Jedni i drudzy - Adam Asnyk

Jedni i drudzy

Są jedni, którzy wiecznie za czymś gonią,
Za jakąś marą szczęścia nadpowietrzną,
W próżnej gonitwie siły swoje trwonią,

Lecz żyją walką serdeczną.

I całą kolej złudzeń i zawodów
Przechodzą razem z rozkoszą i trwogą,
I wszystkie kwiaty zrywają z ogrodów,

I depczą pod swoją nogą.

Są inni, którzy płyną bez oporu
Na fali życia unoszeni w ciemność,
Niby spokojni i zimni z pozoru,

Bo widzą walki daremność.

Zrzekli się cierpień i szczęścia się zrzekli,
Zgadując zdradę w każdym losu darze,
Przed swoim sercem jednak nie uciekli,

I własne serce ich karze!

Gdy się spotkają gdzie w ostatniej chwili
Jedni i drudzy przy otwartym grobie,
Żałują, czemu inaczej nie żyli,

Wzajemnie zazdroszczą sobie.

Adam Asnyk

Nadzieja - Jerzy Harasymowicz

Graham Gercken
Nadzieja

Wierzę że buczyna
do której brnąłem po kolana w liściach
do której serce przylgnęło jak huba
która była mi
szumiącą dobrym słowem
matką

Wierzę
że ta buczyna
wstawi się kiedyś
za mną

Jerzy Harasymowicz

Mgła - Ludmiła Marjańska

fot. Encrenaz
Mgła

Niezręczny anioł wylał z konwi mleko.
Zniknęła zatopiona ziemia.
Widzący ślepną.
Białe laski tracą kontury.
Barierę mostu przebija samochód
i spada w rzekę,
zamienioną w mleko.
Przetrzyj niebo -
mówi rozgniewany Pan Bóg. -
Trzeba mieć do was anielską cierpliwość.
Skarcony anioł potknął się o skrzydła,
spadł w mleczne morze
i stał się człowiekiem.

Ludmiła Marjańska

Szwaczka - Zbigniew Herbert

Szwaczka

Od rana pada deszcz. Będzie pogrzeb tej z naprzeciwka Szwaczki.
Marzyła o ślubnym pierścionku, a umarła z naparstkiem na palcu.
Wszyscy się z tego śmieją. Poczciwy deszcz ceruje niebo z ziemią.
Ale z tego też nic nie będzie.

Zbigniew Herbert

Rapsodia wietrznej nocy - Thomas Stearns Eliot

Rapsodia wietrznej nocy

Dwunasta.
Tam, dokąd sięga ulica
Ujęta w księżycową syntezę,
Szeptane zaklęcia księżyca
Rozpuszczają podłoża pamięci,
Wszystkie jej jasne skojarzenia,
Sformułowania i rozróżnienia,
Każda latarnia, którą mijam,
Bije jak bęben przeznaczenia
I przez obszary mroków
Północ potrząsa pamięcią,
Jak szaleniec potrząsa uschniętym geranium.

Pół do drugiej,
Latarnia parska,
Latarnia mamrota,
Latarnia mówi: Patrz na tę kobietę,
Co waha się ku tobie w świetle bramy
Rozwartej nad nią jak szyderstwo.
Widzisz obrąbek jej sukni,
Postrzępiony, zachlapany błotem.
I widzisz jej skośne spojrzenie,
Pokrętne jak haczyk.

Pamięć sucho wyrzuca
Mnóstwo splątanych rzeczy;
Na brzegu gałąź splątana,.
Objedzona do gładka, błyszcząca,
Jak gdyby świat osłaniał
Tajemnicę swojego szkieletu,
Sztywną i białą.
Rozkwitająca wiosna na podwórcach fabryk,
Rdza uczepiona kształtów z sił opadłych,
Jędrna, skulona, gotowa do kłapnięcia kłami.

