.

.

piątek, 4 września 2015

We wnętrzu góry trwa... - Osip Mandelsztam

***

We wnętrzu góry trwa bezczynne bóstwo
Pośród komnat bezbrzeżnych, bacznych i szczęśliwych,
A z szyi spływa naszyjników tłustość,
Chroniąca snu przypływy i odpływy.

Kiedy był małym chłopcem i bawił się pawiem,
Indyjską tęczą go karmili,
I mlekiem go pojono z gliny różowawej,
I nie szczędzono koszenili.

Uśpionej kości węzeł zawiązany,
Uczłowieczone kolana i dłonie -
On szerokimi uśmiecha się ustami,
On myśli kością i czuje przez skronie,
I próżno chce swą ludzką twarz sobie przypomnieć.

Osip Mandelsztam
przełożył Seweryn Pollak

Zmrok - Fiodor Tiutczew

Van Gogh - Country road in Provence by night - 1910
Zmrok

Cienie siwe się rozpierzchły,
Barwy, dźwięki wieczór starł,
Ruch i życie płynnie przeszły
W chwiejny zmrok, w daleki gwar.
Niewidzialny lot motyla
pośród nocy słychać blisko.
Niewysłownych tęsknot chwila!
Ja we wszystkim. We mnie wszystko.

Zmroku cichy, zmroku senny,
Lej się w duszy mojej głąb.
Wonny, ciemny i niezmienny —
W cieniach, w ciszy wszystko skąp.
Czucia — mgłami zapomnienia
Ponapełniaj aż do wierzchu!
Daj mi zaznać zatracenia,
Zmieszaj z sennym światem zmierzchu!

Fiodor Tiutczew
przełożył Julian Tuwim

Oto jak zmieniłem się w psa - Włodzimierz Majakowski

Oto jak zmieniłem się w psa

Nie, to stanowczo nie do zniesienia!
Złość mnie pokąsała od stóp do głowy.
Taka wściekłość nie dla człowieka:
jak pies wyłysiały łeb księżycowy
wziąłbym
i cały obszczekał.

Chyba to nerwy...
Wyjdę, pochodzę.
I na ulicy nie uspokoję się, gdzie tam!
O dobrym wieczorze słyszę, nie wiem czemu.
Trzeba odpowiedzieć:
znajoma kobieta.
Chciałbym.
Nie mogę -
nie umiem po człowieczemu.

Cóż to, do licha!
Może to sen?
Obmacałem siebie:
wszystko na miejscu - twarz i kark,
jestem taki sam, jak zwykle.
Musnąłem wargi,
a tu spod warg -
kieł mi się wykluł.

Zasłaniam się chustką udając, że siąkam.
Podwojonym krokiem biegnę po ulicach.
Posterunek okrążam z trwogą,
nagle mnie ogłusza:
"Policja!
Ogon!"

Powiodłem ręką i osłupiałem.
To już
nie jakieś kły u wargi,
ale jaśniejsze nad wszystko:
wywinęło się w biegu
spod marynarki
i merda z tyłu
psie ogonisko.

Co teraz?
Jeden zawrzeszczał tłum przerażając.
Po drugim trzeci ocknął się nagle.
Stratowali staruszkę.
Ta się żegnając
coś tam krzyczała o diable.

I kiedy zjeżywszy na twarzy miotlaste kłaki
tłum się ogromny,
rozwścieczony
pchał,
przypadłem na czworaki
i zaszczekałem:
Hau! Hau! Hau!

Włodzimierz Majakowski
przełożył Adam Ważyk

Do Rosji - Włodzimierz Majakowski

Linda Bergkvist
Do Rosji

Oto idę niby struś-dziwo,
strof i rymów piórami się mienię.
Głupi, głowę próżno ukrywam
w dźwięczne wbiwszy ją upierzenie.

Nie twój jestem, śniegowy koszmarze.
Głębiej,
duszo, w pióra się spowij!
I ojczyzna się inną okaże -
wypalone
dni południowe.

Wyspa skwaru.
W palmowej donicy.
"Precz mi z drogi!"
Fantazję łamią.
I do innej
oazy-krynicy
znaczę ślady minut piaskami.

"Gryzie?" -
jedni
z lękiem pytają.
Inni z niskim pochlebstwem gną się.
"Mamo,
mamusiu,
czy on znosi jaja?"
"Nie wiem, dziecko,
może i znosi."

