Niebo - Jan Brzechwa



Niebo

Na niebiosach Bóg mieszka,
A na ziemi jest ścieżka
Prowadząca do nieba…

Ścieżka wąska jak perć -
Tylko że naprzód śmierć
Przezwyciężyć trzeba.

Na ziemi ludzie prości
Umierają z miłości,
Bo wierzących miłość uśmierca…
Mógłby im pomóc Bóg,

Ale Bóg nie zna dróg
Do człowieczego serca.

Jan Brzechwa

Tomasz - Zbigniew Herbert

Leonardo da Vinci, autoportret (ok. 1510-1515)
Tomasz
     Jego Eminencji
     księdzu Józefowi Życińskiemu
Tu przyłożono ostrze do ciała
Tu dokładnie
I pchnięto
I jest pamiątka
krzyczy we wszelkich językach ryby
- rana –

Twarz skupiona
czoło w bruzdach
sine światło poranka
niechętnie i zimnie

Wskazując palec Tomasza
prowadzi z góry
ręka Mistrza

a więc dozwolone jest wątpienie
zgoda na pytanie
więc jednak coś warte jest czoło
w zmarszczkach Leonarda
Vinci

Zbigniew Herbert

Z mitologii - Zbigniew Herbert

Z mitologii

                  Naprzód był bóg nocy i burzy, czarny bałwan bez oczu, przed którym skakali nadzy i umazani krwią. Potem w czasach republiki było wielu bogów z żonami, dziećmi, trzeszczącymi łóżkami i bezpiecznie eksplodującym piorunem. W końcu już tylko zabobonni neurastenicy nosili w kieszeni mały posążek z soli, przedstawiający boga ironii. Nie było wówczas większego boga.
                  Wtedy przyszli barbarzyńcy. Oni też bardzo cenili bożka ironii. Tłukli go obcasami i wsypywali do potraw.

Zbigniew Herbert

Głosy - Julia Hartwig

Głosy

W ciszy której nie znasz
musisz iść dalej
nie mogę pójść dalej


Czego chcesz
zmagać się z życiem
czy uciekać od życia
Jak przejść od znaków codzienności
do spraw ostatecznych

Jest w tobie wszystko
czym napełnił cię czas
wróciła długo uśpiona mowa
przyjmujesz ją nieufnie
Czy potrafi sprostać roli świadka
dorównać czasowi który trwa

Julia Hartwig

Siła i słodycz - Julia Hartwig

Siła i słodycz

noc wlewa się jak ciemna woda
żyjemy między wspomnieniem i zapominaniem
czy umiemy sprostać swojemu losowi
poznaliśmy śmierć bez umierania
i widywaliśmy światło w ciemności

miejsca i obrazy czekały na zaistnienie
wabiąc wizją doskonałości
zrób co zamierzałeś
bo nigdy nie będziesz gotowy
wezwij dobre duchy
żeby ci sprzyjały

Julia Hartwig

Poema sentymentalne - Stanisław Jerzy Lec

Poema sentymentalne

Wystarczy cisza
ale jak ją zagrać
między dwa tony wbić
by je rozpychała?
Wystarczy cisza
może zamrożona
w sześcian lodowy?
Ale zachód, świt
i taje krwią
co ma swą melodię.
Lub cisza gadać zacznie
z nas.
Ach połknąć świat
żeby go nie zdradzić.
Pokusom Muzy się oprzeć
echa pozatykać
ale wszystko
zabiera się z sobą
idąc wokół ziemi
płaskie perspektywy
głosy zapachy
dotyk co nie ostyga
w powiewach pożegnań.
Ta śmieszność bólu!
Wokół ziemi
nosi się z sobą wszystko
rośnie lub maleje
i już miejsca sobie nie znajdzie
na swoim miejscu.
Wściekły, o mur
ścierałem paznokcie
lecz ostał się
draśnięty ledwie
czyimś imieniem
jakby je dzióbek ptasi
wyśpiewał
z tamtych nocy.
Ach połknąć świat
jak w śledztwie
kuleczkę
grypsu.
Któż na własnym krzyżu
serduszka rył
przeszyte strzałą?
Naprzód iść trzeba
wstecz odwrócony twarzą
żeby z przeszłości
oczyma zmieść
własne ślady
by nie móc do siebie trafić
i w ciszę tak
u boku
dzwoniąc pustawą
manierką liryzmu
przez las gdzie
na zrąbanych gałęziach nocy
snu pierwsze listki.
Ptaki chodzą po ziemi
jak myszy
może spłoszony słowik
zaśpiewa z twoich ust,
ale wszystkie słowiki
Walter z Vogelweide
z ukochaną
rozgniótł na mchu.
Własne trele
skręcać z wniebogłosów
aby je sroki
dla nas powtarzały.
Już późno
wszystkim jednorożcom
starły się rogi
kruki posiwiały
od pożarów czasu
zmieniłem skóry
i ja. Ileż razy
na nich spisane wszystko
na marginesach błędy
krwią podkreślone
własną.
Nie sen
chociaż mnie zeń zbudzono.
I niebo jasne
bo na nim gwiazd nie ma.

