od trzydziestu lat ten sam język
te same słowa ta sama godzina
historia zasnęła

Henri Meschonnic
tłumaczyła Krystyna Rodowska

Niepotrzebne skreślić - Hans Magnus Enzensberger

Niepotrzebne skreślić

To co czyni twój głos tak płaskim
tak cienkim i tak bezdźwięcznym
to strach
że powiesz nie to co trzeba

albo ciągle to samo
albo że powiesz to co mówią wszyscy
albo coś nieważnego
albo bezbronnego
albo coś co mogłoby zostać zrozumiane opacznie
albo spodobać się nie tym co trzeba
albo coś głupiego
albo coś co już było
coś przestarzałego

Czy nie masz dość ze zwykłego strachu
ze zwykłego strachu przed strachem
że powiesz nie to co trzeba

mówić ciągle nie to co trzeba?

Hans Magnus Enzensberger
tłum. Jacek St. Buras

Grafik - Julia Fiedorczuk

grafik

niektóre rzeczy są do grobowej deski.
jednak to nie zależy od rzeczy, tylko od planów przypadku.

podobno gdybyśmy żyli wystarczająco długo,
każdy w końcu dostałby alzheimera; nie pamiętałabym
nie tylko Ciebie, ale nawet tej nieśmiertelnej rozpaczy
na myśl, że - jasne - zapomnę. rzecz może w tym,

że ani "albo", ani "i"; co zawsze, to nie my,
tylko papieros w czyjejś dłoni zobaczony tak,
że rozstąpiły się sezony, przeszło światło?

Julia Fiedorczuk

Głowy bez twarzy - Charles Bukowski

Głowy bez twarzy

oszaleć, zabić się czy
ciągnąć dalej?

siedzieć tu teraz to
groteskowo doskonale
zajęcie: z niczym
nieporównywalne.

porażona przeszłość i krótka
przyszłość.

w takie dni
można dostać chandry
z powodu wróżby w chińskim
ciastku.

listopad wkrada się na czworakach
jak trędowaty.

a może jest jednak gdzieś jeszcze
dla nas
miejsce.

nie chodzi o działanie
tylko o czekanie,

nie o czekanie
tylko o trwonienie.

nie o trwonienie
tylko o trwałość tego
co strwonione.
kto tak właśnie wierzy
ten przytakuje.

Charles Bukowski
przełożył Michał Kłobukowski

Piotruś Wariat - Rafał Wojaczek

Matisse i Picasso
Piotruś Wariat

Pośladki ich smutne
i stragan
serca chudy. Córki
zimy
i braku

Przecież wciąż rośnie
moja szczera głowa
na talerzu
ich głodu

Ale ty, czemu ci ślepnie
płeć? Murzynku
światła... udawaj!

