.

.

czwartek, 28 listopada 2013

Do poety - Aleksander Puszkin

Do poety

Poeto! za nic miej pospólstwa wzgląd i łaski,
Zachwytów minie krzyk i chwały jednodniowej,
Usłyszysz głupca sąd, śmiech tłumu albo wrzaski,
Lecz ty, jak kamień, bądź spokojny i surowy.

Tyś król - pozostań sam. Nie chyląc dumnej głowy,
Wolności drogą idź za wolnej myśli blaskiem,
Owoce lubych dum w kształt doskonaląc nowy -
I wzniosły pełniąc trud wzgardź laurem i oklaskiem.

Tyś sam nagrodą swą i dzieł najwyższym sądem,
Ty najsurowszym sam oceniasz je poglądem.
Czyś swoim dziełom rad, twórco z wejrzeniem srogim?

Rad jesteś? Niech więc tłum znieważa je zawzięty,
Niech pluje w ołtarz twój, gdzie ogień płonie święty,
I niech uciechę ma kołysząc twym trójnogiem.

Aleksander Puszkin
przełożył Julian Tuwim

The Unending Gift - Jorge Louis Borges

Jorge Larco - La muertes
The Unending Gift

Pewien malarz obiecał nam obraz.
Teraz, w Nowej Anglii, słyszę że umarł. Poczułem
             jak innymi razy smutek rozumienia, że jesteśmy
             jak sen. Zamyśliłem się nad człowiekiem
             i obrazem, co przepadli.
(Obiecywać mogą jedynie bogowie, bo są nieśmiertelni).
Myślalem o wybranym miejscu, którego płótno nie zajmie.
Potem pomyślałem: gdyby tam wisiał, z czasem stałby się
              jeszcze jednym przedmiotem, czymś zbytkownym
              rzeczą domu. Obecnie nie ma granic, jest bez końca,
              zdolny do każdego kształtu i każdego koloru i do żadnego
              nie przywiązany.
W jakiś sposób istnieje. Żył będzie i rósł jak melodia
              i ze mną pozostanie do końca. Dziękuję ci, Jorge Larco.
(Ludzie także mogą obiecywać, bo jest coś nieśmiertelnego
w obietnicy).

Jorge Louis Borges
przełożył Florian Śmieja

Areny Lutecji - Samuel Beckett

Andrei Krioutchenko
Areny Lutecji

Stąd gdzie siedzimy, wyżej niż sięgają stopnie
widzę nas wchodzących od strony ulicy Aren
wahamy się patrzymy w górę, potem z wysiłkiem
idziemy w naszym kierunku przez ciemny piasek,
coraz to brzydsi, równie brzydcy jak inni,
ale milczący. Mały zielony piesek
wbiega od strony Rue Monge,
ona staje, patrzy jak przebiega arenę, jak znika
za cokołem uczonego Gabriela de Morillet.
Obraca się, ja wstaję, wspinam się
po z gruba ciosanych schodach, opieram się lewą ręką
na niezgrabnym oparciu z betonu. Ona się waha,
robi krok w stronę Rue Monge, potem idzie w ślad za mną.
Czuję dreszcz teraz ja się zbieram, innym wzrokiem patrzę
na piasek, na kałużę pod mżawką,
na małą dziewczynkę ciągnącą za sobą serso,
na parę, nie wiadomo, może zakochanych, która trzyma się za ręce,
puste stopnie, wysokie domy, niebo
które oświetla nas, spóźnione. Obracam się, zaskakuje mnie
jej zasmucona twarz

Samuel Beckett
przełożyła Julia Hartwig

Godzina nieobjęta - Juan Ramón Jiménez

Igor Ropyanik
Godzina nieobjęta

Tylko dzwon, tylko ptak zakłócają ciszę…
Rzekłbyś, że mówię ze słońca zachodem.
Cisza jest ze złota. Z kryształu jest wieczór.
Jakaś czystość błędna kołysze drzewami.
I, poza wszystkim, rzeka przezroczysta
Śni i po perłach spływa w nieskończoność.
Samotność. Samotność. Wszystko ciche, jasne…
Tylko dzwon, tylko ptak zakłócają ciszę…
Miłość żyje daleko… I serce jest wolne.
Nie ma w nim smutku. Nie ma w nim radości.
Bawią go wiatry, śpiewy i zapachy…
Pływa w jeziorze uczuć nietykalnych…
Tylko dzwon, tylko ptak zakłócają ciszę…
Rzekłbyś, że wieczność można zbierać ręką.

Juan Ramón Jiménez
przełożył Jan Winczakiewicz

Tajemnica - Miroslav Holub

Bosch
Tajemnica

Myślicie, że to ulica,
ale jest to rękaw bezrękiego.
Myślicie, że to radość,
ale jest to dzwonek telefonu
w pustym pokoju.
Myślicie, że to sen,
ale jest to nieogarnione skręcanie się
neuronów w brokatowej szkatułce.
Myślicie, że to wydarzenie,
ale jest to wezwanie.
A u źródeł deszczów siedzi sędzia
o kurzej głowie
W fotelu z wygarbowanej skóry filozofów,
w aureoli muszych odchodów,
W kotle muzyki zredukowanej do skomlenia
w świetle zduszonym
do elektrowstrząsów
- To wszystko z przyczyny utajenia -
U źródeł deszczów siedzi sędzia
o kurzej głowie
I trzyma
królewskie jabłko ciemności,
Które ma w środku
większe jabłko
Półcienia.

Miroslav Holub
przeł. Leszek Engelking

Zamek - Miroslav Holub

Salvador Dali - Zamek - 1973
Zamek

Weźcie chorągiew,
wbijcie w wiatr.
Weźcie klejnot,
rzućcie za siebie.
Uderzcie w struny.
Przybiegnie garbaty byk.
Zadmijcie w tubę.
Wyrośnie zamek.
Grajcie dalej. Pękacie ze śmiechu.
Ale zamek się kruszy, rozpada,
byk płonie,
a wam
usychają wargi i łamią się
palce. Czarne wargi mumii.
Pazurzaste palce szczura.
I to właśnie teraz,
kiedy za rogiem wysiadają
pierwsi goście.