Stanisław Jerzy Lec

Podwójny zachwyt - Anna Świrszczyńska

Podwójny zachwyt

Że mnie nie ma
I że czuję, jak bardzo
mnie nie ma.

Anna Świrszczyńska

Cienie liści na trawie... - Włodzimierz Słobodnik

* * *

Cienie liści na trawie. Ja je dobrze znam,
Widzę je pod stopami, dobry szept ich słyszę.
Bo, jak gałąź bez drzewa, jestem sam i sam,
Bom wiele, wiele przeżył, bo już czas na ciszę.

           Kamienie polne. Znam je. Matka moja miła
           Przed ich ciężarem szarym serca mi broniła,
           Lecz teraz, kiedy matka moja jest topolą
           I trawą i jaskółką, pogrążoną w śnie,
           Jakież łagodne, ciepłe ręce nie pozwolą,
           Aby kamienie polne tak dusiły mnie?

Deszcze długie i ciemne. Znam je. Biegły w dal
Po ogrodach, po lasach, po błękicie łąk
Jak siekący siekierą nierozumny drwal,
Który zaufał tylko ślepej sile rąk.
Dziś nie kocham świeżości ich młodej i jasnej,
Bo młodość ich szalona, a ja nie mam własnej.

            Kochałem dachy mokre, gdy w deszczowej mgle
           Wyrastały pod nićmi ulewy długiemi,
           A dziś pod każdym dachem jest mi źle i źle,
           Bo to co było moje — nie pod dachem — w ziemi.

Ojciec jest teraz słońcem, matka jest topolą
I pisklęciem leżącym w ciepłym gnieździe brat —
Ktoś mi ich ludzkie życie tak okrutnie skradł,
Bym nadawał imiona ich drzewom i polom
I ptakom i muzyce, którą wiecznie słyszę —
Sam jestem na tej ziemi. Czas na wielką ciszę.

Włodzimierz Słobodnik

Sonet VI - William Szekspir

Sonet VI

Więc nie daj, aby dłoń zimy spękana
Starła twe lato, nim wyciąg zgromadzi;
W najsłodszym skarbcu niechaj przechowana
Będzie twa piękność, nim się sama zgładzi.

W lichwie tej nie ma niczego zdrożnego,
Gdy ów, kto winien, z radością dług płaci.
Dla siebie spłodzisz owego drugiego;
A dziesięcioro dziesięćkroć wzbogaci.

Dziesięćkroć więcej radości mieć będziesz,
Gdy ta dziesiątka znów da twe odbicie;
Cóż śmierć uczyni, gdy kiedyś odejdziesz,
Jeśli w potomstwie przechowasz swe życie?

Nie bądź uparty; twa piękność zachwyca
Nie po to, byś miał w robactwie dziedzica.

William Szekspir
przełożył Maciej Słomczyński

Sonet V - William Szekspir

Sonet V

Owe godziny, co pracą łagodną
Oczom, tak miłym, urodę nadają,
Rolę tyranów spełniają niegodną
I, najpiękniejsze, piękna pozbawiają;

Gdyż wiodąc lato lotny czas się skrada
Ku zimie wstrętnej, tam gdzie ono zginie;
Soki mróz ścina, bujny liść opada,
Piękno śnieg pokrył, naokół pustynie.

Więc gdyby lata nie został eliksir,
Ów płynny więzień w szklanych ścianach więzieniu,
Piękno i jego istota by znikły,
Razem ukryte w pełnym zapomnieniu.

Lecz wyciąg przetrwa, gdy kwiat zimę spotka;
Choć straci postać, przeżyje treść słodka.

William Szekspir
przełożył Maciej Słomczyński

Snuć miłość - Adam Mickiewicz

Snuć miłość

Snuć miłość, jak jedwabnik nić wnętrzem swym snuje,
Lać ją z serca, jak źródło wodę z wnętrza leje,
Rozwijać ją jak złotą blachę, gdy się kuje
Z ziarna złotego, puszczać ją w głąb, jak nurtuje
Źródło pod ziemią, - w górę wiać nią, jak wiatr wieje,
Po ziemi ją rozsypać, jak się zboże sieje,
Ludziom piastować, jako matka swych piastuje.