Udawaj, moje życie
a policzy
za trzy dobra śmierć

Rafał Wojaczek

Jaskinia wytwórczości - W.H. Auden

Jaskinia wytwórczości
Pamięci Louisa MacNeice’a
To wnętrze, tak jak wszystkie inne o tym przeznaczeniu,
                                           za wzór ma Kuźnię Welanda, jamę
bardziej intymną nawet od sypialni, bo kochanki ani kochankowie
                                           nie mają do niej dostępu, jednak bez
sypialnianych tajemnic: po walizkowej maszynie Olivetti,
                                           słownikach (absolutnie
najlepszych, jakie można kupić), stertach papieru łatwo poznać,
                                           co się tutaj dzieje. Strefa wolna
od kwiatów i rodzinnych zdjęć, wszystko ma w niej
                                           jakąś funkcję, urządzone jest tak,
by udaremnić bujanie w obłokach – stąd okna odwrócone od przymilnych
                                           widoków, lecz wpuszczające światło, przy którym
można naprawić zegarek – i by wyostrzyć słuch: dostępne jedynie przez
                                           zewnętrzne schody, domowe
odgłosy i wonie, to rozległe tło naturalnego
                                           życia, są odcięte. Tutaj ciszę
przerabia się w rzeczy.
                                                                       Żałuję, Louis, żeś nie miał okazji tu zajrzeć,
                                           gdy byłeś jeszcze wśród nas,
że nie widziałeś domu i ogrodu: ty, miłośnik kobiet i Donegalu,
                                           dostrzegłbyś pewnie ze swej perspektywy
coś, co mnie umyka, ja w zamian mógłbym nasycić paroma faktami
                                           twoją ciekawość badacza (na przykład
o cztery mile na wschód, tam, gdzie drewniana palisada, zatrzymała się
                                            karolińska Bawaria, dalej byli
bezimienni nomadzi). Przyjaciółmi zostaliśmy z własnej
                                            woli, ale przeznaczenie już wcześniej
zrobiło z nas sąsiadów. Dla Gramatyki obaj jesteśmy dziedzicami
                                            skundlonej, barbarzyńskiej, dobrej
angielszczyzny, która nigdy do końca nie uległa rzymskiej retoryce
                                            ani rzymskiej powadze, temu nonsensowi,
co nie znosił żadnego nonsensu. W przeciwieństwie do ojca Horacego,
                                            twój ani mój nie smarkali w rękaw,
lecz przecież żaden nie był porfirogenetą, a nasi przodkowie zapewne
                                            należeli do tych licznych poddanych,
za których zabicie płaciło się mniej. Tak urodzeni obaj
                                            staliśmy się samoświadomi w momencie,
gdy lokomotywom nadawano imiona rycerzy z Malory’ego,
                                            Nauka zyskała u uczniów miano
Zbuka, a Dwór ciągle odgrywał istotną rolę w polityce:
                                            z mieszanymi uczuciami śledziliśmy obaj
plądrowanie Ciszy, pustoszenie kościołów, koniec
                                            kawalerii, germanizację
Modelu Wszechświata, i wszelka wiara w immanentne wartości, jeśli ją
                                            mieliśmy, umarła. Bardziej niż kiedykolwiek
życie na powierzchni ma dziś swoją wagę, cudowne jest i urocze,
                                            lecz nigdy już, nie po Hitlerze i Stalinie,
nie zaufamy sobie: wiemy, że subiektywnie rzecz biorąc,
                                            wszystko jest możliwe.                              
                                                                                              Dla ciebie jednak,
od kiedy ostatniej jesieni wymknąłeś się cicho z Granusion,
                                             naszego wilgotnego ogrodu, do
Krainy Beztroski, żadna możliwość nie ma już
                                             znaczenia. Wolałbym, abyś
się wtedy nie przeziębił, ale z umarłymi, których nam brakuje,
                                             rozmawia się łatwiej: przy ludziach
wolnych od trosk nie czujemy się skrępowani, a poza tym
                                             co jeszcze oprócz rozmowy
możemy robić z głosami pamięci, którymi się stali? Karty,
                                             alkohol czy grymasy
nie wchodzą już przecież w grę. Odtąd, będąc gościem,