Miroslav Holub
przeł. Leszek Engelking

Klęska - Bolesław Leśmian

Klęska

Dawniej mi się zdawało, żem z mroków chaosu
Wybiegł w świat - niepochwytny i wolny od losu.

Że najtrwalszy ze wszystkich przewidzeń i dziwot -
Sam o sobie śnię powieść - sam klecę mój żywot.

Że powoli, niechętnie i niepostrzeżenie
W złych snach mi się z dnia na dzień - ciuła przeznaczenie.

I że musi upłynąć bardzo dużo czasu,
Nim mrok pozna mnie w kwiatach lub stwierdzi śród lasu...

Dziś wiem, że w zło się trzeba jak w szelest zasłuchać -
Że je łatwiej wykrwawić niźli udobruchać.

Mgła mi z ręki wróżyła... Pamiętam szept cienia...
Nim cios we mnie uderzył - wprzód zbrakło zbawienia.

A gdym wołał o pomoc - tak nagle się stało,
Jakbym najpierw miał ranę, a później - to ciało...

Bo między mną a klęską - żaden czas nie płynął
I nie było tych godzin, gdym jeszcze nie zginął.

Bolesław Leśmian

Jakże wypowiem... - Władysław Chodasiewicz

Nikolai Nikolajewitsch Ge
***

Jakże wypowiem bełkocząc w udręce
Ból cały i jad cały?
Język mój stał się ptasim lub zwierzęcym,
Usta zmilczały.

I już nie trzeba mi nic na tym świecie,
I wstyd ogarnia,
Że w jego ogniu sądzona mi wiecznie
Taka męczarnia.

Że nawet śmiercią dumną, własnowolną
Nic nie pomogę.
Że taką samą jest, chociaż okolną
Istnienia drogą.

Władysław Chodasiewicz
przełożył Seweryn Pollak

Zło - Arthur Rimbaud

Zło

Gdy czerwone plwociny starego żelastwa
Świszczą dzień cały w błękit nieba niezmierzony,
Kiedy w ogień, przed królem, co gromami chlasta,
Szkarłatne czy zielone biegną bataliony;

Kiedy szał przeraźliwy sto tysięcy ludzi -
Nieszczęsnych! - w jedną stertę dymiącą zamienia
Śród traw, gdzie się, Naturo, twoja radość budzi -
W świętości ulepione przez ciebie stworzenia!

Jest wtedy pewien Bóg, który śmieje się błogo
Do kielichów ze złota, kadzideł, ołtarzy
W adamaszkach, zasypia w kołysach hosanny

I budzi się, gdy matki, przypędzone trwogą,
W zniszczonych czarnych czepkach, ze łzami na twarzy,
Grosz mu podają gruby, z chustki wysupłany.

Arthur Rimbaud
przełożył Adam Ważyk

Druga - Pedro Salinas

Andre Kohn
Druga

Nie zabił jej Bóg. Nie zabił jej Los.
Umarła
bo sama chciała.

Wróciła nocą do domu
i głosem elektrycznym
powiedziała przez telefon:
"Pragnę umrzeć, cieniu mój,
ale nie chcę leżeć w łóżku,
nie chcę, by przychodził lekarz,
i niczego niech nie robią,
a ty słówkiem nie zdradź mnie".

Rozległy się zaraz syki
trucizn chętce do usługi,
rewolwery eskadrami
wirowały przed balkonem,
naszyjniki strach szerzyły,
że za chwilę się zacisną.
Ale nic. Umarła sama.
Zegar ścienny w tym momencie
pokazywał wpół do piątej,
a zegarek na jej ręku
czwartą dwadzieścia pięć.
Nikt nie spostrzegł tego. Suknia
wypełniona nią szła dalej,
szła na nogach, w pantofelkach,
nawet uśmiech miała świeży,
nawet głos jej się nie zmienił.
W biały dzień widzieli wszyscy,
jak przechadza się. I w marcu
dziewiętnaście lat skończyła,
"Z każdym dniem coraz piękniejsza" -
pisały o niej gazety
w dodatkach nadzwyczajnych.
Jej cień, brat wtajemniczony,
znak różowy lub niebieski
na plaży, śniegu, dywanie
ciągle przedłużał złudzenie.

Pedro Salinas
przełożył Jan Winczakiewicz

Błogo bardzo sławił będę ten dzień - Edward Stachura

Błogo bardzo sławił będę ten dzień

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Nawet gdy to będzie śmierci mej dzień.
Może jednak narodzę się wcześniej.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Straszny i zwęglony, czarny mój cień:
Drzewo gromem rażone w lesie.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Jasny, bez demonów będzie mój sen,
Zaś na jawie nie zjedzą mnie pleśnie.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę;
Wszędzie na miłość głuchy jak pień,
Będę w sadach obrywał czereśnie.

Edward Stachura

Strój Dedala - Paweł Hertz

Svetlin Vassilev - Daedal
Strój Dedala

Na morze niecierpliwe piękny spada Ikar,
zza kulis chmur skrzydła poprawiając, Dedal
patrzy ciekawie i na prawo znika:
kunsztowne stroje jutro rano sprzeda.

Inni w obłokach biegnąc nie spostrzegli przecie,
że za ptaka przebrany spadł i jak tancerze
na północ ciągną wielkim kluczem. Kwiecień
kończył się, ciepłe zmieniano odzieże,

mgieł szale i obłoków futra na lazury,
a piękną zieleń wiązano u szyi,
o Ikarze nie myślał nikt. Dedal ponury

miedziane liczył grosze. Krawiec mu uszyje
strój inny, strój piękniejszy niż wosk i niż pióra,
białą mu krojąc szatę w kosztownych marmurach.

Paweł Hertz

Śpiew wina - Oskar Miłosz

Prosper d'Epinay
Śpiew wina

Wysączmy trzykroć czary na cześć twą, wieczorze, —
Bowiem wszelaki smutek lepszy jest od nudy.
Już noc roztacza skrzydła szeroko na morze,
Na morze barwy rzezi, łun i szałów złudy,

Wysączmy trzykroć czarę na śmierć Bachusową,
I wieków, które ponoć gdzieś żyły, niestety!
Widzieliśmy, jak płynął przez noc księżycową
Stary brzuch boga winnic w zgniłych falach Lety.