Piętra rżą.
Gapią się oknami.
Jak woda bije chłodów fala.
Ja, obmacany dymami i palcami,
przez lata się przewalam.
No cóż, zwal mnie obmierzłym chwytem.
Brzytwą wiatru ogol mi pióra.
Niech sczeznę,
dziwo niesamowite,
w rozpasanych grudni wichurach.

Włodzimierz Majakowski
przełożył Seweryn Pollak

czwartek, 3 września 2015

List z fiołkiem - Konstanty Ildefons Gałczyński

List z fiołkiem

Obywatelu Redaktorze!
Poezja to jest złoty szerszeń,
co kąsa, więc się pisze wiersze -
cóż, człowiek pisze tak, jak może,
Obywatelu Redaktorze.

Jesień jest na Krakowie dzisiaj
i tyle kwiatów! tyle brzoskwiń!
Wiaterek dmucha, słonko skrzy się,
więc chodzę śliczny i beztroski -
cóż, człowiek chodzi tak, jak może,
Obywatelu Redaktorze.

Czy mam zmartwienia? Tak, czasami,
niewielkie, tak jak w niebie gwiazdy,
właściwie jedno (między nami),
że życie ukochałem nazbyt -
cóż, człowiek kocha tak, jak może,
Obywatelu Redaktorze.

Więc kiedy przyjdzie dzień przeklęty,
że śmierć utopi w czarnym winie
wszystkie muzyczne instrumenty,
kwiaty i wiersze, i brzoskwinie,
to przykro, lecz cóż płacz pomoże,
Obywatelu Redaktorze.

A jednak żal. Odejść niełatwo.
Tak. Kończę wiersz ten ze łzą w oku,
lecz może, dzięki mym kontaktom,
będę aniołkiem na obłoku?
Cóż, człowiek fruwa tak, jak może,
Obywatelu Redaktorze.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Lekcja ciszy - Tymoteusz Karpowicz

Lekcja ciszy

Gdy motyl
Zbyt gwałtownie
Czasem złożył skrzydła -
Wołano: proszę o spokój!

Zaledwie piórko
Spłoszonego ptaka
Trąciło o promień -
Wołano: proszę o ciszę!

Tak nauczono
Bezszelestnie chodzić
Słonia po bębnie,
Człowieka po ziemi.

Wstawały drzewa
Bez szumu nad polem
Tak jak powstają
Włosy z przerażenia.

Tymoteusz Karpowicz

Poruszamy się... - Tadeusz Różewicz

***

Poruszamy się
poruszamy się prędzej
śpieszymy
coraz szybciej
i szybciej
krążymy
dokoła
lecz nie ma środka
jest wiele domów które stoją
ale nie ma środka
jest wiele dróg które biegną
ale nie biegną do środka

Tadeusz Różewicz

Rodowód - Jerzy Harasymowicz

fot. Paweł Królikowski (za wp.pl) Jerzy Harasymowicz w Bieszczadach
Rodowód

Po pradziadach mam

Po babce Niemce
trąby skłonności dęte
gramatyczne rymy

Po dziadku Rusinie
ikony w kadzideł w dymie
zdolności diaka skryby

Po matce Tatarce
nieokiełzaność życia
świst uczuć
sumienie czarne

Jestem stołem
zapisanym już dawniej

Jerzy Harasymowicz

Nasz komputer - Ewa Lipska


Nasz komputer

Nasz komputer
leży między nami.

Sformatowani w sam raz
na naszą szybką miłość
otwieramy dialogowe okno.
Deseń deszczu na szybach
z galerii Clip Art.

Wracają domyślne usta.
Ikona oddechu.

Scaleni jeszcze raz i jeszcze raz
autoryzujemy siebie nad ranem
kiedy listonosz wrzuca nam do skrzynki
wschód świeżej moreli.

Ewa Lipska

Co nam pisane... - Urszula Kozioł

* * *

Co nam pisane, nigdzie zapisane nie jest.
Zbyt nagle się to dzieje i nieprzewidzianie.
Skalkulowani w masę dobrze obrachowani
sprawdzamy się w statystyce cyfrą nie twarzami.

Pali się papierosa je się śpi się pije
wita się żegna kocha przybywa na wadze
ubywa komu zgony katastrofa sława
drzwi bez klamek kto katem dziś jutro co komu.