Pół do trzeciej,
Latarnia mówi:
Spójrz na kota, co przylgnął do ścieku,
Wysuwa język
I pożera kawałek zjełczałego masła.
Tak ręka dziecka machinalnie
Chwyta zabawkę toczącą się bulwarem.
Nic nie mogłem zobaczyć za oczyma dziecka.
Widziałem oczy na ulicy
Usiłujące zajrzeć w szpary okiennicy
I pewnego popołudnia kraba widziałem w stawie,
Starego kraba z pancerzem na grzbiecie,
Co chwytał koniec kija, który mu podałem.

Pół do czwartej,
Lampa parska,
Lampa mamrota w ciemności,
Lampa mruczy:
Spójrz na księżyc,
La lune ne garde aucune rancurie,
Mruga wątłym okiem,
Uśmiecha się do zakamarków,
Gładzi włosy traw.
Księżyc utracił pamięć,
Ospa mu twarz przeorała,
Jego ręka skręca papierową różę
Pachnącą kurzem i wodą kolońską,
Jest sam
Ze starą nocną wonią,
Która mu się wciąż wraża i wraża do mózgu.
Wraca wspomnienie
Suchych badyli bezsłonecznego geranium
I kurzu w szczelinach bruku,
Zapachu ulicznych kasztanów,
I zapachu kobiety w pokoju za storą,
I papierosów w korytarzach
I alkoholu w barach.

Lampa mówi:
Czwarta, tutaj jest numer na bramie
Pamięci!
Ty masz klucz,
Lampa roztacza krąg światła na schodach.
W górę.
Łóżko posłane: szczotka do zębów wisi na ścianie,
Połóż buciki pod drzwiami, śpij, przygotuj się do życia.

Ostatni skręt noża.

Thomas Stearns Eliot
tłum. Władysław Dulęba

Muza erotyku - Stanisław Swen Czachorowski

Henry Matisse
Muza erotyku

branko mych ramion biała w nagiej korze
znak twojej mocy moich warg koranem
chylę się tobie niespełnionym dzbanem
spełń moje gliny w spełnienia jeziorze

struno dźwięcząca męskich jarów orzech
noc między nami strąciła cyklamen
i towarzyszy koronkowym pianem
łzie zatrzaśniętej w ognistej komorze

nimfo ze złotych ogrodów hesperyd
nawo miłosna tobie zachwyt szczery
za kształt i kunszta w miłosnym duecie

po strunach róży słowikiem sczesana
bądź pozdrowiona kapłanko różana
w anadiomeńskich gołębic sonecie

Stanisław Swen Czachorowski

Jesień - Jarosław Iwaszkiewicz


Jesień

Gdy blask żółtawy liści i niebieska woda
Niebiosom oraz chmurom ich odbicie poda,
I ujrzysz na zmurszałych schodach bladą pleśń,
Powiedz prządce-kochance: Maryniu - to jesień.

A jeśli cię zaduma, poeto, poima,
I ujrzysz czarne wieńce, i że lir już nie ma -
Pamiętaj, uśmiechnięte miej zawsze oblicze
(Zmarszczek w zmroku jesiennym ukrytych nie liczę).

Bo gdy ta, którą kochasz - i może na wieki -
Niepokój wzlatujący ujrzy spod powieki -
Pod ciemne rzęsy świata prawdę skryj głęboko,
Że jesteś snem przykryte, mdłe nicości oko.

Jarosław Iwaszkiewicz

L'émigrant de Landor Road - Guillaume Apollinaire

L'émigrant de Landor Road

Wszedł z kapeluszem w ręku do modnego krawca
Który samego króla był nawet dostawcą
Ten kupiec właśnie odciął głowy manekinom
Co w najnowszych ubraniach stały za witryną

Tłum we wszystkie się strony po ulicach kłębił
Łącząc plącząc po ziemi bezmiłosne cienie
I ręce czasem w górę w nieb jeziorne lśnienie
Wzlatywały jak pary srebrzystych gołębi

Mój okręt jutro będzie pruł fale wysokie
Ku lądom Ameryki skąd nie wrócę więcej
By wśród drogich mi ulic włóczyć cień bezoki
Z worem zdobytych w preriach lirycznych pieniędzy