Wysączmy trzykroć czarę za serca, otrute
Wiekiem ohydnym ponad wszystkie! Zrośmy szałem
Życie drogim a nudnym morałem okute,
A które, dzięki winu do cna przepomniałem.

Wysączmy krew serc naszych w szpad trzykrotnym ruchu,
I niechaj noc na ciała dostojnie nam legnie,
I niechaj się serc wino ze krwią winnic zbiegnie,
Bowiem się wstyd żywota zbyt nam rozrósł w duchu.

Oskar Miłosz
przełożyła Bronisława Ostrowska

Przemiany wampira - Charles Baudelaire

Przemiany wampira

Niewiasta, ust czerwienią znaczona zuchwałą,
Niby żmija na węglach w skrętach prężąc ciało,
Trąc o łoże pierś pełną żądz nieujarzmionych,
Potok słów wylewała piżmem nasyconych:
- "W wilgotnych moich wargach wiedza upojenia;
Umiem w łożu zatopić skrupuły sumienia;
Suszę łzy; krwi stygnącej bić każę goręcej
I starczym ustom uśmiech przywracam dziecięcy -
A kogo do nagości mej dopuszczę łaski,
Zastąpię mu księżyca, gwiazd i słońca blaski!
Bo, mój mędrcze, w pieszczotach ja tak wyćwiczona,
Gdy owijam wybrańca w wężowe ramiona,
Lub do hojnych mych piersi puszczam głodne usta -
I skromna, i rozpustna, i groźna, i pusta -
Że dla mnie za otchłanie takie upieszczenie
Anioły by w niemocy szły na potępienie!"

A kiedy z kości moich wyssała szpik cały,
Ja zaś zwróciłem wreszcie ku niej wzrok omdlały -
Na jej miejscu ujrzałem tuż przy boku swoim
Jakiś bukłak oślizły, napełniony gnojem!
Zamknąłem oczy, lodem przerażenia ścięty;
A gdym otworzył, chcąc sen odegnać przeklęty,
Na chłodnym łożu, zamiast machiny potężnej -
Niespożytej jak morze, nadmiarem krwi prężnej -
Drżały nagie piszczele i czerep śluzawy,
Wydające pisk smętny chorągiewki rdzawej -
Lub szyldu, co w noc zimną na żelaznym pręcie
Na wietrze pojękuje w żałosnym lamencie.

Charles Baudelaire
przełożył Bohdan Wydżga

środa, 27 listopada 2013

Tak słów mi nie brakuje - Henri Meschonnic

fot. Ravi Vora
***

tak słów mi nie brakuje
to mnie zabrakło w słowach
musiałem zasnąć w chwili
kiedy coś im kazało mówić
wbrew mej woli
odtąd pracuję dla ciszy
gromadzę nieobecność słów
zostawiam puste miejsce
we wszystkim co się wymawia miejsce
na słowo co sprawi
że morze zastygnie
kamienie pofruną
jestem pustką wewnątrz
tego słowa

Henri Meschonnic
tłum. Krystyna Rodowska

Hiperborejczyk - Seamus Heaney

Hiperborejczyk
Pamięci Zbigniewa Herberta
Gruzy świątyń. Poezja. Mówię w duchu do Zbigniewa Herberta:
Wnętrze twej czaszki - była to droga po rumowisku
Do Delf, ich via sacra, po części już via crucis,
Po części realny kamień nie przemienionych gór. Orły
Zakreślały w powietrzu ściśle wierne kopie swych orbit
Nad oblężoną świątynią boga na szczycie wzgórza;
Tylko wyrocznia wciąż jeszcze nie podlegała cenzurze.
Byłeś tutaj przybyszem z Hiperborei, Zbyszku,
Jednym z mieszkańców krainy północniejszej nawet niż wiatr,
Skąd uniósł był Apollina łabędzi zaprzęg, lecz dokąd
Bóg wracał każdej zimy. Ty - dla wszystkich, co tam mieszkali,
Byłeś jego heroldem, kiedy znowu unosił go szum
Wichru i milkła kraina, i nadzieje lata pierzchały.
To on uczył cię gry na lirze, starannego strojenia jej strun.

Seamus Heaney
przełożył Stanisław Barańczak

Kiedy pomiędzy cienie schodzi życie... - Osip Mandelsztam

Kurt Regschek - Demeter - 1999
***

Kiedy pomiędzy cienie schodzi życie-Psyche
Półprzezroczystym lasem w ślad za Persefoną,
Ślepa jaskółka spada pod jej stopy ciche
Ze stygijską czułością i wicią zieloną.
Wokół uciekinierki widma się zebrały,
Witają nowicjuszkę zawodzącym głosem,
Z wielkim niedowierzaniem, w nadziei nieśmiałej
Słabe swe załamują ręce nad jej losem.
Ktoś tam flakonik perfum, ktoś lusterko niesie,
Duszy, kobiecie przecież, miła to zabawka,
I przezroczystych głosów po bezlistnym lesie
Siąpią suche biadania niby drobna mżawka.
Przezroczystego lasu nie widząc z daleka
Dusza stąpa stropiona przez tę czułą wrzawę
I chucha na lusterko, i z oddaniem zwleka
Miedzianego opłatka za mglistą przeprawę.

Osip Mandelsztam
przełożył Adam Pomorski

Kamyk - Zygmunt Ławrynowicz

Kamyk

strumienie lat
i wodospady zdarzeń
wypolerowały mu ciało
w gładką doskonałość
w głębi tego kamyka
pod jego geometryczną skórą
żyje dalej piękna chropawość
i długie blizny szczelin
bolą bezgłośnie

Zygmunt Ławrynowicz

Honor tragedii - Ewa Lipska

Honor tragedii
Joanna Zjawińska

Siedzimy podczas wegetariańskiego deseru
i wtrącamy się do wszystkiego
wścibscy prozaicy.
Po trzeciej stronie nekrologu
przepis na kruche ciasteczka.
Rozpustne rozmowy o natchnieniu.
Nieprzyzwoitej łatwości tworzenia.
Wyuzdanej aliteracji.
Czy ktoś pamięta jeszcze
że wena to tylko żyła
pompująca krew.
Pulsuje skroń
po ostatnim zdaniu.
Stado banału błąka się
po torfowiskach przymiotników.
O ile lepszą powieścią jest krajobraz
obdarzony talentem.
Ale nasza tragedia ma honor
i wypija za wszystkich artystów
ironiczną aluzję oceanu.