                                             którego nie trzeba odbierać ze stacji,
twój wpływ jest mile widziany w mym lokum bez względu na porę,
                                             zwłaszcza tutaj, gdzie książki,
od Wierszy po Płonącą żerdź, są jawnym dowodem na to,
                                             jakim byłeś twórcą, ty, z którym
raz współpracowałem, i do którego raz na dziwacznym Sympozjum
                                              puściłem oko, gdy jakiś głupek
rozprawiał o Alienacji.
                                                                              Kto wybrałby z własnej woli
                                              los barda w kulturze oralnej,
by podczas pijackich obrzędów improwizować eulogię
                                              na cześć analfabety o byczym karku,
siewcy pożogi, rozdawcy pierścieni, albo uzależnił swój byt od nastrojów
                                              barokowego księcia, którego miałby
zabawiać do spółki z karłem? W końcu to raczej przywilej
                                              pośród strumieni dóbr i pieniędzy
służyć tej niepopularnej sztuce, której się nie da sprowadzić
                                              do lirycznej tapety umilającej naukę,
ani zawiesić na ścianie jako trofeum pnącego się członka zarządu,
                                               której nie można „zaliczyć” jak Wenecję
ani streścić jak powieść Tołstoja, ale która uparcie nalega, by czytać ją
                                               albo zostawić w spokoju: garstka naszych
klientów może przynajmniej szeptać runy. (Zapominanie o krajach
                                               słabo rozwiniętych to bezduszność, zgoda,
lecz głodujące ucho jest tak głuche jak ucho optymisty z przedmieścia:
                                               do żołądków przemawiają w sumie
tylko hinduskie liczby całkowite). Mogą nam zazdrościć poprzednicy
                                               tej reszty wciąż umiejącej słuchać:
Nietzsche powiedział, że tak będzie, plebs stopniowo stawał się
                                               coraz bardziej tępy, optymaci
chwytają szybciej niż w lot. (Dziś nawet Talleyrand mógłby
                                               wyjść na naiwniaka: z tak niewieloma
sprawami musiał sobie radzić). Chciałbym zostać, jeśli to możliwe,
                                               pomniejszym atlantyckim Goethem
z jego pasją do pogody i minerałów, ale bez tej głupoty
                                              w kwestii Krzyża: czasem przynudzał, ale
choć wiedział, że Mowa w najlepszym razie – cień odbijający milczące
                                              światło – może być świadkiem prawdy,
a nie samą prawdą, to jednak chciał, by nią była, podczas gdy frankofilskie
                                              stadko admiratorów czystego śpiewu
jest na to zbyt próżne. Nie jesteśmy muzykami: nie wypada nam
                                              cuchnąć Poezją, a ciągłe
zaskakiwanie świadczy o złym guście. Nawet limeryk
                                              powinien być czymś, co człowiek
honoru, w obliczu śmierci na raka albo plutonu egzekucyjnego,
                                              czyta bez zażenowania: (na
t e j  granicy nie ośmieliłbym się przed kimkolwiek
                                              grzmieć jak prorok ani
szeptać jak dyplomata).
                                                          Wiedząc, że znasz nasze misterium
                                              od podszewki, a zatem rozumiesz,
jak bardzo w samotnych kryjówkach potrzebne nam towarzystwo
                                              naszych dobrych umarłych, żeby
dodali otuchy w denne dni, kiedy osoba jest nikim
                                              zwalonym na hałdę niczego,
i żeby zdjęli z nas urok rzucony przez nas samych, kiedy rozkoszne
                                               chochliki ckliwości i bredni
piszą naszymi rękami, co chcą, wiem, że nie uznasz tego za nadużycie,
                                               jeśli cię poproszę, żebyś posiedział ze mną,
aż przyjdzie czas na drinka: drogi Cieniu, pisząc dla ciebie elegię,
                                               powinienem był zdobyć się
na coś bardziej w twym stylu niż ten egocentryczny monolog,
                                               lecz przyjmij go w imię przyjaźni.