Przygotowano zamach i gotowa cela
tortur komora druty bomba szwank na honorze
błąkają się pociski zwiększona wywrotność
pojazdów rośnie ilość samochodów spadek
pożar lub zatonięcie powódź ocalenie
wygrana wynalazek nagła krew zaraza -

w przewidzianym wykresie jutro wypadkowa
statystycznie się sprawdza cyfrą nie twarzami.

W bezsenną noc się zmawia możliwości. Rejestr
cudzych niedawnych nieszczęść. Doświadcza się pamięć.

Lecz co nam jest pisane, nigdzie zapisane
nie jest.
                     To nas zastaje nie przygotowanych.

Urszula Kozioł

środa, 2 września 2015

Przed Notre Dame po latach - Julian Przyboś

fot. Sanchez (za Wikipedią)
Przed Notre Dame po latach

Patrzę – nie widzę, staram się przypomnieć:
Milion złożonych do modlitwy palców
rozplata się naraz
i przestrzeń ich wzlatuje w wyświeconą próżnię?
To tu rozpacz jest nowa,
a nadzieja stara?

Stoję oto na placu,
jak na płycie po mnie,
bez słowa,
dwadzieścia lat później.

Poróżniony ze sobą, z dawnym światem, który
(...jak przepaść odrzucona ostrołukiem w górę!...)
przerażał i zachwycał,
skłaniam oczy od chimer ku listkom na krzewach
i łagodnie przymierzam
kwiaton kwiatu i rozecie różę.

Na iluminowanych wieżach
jak na fletniach wyjętych z syringi księżyca
przebierając światłami po otworach nocy
gra Ville-Lumière i śpiewa.

A ja teraz – czemu
z lotu żywych kamieni, jak wówczas, nie wróżę?
Ciemnego wnętrza głazów krzykiem nie otwieram
strzeliście?
Bitwy o szczyt nie zaczynam?

Ja – po norwidowemu –
to, co wtedy dojrzałem, odejrzałem teraz.
I wiem
tkliwie,
czegom siłą nie dociekł.

Patrzę: Ze skweru chłopiec i dziewczyna
umajona liściem
biegną lżejsi po pieszczocie.

Julian Przyboś

Widzę i milczę - Tadeusz Kubiak


Widzę i milczę

Ani mi się śni. Opowiadać piękno
modrzewi w ostach igieł pulsujących słońcem.
Jeśli - to pisać, jesienne i lśniące,
piórem synogarlicy,
nie toporną ręką.

Nic mi języka nie rozwiąże - w miejscu
bezbożnie modlitewnym, gdzie stąpnąłem nogą.

Widzieć i milczeć. I dalej iść drogą,
iść lasom z oczu,
z modrzewiem na sercu.

Tadeusz Kubiak

Nietota. Księga tajemna Tatr (fragment) - Tadeusz Miciński


Nietota. Księga tajemna Tatr
(fragment)

Migocą złote pomarańcze
w odludnym czarnym salonie -
Ty upiór - rządzisz na tronie -
z miesiącem wchodzę ja - i tańczę.

Splecione kobry nad róż misą
nurzają jady w kryształ czarek -
wśród maurytańskich kolumn Wareg
mieczem wskazuje tam gdzie lwy są.

Miłosne krwawe pomarańcze
w letargu śniącej czarnej Diany -
o jęku, tylko raz słyszany!
------

Z miesiącem wszedłem tu i tańczę.

Tadeusz Miciński

Jesień to gwiazdy... - Krzysztof Kamil Baczyński

Jesień to gwiazdy...

Jesień to gwiazdy lecące z drzew.
Liście jak węże syczą.
Przewożą arki na drugi brzeg
głowy obciętych księżyców.
Ciągną kondukty przez zgasły czas
- spróchniałe ichtiozaury.
Jak wieko spada nieba trzask
na biały wzrok umarłych.
A on do stołu przykuty snem
kamiennym jak klosz urny,
widzi lodowce porosłe mchem
i myś1i, że to trumny.

Krzysztof Kamil Baczyński

Zostaną po nas - Krzysztof Andrzej Jeżewski

Zdzisław Beksiński

Zostaną po nas

Zostaną po nas puste katedry
gdzie będzie hulał wiatr
wzniecając kłęby piasku
Zostanie po nas ten kamienny śpiew
ta skalista oda
ciśnięta żarem modlitwy
w pustkę niebios

Zostanie po nas ten kryształ ducha
ten akt strzelisty
który chciał przebić się
przez śmierć i popiół...