Ewa Lipska

Dąb - Artur Lundkvist

Dąb

Drzewo męskie, On,
myśliciel, wojownik,
gotów być starym i odludkiem,
drzewo Boga i szubienicy, kochany przez kruki,
z liśćmi późnego lata, wyciętymi z zielonej skóry,
nigdy dość zielony by ukryć swe sękate wypukłości,
drzewo z pięściami,
drzewo domagające się swoich scen,
wybiera punkty widzenia krajobrazu,
pagórki, wzgórza, szczyty, rozstaje,
chce zarysować się w przestworzach
współdziałając z chmurami i zachodami słońca,
zmagający się z burzą wystrzępionymi zanadrzami,
nieraz kaleka, podobny wracającemu z wojny,
trwały pień wabiący do epitafium,
zawsze ma w sobie coś z trumny, czerniejące
lub czerwonawe wyżłobienia,
do końca walczy z kilkoma liśćmi
a po śmierci pozostaje piękną ruiną,
pokryty bliznami jak mądrość.

Artur Lundkvist
tłum. Barbara Kobos-Kamińska

Mur - Artur Lundkvist

Mur

Stałem na Wielkim Murze w październikowym wietrze.
Kamień miał zmarszczki jak twarze starców.
Niebo na wskroś było zamiecione przez wichurę.
Krzewy szarpały się i wyrywały z korzeni.
Drogi ciągnęły się między górskimi pasmami
co spalone leżały pod szarym dymem.

Myślałem o burzowych nocach, które pozostawiają
przełamane stada wędrownych ptaków wokół muru.
Myślałem o milionach ludzkiego życia,
tych milionach ludzkich lat, które pochłonął mur.

Groza zmagała się z potęgą
i budowała mur.

Zmagania były tam nierzeczywiste
jak wielki ziąb,
rany zaskakiwały nim oni uśmiercali,
konie niespodzianie rycząc
spadały w dół urwiska.

To, o co tłumy zmagały się
było dalekie od nich,
jak przywidzenie pod chmurą.

Artur Lundkvist
tłum. Barbara Kobos Kamińska

Anioł z tytoniowego dymu - Tadeusz Śliwiak

Anioł z tytoniowego dymu

Palisz już trzeciego papierosa
nad twoją głową unosi się anioł
z tytoniowego dymu
Wiem, gniewasz się na mnie
więc powiedz mi coś do słuchu
zaklnij szpetnie - ale nie milcz
zimno mi od twojej obcości
czy będziemy tu siedzieć
tak do końca świata?
Las patrzy na nas
jak na swoje zwierzęta
krzyknął jakiś ptak
księżyc już chodzi po niebie
natura zachowuje się godnie
nie zauważa nas

Tadeusz Śliwiak

Przejrzeć ziemię na wylot - Tomas Tranströmer

Przejrzeć ziemię na wylot

Białe słońce wycieka w smog.
Światło kapie, zmierza w dół

ku moim najniższym oczom co spoczywają
głęboko pod miastem spoglądając w górę

i widzą miasto od spodu: ulice, fundamenty domów –
podobne do zdjęć lotniczych miasta w czasie wojny

lecz na odwrót – krecia fotografia:
ciche czworokąty w zgaszonych kolorach.

Tam podejmuje się decyzje. Kości zmarłych
nie da się odróżnić od kości żywych.

Słoneczne światło wzbiera, wlewa się strugą
w kabiny pilotów i strąki grochu.

Tomas Tranströmer
tłum. Magdalena Wasilewska-Chmura

Talerz wypada mi z rąk - Urszula Kozioł

Pier Toffoletti
* * *

talerz wypada mi z rąk
............sklejam skorupy
wiersz wypada mi z rąk
............czy pochwycić go w locie?
życie wypada mi z rąk
............odwracam się do ściany

niczego już nie utrzymam
nic więcej z mych rąk nie uleci

nasłuchuję przez sen
jak niebo wypluwa pustkę
skrzypi cisza jak śnieg
którym nicość się skrada

Urszula Kozioł

Gra w nieomylność - Miroslav Holub

Gra w nieomylność
Kto ani nie mrugnie ani nie piśnie
Ten zapracuje na swoją skórę.

Vasko Popa
Wojtek Siudmak
Nałożymy jedną ze swoich głów,
czarną w nocy, a
białą w dzień,
ale najlepiej szarą
na każdą pogodę,
zakrzywimy trochę
światło gwiazd
i wyrównamy (trochę)
lot ptaków,
wyjmiemy swoje oczy,
a potem w nie spojrzymy,
to bardzo smutne i bardzo
zmęczone oczy,
zaprzęgniemy kota, rybę albo psa,
szarpniemy lejce,
uderzymy batem -
kot szamoce się w miejscu,
rybie krwawią skrzela,
ale my już jedziemy,
lecimy, już tam jesteśmy,
wszystko znika, zmienia się w kreseczki albo
błędne ogniki w dali, albo
różowe mordki anipiśnięcia,
już tam jesteśmy,
nieosiągalni, niewidzialni,
a kiedy teraz
wskażemy palcem na swoją pierś,
ręka przejdzie
na drugą stronę końca,
palec będzie sterczał
jak maszt okrętu,
co nigdy nie wypłynął
ani nie istniał.
Ta gra jest popularna.