W.H. Auden
przełożył Dariusz Sośnicki

Spadłe liście - Kazimiera Zawistowska

Spadłe liście

Na srebrne stawu zwierciadło lecą
I świecą złotem, i miedzią świecą,
I lecą trwożne jak błędne duchy,
Jak serc porwanych krwawe okruchy.

Wiatrem rzucone serc krwawych strzępy
Między pobrzeżne szuwarów kępy,
Jakby łzy lecą, jakby krew kwiatów,
Jak pocałunki słane z zaświatów.

Więc lecą... lecą - a gdy na fali
Pierścień się mglistych świateł rozpali,
To się w tej smętnej płonią jasności

Niby korowód cmentarnych gości,
I w mętne stawu zwierciadło lecą,
I świecą złotem, i jak krew świecą...

Kazimiera Zawistowska

czwartek, 17 października 2013

Moje imperium - Marian Piechal

Moje imperium

Moje imperium wewnętrzne
od oddechu do oddechu
niepokój w nim nigdy nie zachodzi.

Jego linie obronne
to ani skóra, ani kości,
ani mięśnie, ani nerwy,
ani krwiobieg, ani limfa.
Byle cień może je naruszyć,
byle owad zagrozić,
byle mikrob wtargnąć wewnątrz
i niby piąta kolumna
kompletnie zdegradować,
zniszczyć spoidła wewnętrzne,
biblię moją wewnętrzną i dekalog,
kodeks mój i dekret wewnętrzny
pociąć na trociny sekund
sypiących się w przepaść nicości.

Mój wewnętrzny system bezpieczeństwa,
ideowe armie fagocytów
nie zawsze są zwycięskie w obronie
wciąż zachwianej we mnie racji stanu.

Moje imperium wewnętrzne,
mój kraj wewnętrzny ubogi,
mieszanina wapna i węgla,
siarki i soli, odrobiny
żelaza i fosforu,
kruche złoża pamięci,
jałowe rudy świadomości,
ruchome piaski złudzeń,
głębsze pokłady pesymizmu,
płytkie odkrywki nadziei –
w atmosferze względnej równowagi.

Moje imperium wewnętrzne,
mocarstwo moje suwerenne,
tyleż bezbronne, co potężne
ekspansją myśli ścigającej
widma najdalszych mgławic,
wyobraźni wychodzącej
poza obręb natury,
intuicji przekraczającej
granice myśli i wyobraźni
i dotykającej niewiadomego
jak nartnik powierzchni wody.

Ja, imperium wewnętrzne,
mocarstwo od marzenia do snu
suwerenne i niepodległe,
proponuje pakt nieagresji
innym mocarstwom świata
na zasadzie obustronnie dobrej woli,
pod warunkiem poszanowania
wspólnych miar zdrowego rozsądku,
absolutnej nieingerencji
w prywatną dziedzinę marzeń,
w praktykę wzajemnych przekonań,
w ustawodawstwo cech wrodzonych,
w konstytucję własnego sumienia,
w porządek prawny mego charakteru,
w mój ustrój psychofizyczny,
w stany zjednoczone moich uczuć,
w związek radziecki moich myśli,
w rzeczpospolitą moich słów.

Marian Piechal

Każdego następnego dnia - Julian Kornhauser

Każdego następnego dnia

Czekam na każdy następny dzień
z nadzieją, że dowiem się czegoś
więcej o świecie. To samo świat
mówi o mnie.

Julian Kornhauser

Spętanie, opętanie, napęd - Witold Wirpsza

Spętanie, opętanie, napęd

Osłona słońca była zawsze nietrwała.
Blask nie był dostateczny (do czego nie starczał).
Mrok nie był dostateczny (do czego nie starczał).
Światłocień tła nie wytwarzał.
Zbudowano wokół słońca balustradę.
Balast na balustradzie połamał poręcze.
Pory, prace, rytmy
i dwudzielność świata (podwójne drzwi:
Lewe skrzydło rozwarte, prawe zatrzaśnięte;
I na odwrót: oba skrzydła rozwarte, oba zatrzaśnięte;
Skrzypienie skrzydeł);
I dwudzielność świata jest nie do przepędzenia.
Są tacy, których tu spętało.
Są tacy, których tu opętało.
Napęd spętania i opętania jest ten sam:
Trupia trucizna trudu.
Wieża jadu; jama wierzeń, czyli:
Niezbędność zbawienia.

Witold Wirpsza

Wiatr w gałęziach - Adam Zagajewski

Wiatr w gałęziach

Wiatr w gałęziach, zagubiony, zaspany.
On wielki podróżnik, libertyn, szalejący
Reporter, i drzewa, które nic nie wiedzą,
nigdzie nie były, drewniane i prowincjonalne.
Wiatr w gałęziach. Muzyka urodzi się
z tego spotkania. Żaglowce w Alpach,
połamane świerki, maszty pełne marzeń.
Gałęzie jak tęsknota:
kocimi ruchami zmierzają do celu,
tam, dokąd szedł Mozart
w niektórych fragmentach Requiem.