Bo dobry dla żołnierza jest powrót z Bombaju
Wszystkie złote ordery sprzedałem giełdziarzom
I modnie wystrojony chciałbym spać pod strażą
Drzew pełnych małp i papug gdzieś w zamorskim kraju

Już manekin dla niego zdejmuje ubranie
Już przymierza je na nim i z kurzu wyciera
Zmarły lord je zamówił nie zapłacił za nie
I ze zniżką ubrano go jak milionera

                   A lata za witryną
                   Patrzyły na wystawę
                   Na biedne manekiny
                   I dalej szły niemrawe

Wtrącone w roku bieg ach były dni to wdowie
Piątki zbroczone krwią wlokące się bez siły
Pogrzeby białych czarnych pod złych chmur ołowiem
Kiedy gacha swojego diablica obiła

Potem w porcie jesiennym gdzie wiatr liśćmi kręcił
Gdy tłumu ręce również liśćmi zdały mu się
Postawił swą walizkę na jakimś okręcie
                   I usiadł

Oceaniczny wicher groźby nad nim jęczał
Kładąc na włosach jego pocałunki słone
Wychodźcy na pokładzie płakali na klęczkach
I z łzami wyciągali ręce w portu stronę

Długo patrzył na ziemię konającą w dali
Zabawkowe okręty drżały pod chmur cieniem
Mały bukiet rzucony przez kogoś na fali
Kołysząc się okrywał morze w krąg kwitnieniem

On by chciał ten bukiecik wieźć z sobą jak chwałę
Na innych mórz roztocza gdzie gonią delfiny
                  I w pamięci wciąż myśli mu tkały
                  Uporczywie wzorzystą tkaninę
                  Przeszłości jego całej

                  Lecz by utopić te myśli zdradzieckie
Owe prządki co wątki swe tkały boleśnie
Zaślubił morze jak doża wenecki
Przy syren niezamężnych uwodzącej pieśni

Ach puchnij w noc o morze złych rekinów stado
Do świtu czatowało na swój krwawy połów
Na trupy dni przez gwiazdy pogryzione blade
Wśród szumu fal i szeptu pożegnalnych modłów

Guillaume Apollinaire
przełożył Kazimierz Andrzej Jaworski

To czego nam potrzeba - Julia Hartwig

***

To czego nam potrzeba
to jasność widoku

życie ile potrafisz
oczyszczone z mułu
i to pragnienie jakże naturalne
by zajrzeć głębiej niźli rzeczy płyną
stanąć przeciw nieszczęściu
aż się w śmiech obróci
dlatego nie chcę smutków co nie nowe
nie chcę już smutków nie

Julia Hartwig

Teologia - Krzysztof Kamil Baczyński

Bóg Stworzyciel - Michał Anioł
Teologia

To ty ciosami piorunów huczałeś
w kowadła zdrętwiałych źrenic,
że czaszki dla lęku były za małe,
a serca za wielkie dla ziemi.

To ty ciskałeś z dłoni jak orkan
kule ogniste na krągły strop,
a w drogi ludzkie sny i ruiny
dymiące jak twój świeży trop.

I zastygałeś w pogromów zgiełk
pośród wędrówek głuchych pokoleń,
aż osaczony lufami szkieł
stanąłeś kroplą wody na stole.

Czymże ty jesteś, gdy w świetle przygasł
ogień zodiaków sypanych z góry,
a natarczywy ciągle napływasz
w szkiełka – tętniącym jądrem komórek?

Krzysztof Kamil Baczyński

Kto wskaże mi cel jeśli nie ma celu - Kazimierz Ratoń

Ivan Hoo
***

Kto wskaże mi cel jeśli nie ma celu
Kto wie coś o nim i podąża ku niemu
niech stanie przy mnie i wzniesie dłonie
Niech ześle nad moja głowę aureolę słońca
Ten kto to uczyni zostanie świętym
Bóg jest moim krewnym

Kazimierz Ratoń

Świat sen - Krzysztof Kamil Baczyński

Jerry LoFaro
Świat sen

Smutny, jaki smutny człowiek uśpiony w zdarzeniach,
w zdarzeniach prawdziwych.
Jakbyś kreślił kółko na piasku, a w dębów cienie
jak w rzeczywiste zamki kolorowe powprawiał szyby.