Miroslav Holub
przeł. Leszek Engelking

wtorek, 26 listopada 2013

Psalm XV - "Zagłada na ciebie" - Jerzy Andrzejewski



Psalm XV - "Zagłada na ciebie"
(fragment)

Niech będzie spustoszony
Niech będzie podeptany
Niech zatracony ginie
I w poniżeniu kona

Niech wodą się rozpłynie
i wniwecz się obróci
Niech będzie jako strzała
w cięciwie połamana

Niech będzie rozproszony
wypadnie niech z pamięci
Niech będzie mu zagłada
ze świata czterech stron

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu,
zagłada, niechaj ci będzie synu, człowieku.

Niechaj ci będzie zagłada.

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu...

Jerzy Andrzejewski

Lusterko - Marcin Świetlicki

René Magritte "The Double Secret"
lusterko

Obraz na zawsze
(mniej więcej na zawsze)
pozostawiony. Nikt się nie poruszy,
drzwi nie skrzypną. Przez wieczność
(mniej więcej przez wieczność)
bezruch. Lusterko napatrzyło się,
naodbijało, a teraz ma urlop
przez większą część wieczności,
zamknięte lustro – i jeśli jest przyszłość,
to droga do niej prowadzi nie tędy.

Marcin Świetlicki

Oni - Jan Rybowicz

Oni

Jeszcze ich nie ma.
Jeszcze ich atomy
są rozproszone
w tlenie,
glebie,
wodzie.

Jeszcze nieznana data urodzenia,
nieznane miejsce,
płeć,
i kolor skóry.

Jedno jest pewne:
bezstronni dystansem,
nas,
uwolnionych od swych własnych trupów,
zważą dokładnie,
ocenią fachowo…

Niektórych włączą
w poczet swoich świętych.

Jan Rybowicz

Fragment poematu „Przystępuję do ciebie” - Edward Stachura

Loui Jover
Fragment poematu „Przystępuję do ciebie”

Przystępuję do ciebie - to znaczy zstępuję bo chciałbym jeszcze rzecz bardzo miłosną
napisać

ale cyt
o tym się nie mówi
o tym ja nie mówię

o tym ja tu milczę
na dziewiczym łożu sufitu
leżąc krzyżem

*
Przystępuję do ciebie - na kolanach na łokciach
bo chciałbym jeszcze rzecz bardzo czołgam się
napisać

wszystko do ciebie czołga się
wszystkie myśli zawrotne
- laury czoła naszego
strapionego

i mówię że kto mówi to samo
niech tu zjawi się niech go obejmę
przechowywanym dlań pod żebrem
miłosnym wejrzeniem

*
Przystępuję do ciebie - przez mgły i kadzidła: te strefy
bo chciałbym jeszcze raz rzecz bardzo jasnowidną
napisać

że oto dom mam w górach boskich
w dolinie gdzie jedzenia w bród
i ryby-pstrągi jadło boskie

wróciłem właśnie z wojny ostatecznej
i jestem tylko lekko ranny

Edward Stachura

Dziura i wiersz - Ryszard Milczewski-Bruno

Jarosław Kukowski
Dziura i wiersz

Gdzie jesteś dziuro mego kraju
I ty mój krwi opaczny biegu - -
Ptaki świtają na biegunach śmiechu
A biodrówka szyfrowana pasem
Czy mieszczę się w kalendarzu Noża?
Obok ubój świń i oboju
Kropielniczki żalu - -

Gdzie jesteś Wierszu - nieporęczny wekslu
I ty mój kośćcu - nierentowna łachudro - -
Diabłów prowadzą do zaklętych ośpic
A plecy ich haftowane w gryfy
Czy ucieknę w pamiątkowe parowy mędrorzeczy?
Z maczugą nerwów na barana braną
Co krok - -

                      Życie - moje - już mnie nie budzi

Ryszard Milczewski-Bruno

Malarstwo obłąkanego - Andrzej Bursa

Malarstwo obłąkanego

Rozmawiają ze mną uprzejmie
Aha teraz ze mną rozmawiają uprzejmie
A przedtem każdy dzień tłukł we mnie mechanicznym
świdrem

Moje ciało krew komórki
Rozwijające się młode chcące rosnąć
Zamykane w naczyniu osobliwego nabożeństwa
O osobliwym zaiste kształcie

Podobno ludzi można produkować syntetycznie
Nie wiem
Ja jestem zrobiony z krwi skóry i włosów
A byłem manekinem guzikiem automatu numerem w
kartotece

Goya - Latające Wiedźmy - 1797-98
Aha teraz ze mną rozmawiają uprzejmie
Pewno za chwilę będą mnie bić
Ja widziałem jak bije się ludzi
Chłodną żmiją dreszcz biegnie po plecach
Krew jak farba rękawy brudzi
Ja widziałem nieraz takie hece

Dziś cichutko od ich zmysłów
Wytresowanych beznadziejnie
Uwolniłem się lekki i czysty
Więc rozmawiają ze mną uprzejmie.

WIZJA PIERWSZA
Wchodzę bramą bez muru
Bramą co nie zamyka się i otwiera
Rozgwieżdżone błękitne chóry
Rozmarzający ocean

Pasterz gra na błękitnej kobzie
Brodaty faun na purpurowej trąbie
W mlecznej miazdze gwiazd białe koźlę
Nasłuchuje jak pasterz gra na trąbie

La la la błękitny instrument
Partytury z nieba usunięte
Cały glob przeczarowuje w błękit
Moje białe idiotyczne nuty

W drzewostanie mlecznym ciału dobrze
Pasterz śpiewa na błękitnej kobzie

WIZJA DRUGA
Patrzcie jacy oni dostojni
(tytuł grafiki Goyi)
Mój szef miał oczy kota
Kiciuś mruczek idiota

Gdyby babcia miała wąsy babcia ma wąsy
Na policzkach purpurowe pąsy
Dziewiczej cioci dąsy

Oni mieli wszyscy sierść kły i pazury
Ja tylko zęby paznokcie i skórę
I dlatego zawsze byli górą
I dlatego to była tortura

B a d a n i e

Prowadzili mnie przez korytarz
Morderczo higieniczny
Przez korytarz polarnie biały
Gumę metal i kauczuk przykładali do ciała
Prąd elektryczny metal mogą zabić nagle
Drżałem przed aparatem kontaktem i kablem