Stąd będzie naprzód moc twa, jak moc przyrodzenia,
A potem będzie moc twa, jako moc żywiołów,
A potem będzie moc twa, jako moc krzewienia,
Potem jak ludzi, potem jako moc aniołów,
A w końcu będzie jako moc Stwórcy stworzenia.

Adam Mickiewicz

Skandynawia - Edward Stachura



Skandynawia

Dłonie Normanów umuzycznia Sibelius
Na drugiej harfie
mleko swych włosów
rozpuszcza śnieżyca

Lodowe płatki chryzantem
na ozorach psów usypiają w ogrody
Tu nie ma Gangesu
lecz są renifery
o rogach wzorzystych jak fiordy
albo kaprys Joanny

Joanna harfa ostatnia
Joanno zapłacz nade mną

Edward Stachura

Korzyść namacalności - Stanisław Barańczak

Korzyść namacalności

Nie próbowałem jeszcze dotyku. W tym może szansa:
odrzucić w tył zawodne instrumenty, zostać tylko
opartym na końcach palców; może choć na odległość
rąk wyciągniętych utrzymać przybierające. Może
opóźnić choć na moment, jakiego trzeba mi będzie,
by o metr się przemknęło zrozumienie, co przede mną
rozprowadzają w jasność dłonie.

Bo nie próbowałem
dotyku jeszcze: czyż nie to jest jedynym narzędziem,
którym tkankę od tkanki odróżnię, zrozumiem ciało
do kości i więcej dodam, niż w nim jest – przekonany,
że to, co grzeję w dłoniach, ściślej się wiąże, jak ptasie
pióra i skrzydła ptaka.

Lecz nie próbowałem jeszcze
dotyku: tak dopiero  w r e s z c i e  rozcina się węzeł,
z oczyma zamkniętymi, gdy reszta zawiodła. Wtedy
jednak trwa przecież lęk, że splot pokonano zbyt wcześnie,
zbyt nieufnie i pewnie. Zaorać palcami pokłady,
namacalnie przyjmować w dłonie ciężkie grudki; a cóż,
jeśli skupione palce okażą się cięższe od nich?

Stanisław Barańczak

Sen - Adam Ważyk

Eric Rickardson
Sen
             Śniła się zima
             Mickiewicz
Sen miałem dawno czterdzieści lat temu
a tak pamiętam jakby śnił się wczoraj
Stojąc na brzeżku okrągłej polany
w pierścieniu ciemnej zieleni patrzyłem
jak hałaśliwie tłoczące się dzieci
rączkami piłki podrzucały:
duża lekka jak balon piłka opadała
bardzo powoli na otwarte dłonie
ale zdarzało się że je minęła
i miękko kładła się na trawie wtedy
kobieta w bieli - kilka takich kobiet
stało pod lasem dokoła polany -
inną rzucała piłkę między dzieci
wprost na ich dłonie tak mało zaradne
że niezbyt długo wypadło jej latać
I tak od nowa Kilkanaście piłek
leżało w trawie zdziwiony spytałem
czemu ich żadne nie podniesie z ziemi
Odpowiedziano mi gorzkim pytaniem
Czy pan nie widzi że dzieci są ślepe?

Adam Ważyk

Et in Arcadia ego (fragment) - Tadeusz Różewicz

Et in Arcadia Ego - Nicolas Poussin - 1629-1630
Et in Arcadia ego
(fragment)

w Sykstyńskiej Kaplicy
widziałem niewidomego
trzymała go za rękę
jego żona Ewa
jego oko
objaśniała mu szeptem
Sąd Ostateczny
Stworzenie Świata
Stworzenie Adama
Wygnanie z Raju
On podniósł twarz do góry
głosy spadały
na jego – w ciemność wzięte
oczy
a ja wielooki wielouchy
otwarty na wszystkie strony
łykałem głosy i barwy

kobiety
na grzędach
znoszą jaja piękna
od szumu
głowa pęka

Tadeusz Różewicz

Et in Arcadia ego (fragment) - Tadeusz Różewicz

Guercino, Et in Arcadia Ego, ok. 1628
Et in Arcadia ego
(fragment)

rzeczywistość
jest wypełniona
rzeczywistością
przez pęknięcia w rzeczywistości
może przeniknąć wyobraźnia
„w nas zaś powstaje złuda wyobraźni
przez którą czasem chwytamy się
podobieństwa rzeczy jako rzeczy samych
jak to widać u śpiących i obłąkanych”

Nie zostawić ani jednego miejsca
Ani jednego białego pola dla wyobraźni

Tadeusz Różewicz

Zmyślony lis - Ted Hughes

Zmyślony lis

Wyobrażam sobie las o północy:
Coś innego jeszcze żyje
Obok samotności zegara
I białej kartki, gdzie me palce błądzą.