Krzysztof Andrzej Jeżewski

Do Zygmunta Krasińskiego w Opinogórze - Krzysztof Andrzej Jeżewski

Ary Scheffer - Portret Zygmunta Krasińskiego - ok. 1850

Do Zygmunta Krasińskiego w Opinogórze

Na czterech kolumnach
wspiera się nasz świat,
kwadrat magiczny:
Bóg, rozum, miłość, śmierć,
Ogień, woda, ziemia, powietrze.
Wiedziałeś o tym.
Obal jedną z nich - mówiłeś –
a wszystko runie.
Bo czym świat bez Boga?
Pustynia bez sensu.
A bez rozumu?
Koń oszalały w pędzie ku przepaści.
A bez miłości?
Góra lodowa.
A bez śmierci?
Jak brama niebios na zawsze
zamknięta.

Krzysztof Andrzej Jeżewski

Ogłoszenie - Władysław Sebyła

George Grosz, Pillars of Society, 1926
Ogłoszenie

Obywatele!
Szczurów na świecie za wiele.
W biały dzień wyłażą ze śmietników,
I ośmielają się swój pisk
Podnosić do godności człowieczego krzyku.
Zamknąć im pysk!
Wczoraj na teatralnym placu zarżnęły koguta.
(Taka ich buta).
Wszędzie szczury.
Ubrały się w mundury,
Sutanny i fraki,
A i w purpurze chodzi jaki taki.
Gryzą i niszczą wszystko, co im pod pysk wpadnie.
Na nic pułapki, zapadnie.
Żrą trawę na łąkach jak woły,
Kupy trocin zostawiają z lasów:
Niezadługo glob ziemski będzie taki goły
Jak zadki dwuletnich bobasów.
Najwyższe góry, sięgające nieba,
Gryzą, jak bochny chleba.
Kurzem żelaznej rudy opylone pyski
Nurzają w nafty wytryski.
A niech je ogarnie pragnienie:
Żegnajcie źródła, potoki, strumienie!
Wszystko wychłepcą po troszku.
Wypiją ocean gorzki
I morza zielone od burzy.
Potem i błoto z kałuży.
A kiedy suche będą morza, rzeki i potoki,
Wpiją drobne siekacze w obłoki,
Zanurzą zęby w zachodzące zorze,
I z pysków wąsatych
Wyschły ocean i morze
Zakapią krwi słonecznej purpurowe kwiaty!

Władysław Sebyła

wtorek, 1 września 2015

Pozostała mi jedna zabawa (2-gi przekład) - Sergiusz Jesienin


***

Pozostała mi jedna zabawa:
Mój gwizd wesoły na palcach!
Potoczyła się marna sława
Awanturnika i zuchwalca.

Ach, jak śmieszną stratę przeżyłem!
Ma się w życiu śmieszne straty nieraz.
Wstydzę się, że w Boga wierzyłem.
Gorzko mi, że nie wierzę teraz.

Szczerozłote i dalekie dale!
Wszystko trawią zgniłe dni trumienne.
Po tom szukał zwady i skandalu,
By jaśniejszym palić się płomieniem.

Rzecz poety - i wzruszać, i ranić,
Przeznaczony mu ten los wyroczny.
Białą różę i ropuchę czarną
Na tej ziemi pragnąłem połączyć.

Niech nie gasną, niechby nie ostygły
Te różowych sezonów zapały.
Jeśli czarty w duszy się gnieździły,
To anioły także w niej mieszkały.

I dlatego mój gwizd nieżałobny,
Gdy się w inną przenoszę krainę;
Ja w godzinie ostatniej pragnąłbym
Tych uprosić, którzy będą przy mnie -

By za wszystko, za przewiny ważkie,
Za niewiarę, duszę niezbawioną,
Pozwolili mi w chłopskiej rubaszce
Umierać pod ruską ikoną.

Sergiusz Jesienin
przełożył Artur Międzyrzecki

Na początku jest słowo - Tadeusz Różewicz

Wojciech Siudmak - Kamienna piana

***

na początku
jest słowo
wielka radość tworzenia

po końcu wiersza
zaczyna się
nieskończoność

wsłuchaj się

ona przemienia się
dla ułaskawionych
w Boga

ale przed poetą
otwiera się przepaść

po latach
zostanie odgrzebany
oczyszczony z błota
pyłu ziemi

kamień z nieba
wyzuty z ognia
meteor

Tadeusz Różewicz