WIZJA TRZECIA
Odarła mnie żywcem ze skóry
Lodowata logika maszyny
Nie mogłem znieść metalowej temperatury
Olbrzym zjadł mnie w purpurowej kaszy

W żywej kaszy z przerażenia zębów tkanki
Schrupały nas na miazgę mądre przedmioty
I krew pulsowała przez żółte firanki
A ściana miała żywe zielone oczy

Moje nerwy rozpięte na dachu w antenę
Moje czterotaktowe serce zamieniono w turbinę
Aż turbiny wdeptały w parującą ziemię
Żywe nogi w pończochach mechanicznej dziewczyny

DIALOG

M a l a r z:
Teraz chyba tylko zostać szewcem
Nie znam nawet farby niebieskiej
Na spotkanie z Nową Epoką
Wyjdzie dziecko pod rękę z idiotą

P o e t a:
Już za długo o wieki za długo
Żywe palce wkręcano w śruby
Oczy usta krew żyły ręce
Były młotem klamrą i przęsłem

Korowody heroicznych wyrzynań
Tysiącletnie symfonie rozpaczy
Wariat to ten co nie wytrzymał

M a l a r z:
Wariat to ten który zobaczył

P o e t a:
Nam nie wolno zwariować
Zresztą kto z nas zupełnie normalny
W chustach z wrzasków wariackich na głowach
Głośmy hasła politycznie lapidarne

M a l a r z:
Bram na których tłuczone szkło nie sterczy
Orkiestr gwiezdnych ziemsko wziętych w błękit

P o e t a:
Rękom tylko instrumenty i braterstwo
Ustom miłość i instrumenty

M a l a r z:
Nieśmy celną myśl uściśloną
I wariacki sztandar wyobraźni

P o e t a:
Zapalajmy gwiazdy czerwone
ZAPALAJMY CZERWONE GWIAZDY

Andrzej Bursa

Rafał Wojaczek - Dał się nabrać na język, którego nie było

Dał się nabrać na język, którego nie było

Nie widziałam, nie słyszałam, ze snu wstałam
- och, głupia!
- Może jednak trochę mądra,
Że naga, co? Jak senna myśl...
- Cóż, snu sauna
Nie tylko skór garbarnią jest, lecz
umysłów!

- Nie widziałam
Jak się rodził w tym języku.

Nie słyszałam także krzyku kiedy leżał
W kołysce
słowa
śmierć... go wymyśliła?
Gdyż milczał, wiem, jak potem też
gdy już przeżył
Stuwargową różę nie do całowania.

- Karatową różę
Nie do wyrażenia?

Wielkogłowa łza pamięci nieprzekupnej
Jednak bolała;
lecz śmierć wciaż się śmiała,
Że nabrał się tak głupio na mdłe
- ba!
- nudne
Ciało gwiazdy, która zgasła, nim coś zdołał.

- Więc choć naga,
Czy naprawdę taka mądra?

Przecież ze snu wstałam: miłość niedosłowna
Ale prawdziwa, bo treść
jego śmierci.
Nie zwięzły rym, nie giętki rym czy tok gładki,
Lecz naczynia
netto. - Nikła?
- Pełnia łaski!

Rafał Wojaczek

Jest tyle wiatru... - Jerzy Ficowski

* * *

Jest tyle wiatru
żeby zgasić świecę
jest tyle ognia
żeby wosk się topił
I ja w znużeniu
pomniejszonym mieszkam
a gwiazda którą
zdjąłem kiedyś z nieba
nie odebrana
nie parzy już dłoni
wystygła dawno
na żółciowy kamień
Wiem u twych powiek
po wiek wieków stoi
bezsenność która
rzęsy w górę wznosi
a w tym dźwiganiu
cała noc przyklęka
pod tym ciężarem
sztaby światła gną się
a sen twój w polu
kretowiska ryje
Ty już za wodą
za wodą styksową
jakie ci słowa
zostawione podam
kiedy na moją
i na tamtą stronę
po loncie tylko
mogą linoskoczki
ognia
po którym już i dymu- - - -

Jerzy Ficowski

piątek, 22 listopada 2013

Wybiegi - Józef Baran

Wybiegi

niektórzy wierzą
że przyjdzie Ktoś
i da im wolność:
Napoleon Elvis Presley
Jan Paweł II

nie wiedzą
że z wolnością człowiek się rodzi
lub nie

jedni nawet w więzieniu czują się wolni
spuszczają linkę wyobraźni
i mają wybieg na cały glob

drudzy żyją na
krótkim łańcuchu
jak wiejski burek przy budzie:
z kagańcem tresury
z kneblem konwencji

2

jednym nie wystarcza
wybieg
stąd do księżyca

drugim droga
za las i z powrotem
wystarcza na całe życie

w końcu i tak
pogodzi wszystkich
ciasny horyzont
2 na 1

(pod warunkiem
iż jesteśmy jednowymiarowi
i nie mamy duszy
rozciągliwej
Stąd-Do-Wieczności)

Józef Baran

Pocałunki - Małgorzata Hillar

Pocałunki

Pocałunki ukryte
w granatowym krzaku
w koszu deszczu
Cicho
Ktoś idzie
Serce Ciemnej Bramy
Zmiłuj się nad nimi

Pocałunki krople słońca
Nieskończoność
pachnie macierzanką

Pocałunki gorące skrzydło ognia
im uległe powietrze
noc
dzień
Poza nimi nie ma
ani ziemi
ani nieba
ani samotności

Pocałunki puch topoli
Śpij spokojnie
Jestem z tobą

Będę z tobą
gdy odejdzie mrok

Pocałunki srebrne
siadające na włosach
jak szron

Pocałunki daremne
Zaciskasz powieki
Nie oszukasz

Pocałunki czarne
oplątane ciasno
sznurkami lotów nietoperzy
żeby nie uciec

Małgorzata Hillar

O wiele prostsze - Ryszard Krynicki

O wiele prostsze

Twoje serce nadaje i odbiera sygnały
zaginionych cywilizacji

mózg jest miastem wymarłym w dalekiej przyszłości
łupieżcy grobów wznoszą nowe mauzolea

linie papilarne krążą w nieznanych przestrzeniach
kartoteki spłonęły lub poszły na przemiał

twoje “ty” dziwi się twojemu “ja”