Przez okno nie widzę gwiazd:
Coś bliższego
Choć z samej głębi ciemności
Nawiedza tę samotność.

Chłodny, delikatny jak czarny śnieg
Nos lisa dotyka gałęzi, liścia;
Dwoje oczu wiedzie kroki, które
Wciąż i wciąż wyznaczają

Równe ślady na śniegu
Wśród drzew i ostrożnie kulawy cień
Ciała, co wychodzi odważnie
Na polany, ociąga się przy pniu

I w zagłębieniu, oko
Jak otwarta ciemniejąca zieleń,
Błyszczy i ze skupieniem
Dokonuje swego zadania;

Aż nagle ze swym ostrym odorem
Lis wbiega w ciemny otwór mej głowy.
Okno jest nadal bez gwiazd; zegar tyka,
Stronica jest zapisana.

Ted Hughes
tłum. Teresa Truszkowska

Próba wniebowstąpienia - Edward Stachura

Próba wniebowstąpienia

Przyjdź do mnie jawnogrzesznico
będę cię rozdzierał powoli
na wszystkie nadzieje i zespolenie

może zakwitniesz nad ranem

piękną duszą słonecznika

Edward Stachura

Elegia pożegnalna - Jan Brzechwa

Elegia pożegnalna

W dalekim lesie ciało dogorywa,
Wiatr zachmurzony wśród gałęzi śni,
Stoisz nade mną cała nieprawdziwa
I liczysz moje dni.

Brzozy młodnieją i białą bibułką,
Bibułką białą łuszczą swoje pnie,
Serce zamarło w trwodze przed kukułką,
Co już skazała mnie.

Ty i kukułka - dwa złowieszcze głosy,
Które witają, gdy pożegnać chcą,
A wkoło wrzosy, zeszłoroczne wrzosy
Całe pokryte rdzą.

Banalny pejzaż smuci twarz pobladłą,
Sączy się z nieba lazurowy czad.
Na mchu pożółkłym białe prześcieradło
Zakreśla cały świat.

Stoisz i milczysz wątłą swą żałobą,
Ale już dla mnie zdasz się garścią mgły,
Garścią obłoków, które razem z tobą
Płakać aż tutaj szły.

Zostaw samego mnie. I bądź szczęśliwa.
Słońce zachodzi, więc już idź, już idź!
Śmierć to jedyna liryka prawdziwa,
Dla której warto żyć.

Jan Brzechwa

Kalinowe dwory (Słopiewnie) - Julian Tuwim

Kalinowe dwory
(Słopiewnie)

Kalinowe dwory
Jarzeń na jawory,
Jarzębiec surowy,
Czerwoń do zawory!

Czerwoń jagodzico
Ładnie do dziewanny!
Borem nie da rady,
Jaworowe panny!

Dziewierz borem łazi,
Łyśnie na spiekory:
Hej, kraśnie zagorzewią
Kalinowe dwory!

Julian Tuwim

Wieczorny wiersz - Julian Tuwim

Wieczorny wiersz

Czasem u szczytu ulic zachód żółtym blaskiem
Mury niebios rozwala na złomy płomienne.
Wtedy listopadowe wieczory warszawskie
Wieją wiosną i płyną, młodością wiosenne.

Ile łez we mnie było i ile miłości,
Ile westchnień i szczęścia w majowej ulewie,
I moich słów dla ciebie, i wielkiej czułości:
Wszystko z nieba powraca w dawnym, ciepłym wiewie.

I znowu idę lekki i nocą wezbrany,
Jakbym niósł liść wilgotny na sercu otwartem,
Wtedy w twoim miasteczku ciemniały kasztany,
Pachniał groszek pachnący na sercu pod paltem.

Płakać, jedyna moja, mogę tylko Tobie.
Ty zrozumiesz. Rozgrzeszysz spojrzeniem pokornym.
I wiosnę zakochanych znajdziesz w skromnym słowie,
I ciężką gorycz moją w tym wierszu wieczornym.

Julian Tuwim

Urywki z podartego wiersza - Józef Czechowicz

Urywki z podartego wiersza

zaplecione ramiona...
walka ogromnych żądz...
a noc błyskiem gromów patrzy w nas pochmurna
a w domu zrąb - uderza młot fali jeziornej

ponad świat ponad gromy burzę i nad ciebie
rozszerza się jak tuman rozkosz przeogromna
i gdy ja się na twoich biódr łodzi kolebię
w domu szczęście króluje dusza ma bezdomna...

Józef Czechowicz