Adam Zagajewski

Chmury - Michał Lermontow

Chmury

Chmury niebieskie, wieczni zbłąkańcy,
Przez nieb lazury, jak pereł sznury,
Mkniecie, podobnie jak jak ja, wygnańcy
Z miłej północy w południa góry.

Któż to was pędzi: Los, czy zachcenie?
Zawieść-Ii skryta, złość niepożyta?
Ciąży-Ii na was złe przewinienie?
Czy też przyjaciół waśń krwi niesyta?

Nie, wam obmierzły niwy bezpłodne,
Obce wam męki, obce serc łkania;
Wy zawsze chłodne, zawsze swobodne,
ni wam ojczyzny, ni wam wygnania.

Michał Lermontow
tłum. Jan Michał Harhala

Miłość najwcześniej... - Anna Achmatowa

***

Miłość najwcześniej zmieni się w garść prochu,
Zapomnisz o pochlebstwie i o dumie.
Zaprawionego przerażeniem szlochu
Znieść na tej ziemi prawie nikt nie umie.

Anna Achmatowa
przełożył Adam Pomorski

Serce jak do Newy... - Anna Achmatowa

***

Serce jak do Newy, w wodę:
Okazać go nie ma komu.
Oswojona życie wiodę
I bezskrzydła w twoim domu.
Tylko... coś nocami skrzypi.
Co tam obce mroki tają
Szeriemietiewowskie lipy...
Do apelu skrzaty stają...
Ostrożniutko się podkrada,
Z wodą pełza ciurkocącą,
Czarnym szeptem w ucho wpada
Nieszczęścia bliskie gorąco -
Jakby miało przez noc całą
Tłuc się tutaj, bełkot słyszę:
"Zacisza ci się zachciało?
Wiesz ty, gdzie twoje zacisze?"

Anna Achmatowa
przełożył Adam Pomorski

Piosenka na drogę albo Głos z ciemności - Anna Achmatowa

Jurij Obuchowski
Piosenka na drogę
albo
Głos z ciemności

Kto przed czym ucieka.
Tego się doczeka.
Niczego bać się nie wolno.
Kto się czego lęka:
Stara to piosenka.
Druga też niezgorzej
Z tą się równać może...
Boże!

Anna Achmatowa
przełożył Adam Pomorski

środa, 16 października 2013

Słota (Dionizje (1922)) - Jarosław Iwaszkiewicz

Słota
(Dionizje (1922))

Poczekaj, poczekaj, jak to brzmi?

Szare kolumny, wietrzny brzęk,
Sćmiewa ogrody siny deszcz.
Brzęk...
Spływają rosą drzewne brwi.
Poczekaj, poczekaj, jak to brzmi?
To szare smugi dżdżu
Grają „Jardins sous la pluie".
(Claude Debussy:
Słotne Ogrody. — — )

Jakaś niejasność w tym tkwi.
Poczekaj, poczekaj-..
Jak to brzmi?...
Ogrody
Sous la pluie,
Claude
Debussy?

Quasi canzona.
Jeszcze mi się nie marzył Debussy,
Gdy w monotonię tego szmeru
Byłem wsłuchany tak
Jak młodociany żak.

Czy to ta pieśń?
Nie, to nie ta.

Smugi, ukochanie wieczne.
Siekane,
Pijane monotonią,
Melodią, co w kropelkach tkwi.
Najsłodszą byłyście harmonią.

               „Wielki miłości smak jest w ciężkie
               dżdżyste dni."

Gdzieś wśród targanych georginii,
W jesienny chłód,
Kałuże drżące u wrót...
— Wy dżdżyste, dawne dżdżyste dni.
Jak ja was chcę!