Tak sobie nieroztropnie – niby przypominasz
dziecięce twierdze z piasku.
Uwierzyć łatwo: żyjesz tam,
a teraz śnisz tylko
oślepiający sen piorunów, krzywdy i blasku.

Jakże spokojnie,
                                 choć upłynął dwudziesty rok,
nie wierzyć w rzeki ognia, przez wiatr unoszonych ludzi,
tonąc po brzegi spojrzenia w rzeczywistość.

Ale ja się obudzę, ale ja się obudzę.

Krzysztof Kamil Baczyński

Żyjemy na dnie ciała - Krzysztof Kamil Baczyński

Hannah-Yata

* * *

Żyjemy na dnie ciała. Na samym dnie grozy.
Rzeźbi nas głód cierpliwy i tną białe mrozy.
U okien przystajemy. Noc za oknem czeka
i śmierć się jeży cicho, gdy czuje człowieka.

I topniejemy z wolna. Nie patrzmy sobie w oczy
na drugi dzień. Znów człowiek utopił się w nocy.
To nie jest smutek wiary. To serca tak siwieją
i stygną coraz, stygną, z miłością i z nadzieją.

Wiemy tylko. To wiemy: w ostatnim śnie cierpienia
jest dom rzeźbiony w słońcu, a pod nim ciepła ziemia,
i tam strumieniem jasnym jak przezroczystym mieczem
odbici – rozpoznamy twarze ciągle człowiecze.

Krzysztof Kamil Baczyński

Ozymandias - Percy Bysshe Shelley

Ozymandias

Podróżnik, wracający z starożytnej ziemi,
Rzekł do mnie: "Nóg olbrzymich z głazu dwoje sterczy
Wśród puszczy bez tułowia. W pobliżu za niemi
Tonie w piasku strzaskana twarz. Jej wzrok szyderczy,
Zacięte usta, wyraz zimnego rozkazu
Świadczą, iż rzeźbiarz dobrze na tej bryle głazu
Odtworzył skryte żądze, co, choć w poniewierce
Przetrwały rękę mistrza i mocarza serce.
A na podstawie napis dochował się cało:
"Ja jestem Ozymandias, król królów. Mocarze!
Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą
Gińcie z rozpaczy!" Więcej nic już nie zostało
Gdzie stąpić, gruz bezkształtny oczom się ukaże
I piaski bielejące w pustyni obszarze."

Percy Bysshe Shelley
tłumaczenie Adama Asnyka

Magia mej duszy... - Tadeusz Miciński

* * *

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła
z zarzewia komet czy z mroku przepaści -
przyjdź - ustroimy w lotus nasze czoła
i gibkie ciała nasze nard namaści.

Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,
jak prześwietlone senne kłosy.
Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,
w których się pławi czarna sykomora.
A Twoje usta, pachnące jak róże -
chłodne - jak płomień zaklęty w marmurze.
W ogrodach piersi kwitnące jabłonie,
jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie.
Biodra toczone ze słoniowej kości,
jako indyjska świątynia miłości.

O przyjdź - na liściach zwiędłych piszę
ten sen mój obłąkany -
rzucam je w strumień łez moich wezbrany -
niechaj w anielskie odpłyną zacisze - -

Ale mi włócznią swą miedzianą
potrząsasz - i groźna jak mrok -
rozdzierasz serce moje -
czarną pianą
dysze mi toń - ja pieczar tych smok -
weź moje skarby i Twe zimne serce -
opasz - niech błyszczy!

Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki,
po których szliśmy strojni w asfodele -
rubin - czyśćcowe jeziora rozłąki -
i miłość, którą oddałaś w kościele
innemu - a diament - moje serce dumne,
stopione w ogniach i rzucone w trumnę.
Na czole Twoim płomień chryzolitów,
abyś widziała gwiazdy konające -
ortoklast zimny, smutny jak miesiące
zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.