“nic nie jest pewne” zjeżdżało windą
kiedy “wszystko jest możliwe”
wspinało się po schodach

uodpornisz się uodpornisz
jest to o wiele prostsze niżby się zdawało

Ryszard Krynicki

Wierszyk Mironowi Białoszewskiemu - Rafał Wojaczek

Wierszyk Mironowi Białoszewskiemu

Wsłuchać się do ogłuchnięcia
Wpatrzeć się do oślepnięcia
Wdyszeć się do beztchu w piersiach
Wmyśleć do unicestwienia
Ach, wykrwawić się - do Słońca!
Kochać aż do obrzydzenia

Rafał Wojaczek

Odchodzą opiekuńczy bogowie - Julia Hartwig

Giovanni Battista Piranesi - 1760
Odchodzą opiekuńczy bogowie

odchodzi posłaniec który cię strzegł
strzeż się takiej chwili
kiedy obawa cię ogarnie
i rozpoznasz przerażającą wieżę Babel
którą wyśnił Piranesi

Radości proste życie proste
dane nam były od zarania
więc skąd to samobójcze poczucie winy
które jak grzech pierworodny
jest nie do naprawienia

A może boimy się że same już słowa
popchną nas w przepaść
niech będą więc uczczone i pochwalone
te dni i te chwile kiedy jest tylko
śpiew i milczenie

Julia Hartwig

Marzę o mórz niebiosach... - Jean Moréas

***

Marzę o mórz niebiosach, kędy mgieł zachody,
O grozie pianą wzdętych oceanów gniewnych,
O rybaku na barce, o krabach wśród wody,
O Glauka, o Nerei ócz błękitach zwiewnych.

Marzę o wagabundzie, który szuka drogi,
O starcu, co na progu siadł swej chaty ciemnym,
O drwalu pochylonym pośród leśnych mogił,
O gwarze miast, o duszy, o trudzie bezsennym.

Jean Moréas
przełożył Piotr Korzuch

Polaroid, blaknący - Hans Magnus Enzensberger

Helena Lam
Polaroid, blaknący

Coraz rzadziej słychać dźwięk waltorni.
Również takie wyrażenia, jak wyrzeczenie,
rozkosz lub błogość
nie docierają już prawie do twoich uszu.
Rylec zaświadczenie spowiedzi lak do pieczęci -
zaginione zaginione.

Ówczesne kobiety
blakną powoli,
coraz to bledsze
w emulsji lat.

Że smutek staje się biały
i rozpływa się w bieli,
że zemsta traci kolory
i niknie żądza -
gdybyż tak tylko było,
o, piękna duszo!

Lecz przebolejesz
także zmęczenie,
także ból.

Hans Magnus Enzensberger
tłumaczył Ryszard Krynicki

Powietrze balsamiczne - Louis Aragon

Powietrze balsamiczne

Owoc mający piasku smak
Koń malowany jako strzała
Ptaki którym imienia brak
i miłość naga jednak trwała
Poddane jedynemu z praw
Ducha przemiany który naraz
z nienawistnego czasu lamp
Wychyla jasny szampan działa
śpiewają chwałę w słowach dwóch
O tajemnicy i o pięknie
śpiew ech lirycznych wraca znów
Na grób tysiącznym żalem jękiem
Gdzie w płatnym dole znalazł sen
Orfeusz mój Apollinaire

Louis Aragon
przełożył Zbigniew Stolarek

Tylko ty jedna… - Paul Éluard

Tylko ty jedna…

Tylko ty jedna i słyszę trawy twego śmiechu
Ty głowa twoja która cię porywa
I sponad niebezpieczeństw śmierci
Pod globami zamąconymi deszczem dolin
Pod ciężkim światłem pod niebem ziemskim
Rodzisz upadek.

Ptaki nie są już wystarczającym schronieniem
Ani lenistwo ani zmęczenie
Wspomnienie lasów i kruchych strumieni
O świcie kaprysów
O świcie widzialnych pieszczot
O bladym brzasku nieobecności upadek.

Błądzą czółna twoich oczu
W koronce zanikania
Otchłań odsłonięta jest innym do ugaszenia
Cienie które ty stwarzasz nie mają prawa do nocy.

Paul Éluard
przełożył Zbigniew Bieńkowski

Wymiany - Jules Supervielle

Wymiany

W cichej kałuży uśpionego świtu
Ptaszęta nocy gasiły pragnienie,
Aż padły wokół światłością zabite
Gdy księżyc wydał swe ostatnie tchnienie.
Flamingi brzasku, z porannego lęgu,
Wiją już gniazdo na promiennym drzewie
Wiążąc starannie jedwab widnokręgu
Ze swoich skrzydeł pozłocistym wiewem.

Jules Supervielle
przełożył Zbigniew Bieńkowski

Plamy w próżni - Hans Arp

Hans Arp - Ptolemy side - 1953
Plamy w próżni

2.
głowy umarłych
błyszczące jak słońca
biegną spragnione ku krynicy próżni
pogardzone przez chciwe kaczki
żarłoczne niemowlęta
i wszystkie et caetera
numerowane i podpisane przez autorów

8.
kres powietrza
i koniec świata
są krągłe jak balony
lecz podczas gdy koniec świata
siedzi wciąż na swym składanym krześle
kres powietrza skacze
z drzewa turniejów
do próżnej klatki
powiewającej w powietrzu

10.
łakome obłoki zagłębiają
swoje ryjki i ogony
w pachnących ranach
kwiatów z perukami miodu
przechadzają się po gadatliwej wodzie

Hans Arp
przełożył Zbigniew Bieńkowski

czwartek, 21 listopada 2013

Wieczorna rozmowa - Maria Pawlikowska- Jasnorzewska

Wieczorna rozmowa

Mówmy o cichym lesie, gdzie mgła srebrną webą
Plącze się wśród gałęzi. Nie mówmy o gwiazdach!
Zbyt wiele słyszeliśmy o piękności niebios,
Zbyt wiele słyszeliśmy o wiecznej harmonii...