Grave
Błąkania:
Oto żal, jak czarna magia, dojrzałe owoce
Upuszcza na aksamitne tła.
Na trawę.
               Czy to ta pieśń?
               Nie, to nie ta.

Poco piu cantando
O moje słotne dni dalekiej drogi!
Pomiędzy mokre wory owsa,
Chowała mi się ta najpłochsza,
W starym domu, gdzie straszy.

Taki to już zawsze był rozhowor naszy,
Bez treści, niby jak deszcz szeleści...

W dżdżystą noc tuliła mię pieszczotą
Ta moja pierwsza.
Zdało mi się, że to płynne złoto,
Kapie szmerem i utula mgłą
Wszystkie przedmioty,
Które są:
Zagajniki, stawy, kanały, kolumny,
Bocieniec dumny, lipy, nawet rumianki.
Wszystkie promienne poświaty.
Nawet oczy mojej kochanki;

               (Pokazały mi one biel papierową,
                martwotę.
                Może... to i owo.
                Pustotę).

Più lento.
Wszystkie wędrówki, piechotne spacery,
Gdzieś się to wszystko mgłą zawlokło,
Wszystko to już artylerzysty dziś albo sapery.
Może mi teraz serca nic nie będzie gniotło?

Rallenłando.
Taka chwila teraz równowagi.
Wszystko znalezione, ustawione,
Tylko te drzewa we mgle słoty.
Ten uśmiech złoty.
Ten Debussy?...

Poczekaj, poczekaj, jak to brzmi?
Ogrody „Sous la pluie".

Tempo primo.
Nie pamiętam nigdy słotnych dni
Za czasów mojego dzieciństwa.
Tylko te słoty,
Słodkie, złote,
Słoty
Mojej młodzieńczej krwi!

                „Senny nalewa kozak gorący płyn herbaty".

Mówiłem tak
W „L'amour cosaque":
                 (Niewydane!)
Jakież to wszystko pogmatwane.
Myśl taka niespokojna,
I to nie tylko wojna,
Choć i ona.

                   Czy to ta piosnka, czy zgubiona?

Jechaliśmy...
                   (I tutaj znowu.
                    Cóż ja poradzę.
                   Do pani powrót.
                   Panno Jadziu).
Jechaliśmy tak do lasu.
Jak konie niosły lekko,
Jak wszystko było daleko,
Tylko był blisko las
I konie
I czas słotny.

Dlaczego wszystko niespełnione.
Niewyczerpane nic?
Tylko ten wiatr i słotny dzień,
Widz
Wieczny.

Kocham, jak wszystko, kocham was,
O dni deszczowe,
Jakaż dobroć w was,
Przytulenia bezkolorowe,
Przegięcia, ciepłość hojna,
Jednostajność spokojna...

                         Patrzę:
Znalezione, zmierzone, zliczone.
                        Wszystko,
Nieznośne smutności siedlisko.
Mojej miłości kołysko.
Jakież dalekie twe dzieje, TEATRZE!!
I nigdy twoje imię, Ru! Najrzadsze,
Na moich drogach. — Ucieka jak zając.
                         (Tu ritardando:
                          To znaczy zwalniając).

Nie odchodź, nie odchodź mi.
Poczekaj, nie zatrzaskuj drzwi —
Tak — to już wszystko.

To tak mniej więcej brzmi: Ogrodów kolisko.
Kałuże deszczowej wody...
Jardins sous la pluie...
Claude?
Debussy? —

Jarosław Iwaszkiewicz

Skarb - Miguel Ángel Asturias

Skarb

Dawać to kochać,
dawać stokrotnie,
wrócić strumieniem
wszelką wody kroplę.

Takich nas stworzono,
by rzucał z nas każdy
do ziemi nasiona,
a do morza gwiazdy.
Biada kto zapasów,
Panie, nie wyczerpie,
wróciwszy nie powie:
niby próżna sakwa
jest serce moje.

Miguel Ángel Asturias
przełożył Florian Śmieja