Ale ci jeszcze składam te szafiry
i perły jak chmury bezdomne,
i krwawej jaszmy obłąkane wiry -
na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę -
pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów,
bo się spotkamy - za progiem tych światów.

Tadeusz Miciński

Noctes Aninenses I. Krewny Ganimeda - Konstanty Ildefons Gałczyński

Noctes Aninenses
I. Krewny Ganimeda (fragment)

I nagle zobaczyłem, jakbym, się ze snu ocknął,
prze szybę w dzikim winie:
werandę, dzikie wino i ową lampkę nocną,
wiszącą na kroksztynie.

Kroksztyn był morski konik, takem to nagle odczuł,
bo inne zwidziało się wszystko
a świeca - biedna babcia uwięziona w kloszu,
wiatrowi na pośmiewisko;

więc gdy on szedł werandą, woniejący, komiczny,
cały w ironiach, w półtonach,
to lampa na kroksztynie, na łańcuchu, pod liśćmi
kołysała się jak podchmielona,

gubiąc światełka różne. Tak promień za promieniem
cały winograd oplótł,
a gdy blask pchnął dalej, stał się jednym promieniem
promieniejący ogród.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Co? Jej powiedzieć... - Cyprian Kamil Norwid

***
1

Co? jej powiedzieć... ach! co się podoba;
Bez rozmawiania sposobu;
Coś -- z prawd ogólnych: na przykład, że doba,
To -- całego obrót globu!

2

Że świat... obiega mil mnóstwo ogromne
Na jedno pulsu zadrżenie --
Bieguny osi skrzypią wiekopomne:
Czas -- niepokoi przestrzenie -- --

3

Że rok... to -- całej wstrząśnienie przyrody,
Że pory-roku... nie tylko
Są zamarzaniem i tajeniem wody,
I -- że -- -- bicie serca?... -- chwilką!

4

To -- jej powiedzieć...
... i przejść do pogody,
Gdzie jest zimniej? gdzie gorącej?
I dodać -- jakie? są na ten rok Mody...
I nic nie powiedzieć więcej.

Cyprian Kamil Norwid

Jedenaste przykazanie - Marta Podgórnik

Siudmak - Źródło
Jedenaste przykazanie

no więc rytm i rytuał przystawalność pojęć i kolory niebieski
i czarny na szarym i moralność nie tylko jest osobistą
nagle norwid i leki na kaca w kolorowych fiolkach
przejrzystych kroplówkach na całych jeziorach
żółknące kryzy gladiolusów
nagle pani jeziora w srebrzystym i ciemnym
i taką porą włóczyć się po tafli
Chryste – jęknął kierowca Kobieta płakała
cicho cierpliwe w palcach małe ostrza
pani jeziora na całych jeziorach
Jest i wtóra – moralność-zbiorowych-ciał

Marta Podgórnik

Świat miejscem prawdy - Ewa Sonnenberg

Świat miejscem prawdy

Ludzie nie są tym co mówią świat nie jest tym czym chcą żeby był
Zaognianie porachunków pamięć przekracza granice śmierci
Jak list ojca żebrzący ludzi o miłość i litość dla swojej córki
Ojcze jestem cała listem płonącym w odpowiedzi na twój list
Wiem że muszę wybrać życie miedzy zdrajcami lub śmierć
Cała jestem listem jak ptaki przenoszone twoim oddechem
Krzyk przestrzeni w której to co zawołane jest wołającym
Rzucasz piasek moich wierszy pod stopy prześladowanych
Pustynia jest zbyt niema by nie znać jej wyboru
Pustynia jak krzyk przyjaciela piaski serca
Kamień inkrustowany łzami ojca jest moim piórem
Podłużne wejście błękitnego światła na moich ustach
Skrzynka pocztowa tego świata jest jak rozbity wrak

Ewa Sonnenberg