Myśl o zbrodniarce ziemi, pośród słońc i planet
Biegnącej obłąkanie w wieńcu swym cierniowym,
Wieńcu z drutów kolczastych, a więc – zasłużonym!
Każe nam zwątpić o niej i nie tylko o niej:
O świecie gwiazd, wraz z całym ładem ich i planem.

O lasach chcę angielskich pogadać, o elfach –
O sennej, modrej sannie bluebells wzdłuż parowu...

Odsuńmy choć na chwilę nasz rok, naszą erę,
I mówmy – nie o wojnie, lecz i nie o gwiazdach!

Są jeszcze drzewa we mgle; wielkie wronie gniazda
I krzaczaste jemioły, pełne siwych pereł...

Maria Pawlikowska- Jasnorzewska

Dodźwięki - Joseph von Eichendorff

Dodźwięki

Łagodnych dni jesieni!
Jak fantastyczny szlak
Państwo się twoje mieni,
Tak barwne, blade tak!

Tak puste łąki, gaje,
Bez ludzi, zjęte snem!
Ledwie je odpoznaję
W osamotnieniu tem.

Przedziwne takie cieką
Pieśni z twych bladych ust,
Jest mi, jakby się lekko
Głąb otwierała bruzd,

Jakbym już leżał w ziemi,
Twój śpiew potężniał, rósł,
l liśćmi mię złotemi
Gaj zasypywał brzóz.

Joseph von Eichendorff
przeł. Zenon Przesmycki

Gwałcąc nagle tych dżdżystych dni żałobne zwoje - Jean Moréas

* * *

Gwałcąc nagle tych dżdżystych dni żałobne zwoje,
Na ogromne kasztany w ostatniej zieleni
Na wodę, na klomb późny i na oczy moje
Zlewasz twą bladą słodycz, o słońce jesieni!

Czego chcesz od nas, słońce?
kwiat niech zwiędnie lepiej,
Listowie niechaj zgnije i z wiatrem pożenie
Wodom daj się zamroczyć. Mnie ostaw cierpienie,
Które żywi myśl moją i mą duszę krzepi.

Jean Moréas
przeł. Bronisława Ostrowska

wtorek, 19 listopada 2013

Cascando - Samuel Beckett

Cascando

1
czemu nie rozpacz tylko
okazja do
przelewania słów

czy nie lepiej poronić niż być bezpłodnym

z ołowiu są godziny po twoim odejściu
zawsze za wcześnie zaczynają się dłużyć
czerpak na ślepo grzebie w łożysku niedosytu
wyciąga na wierzch szczątki dawnych miłości
otwory wypełnione kiedyś oczami jak twoje
wszystko zawsze tylko czy lepiej za wcześnie niż nigdy
twarze ochlapane czernią niedosytu
znowu mówię dziewięć dni nie wystarczy by wypłynęły martwe miłości
ani dziewięć miesięcy
ani dziewięć żywotów

2
znowu mówię
jeżeli mnie nie nauczysz nie nauczę się
znowu mówię jest przecież ostatni
nawet z ostatnich razów
kiedy ostatni raz się błaga
ostatni raz kocha
wie nie wie udaje
nawet po raz ostatni ostatni raz mówi
jeżeli mnie nie kochasz nikt nie będzie mnie kochał
jeżeli cię nie kocham nigdy nie będę kochał
maselnica stęchłych słów w sercu znowu
miłość miłość miłość wali stare klepadło
ubija wciąż tę samą
serwatkę słów
znowu przerażony
że nie będę już kochał
że będę kochał ale nie ciebie
że ktoś będzie mnie kochał ale nie ty
że będę wiedział nie wiedział udawał
udawał

ja i wszyscy ci którzy będą cię kochać
jeżeli będą cię kochać

3
chyba że będą cię kochać

Samuel Beckett
przełożył Marek Kędzierski

No właśnie co - Samuel Beckett

no właśnie co

obłęd to wszystko co się widzi -
to -
no właśnie co -
no to -
to tutaj

to wszystko tutaj -
obłęd to wszystko co dane -
co się widzi -
obłęd to wszystko co się tutaj widzi -
by w ogóle -
no właśnie co -
widzieć -
ledwo widzieć -
- łudzić się że ledwo się widzi -

- obłęd by w ogóle chcieć się łudzić że
ledwo się widzi -

Samuel Beckett
przełożył Antoni Libera

Wzlot - Samuel Beckett

Wzlot

przez cienkie przepierzenie
tego dnia kiedy dziecko
na swój sposób marnotrawne
wróciło do rodziny

słyszę głos
jest poruszona komentuje
puchar świata w futbolu

zbyt młoda

równocześnie przez otwarte okno
w powietrzu
głuchy szum wiernych wyznawców

jej krew trysnęła obficie
na prześcieradła na bukiet groszków na jej gacha
który swymi ohydnymi palcami zamknął powieki
jej wielkich zdumionych zielonych oczu

snuje się lekka
po moim powietrznym grobie

Samuel Beckett
przełożyła Julia Hartwig

Ooftish - Samuel Beckett

Ooftish

no już dawaj wyłóż co masz na stół
Golgota była tylko na przynętę
rak angina dla nas wszystko jedno
wykrztuś swoją tuberkulozę nie bądź sknerą
liczy się każdy drobiazg choćby i skrzep
coś wenerycznego szczególnie mile widziane
i ta stara toga w naftalinie
bez sentymentów już w niczym ci się nie przyda
wyślij nam wrzucimy do garnka z całą resztą
twoją miłością tą odwzajemnioną i nie
wszystko co przedwcześnie i poniewczasie
boleść w duchu w kroku byka
nie wyleczysz tego nie przetrzymasz
to ty cały ty skończony głupek będzie się litował
więc wpakuj to wszystko do worka i nam poślij
całą nędzę rozpoznaną nie rozpoznaną źle rozpoznaną
namów przyjaciół niech też się zrzucą przyda się nam
sensem zajmiemy się sami wrzucimy wszystko do garnka
wygotuje się aż do krwi baranka

Samuel Beckett
przełożył Marek Kędzierski