Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimbaud Arthur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimbaud Arthur. Pokaż wszystkie posty

Ofelia - Arthur Rimbaud

Ofelia

I.
Niby nenufar, w gwiazd drzemiących gronie
Biała Ofelia cichą płynie rzeką,
Płynie powoli w swym długim welonie,
Ofelia - William Waterhouse
Gaj się gdzieś wrzawą odzywa daleką.

Smutna Ofelia, fantom cichy, biały,
Lat przeszło tysiąc falą płynie czarną;
Lat przeszło tysiąc rozkoszne jej szały
Słodko ku wiewom wieczornym się garną.

Wiatr pieści łono i w kwiatów kielichy
Kwef jej rozwija, drżący śród głębiny;
Nad jej ramieniem rząd wierzb płacze cichy,
Nad sennym czołem wiotkie gną się trzciny.

Naokół dyszą pomięte lilije,
Z gniazd, rozbudzonych przez nią śród rogoży,
W lękliwe skrzydła ptak jakowyś bije,
Gwiazdy hymn szepcą tajemniczy, boży.

II.
Blada Ofelio, jak śnieg piękna świeży,
Dziecię umarłe, w dal niesione wodą:
Wiatr, co od wielkich gór norweskich bieży
Cicho cię z gorzką zapoznał swobodą.

Nieznany poszept, chłoszczący twe włosy,
Dziwne przynosił szumy twojej duszy;
Serce słyszało natury odgłosy
W drzew rozżaleniach, w jękach nocnej głuszy!

Pierś twą zbyt ludzką rozbił fal potokiem
Wielki krzyk morza w kwietniowy poranek,
U stóp twych klęczał w milczeniu głębokiem
Biedny szaleniec, pobladły kochanek.

Co za sen: Niebo, Miłość, Wolność!.. Biedna!
Jak ogień śniegom, takim on był tobie!
W twych wielkich wizjach zmarły słów twych sedna,
W nieskończoności wzrok twój zagasł grobie.

III.
A zaś poeta mówi, że w pomroce
Gwiezdnej ziół szukasz, któreś pozrywała,
Że mu na fali, jak lilia, migoce
W długim welonie Ofelia biała.

Arthur Rimbaud
tłum. Jan Kasprowicz

Dziecięctwo - Arthur Rimbaud

Dziecięctwo

                   Jam święty w modłach na tarasie, podczas gdy zwierzęta domowe pasą się aż do morza palestyńskiego.
                   Jam uczony w ciemnym fotelu; gałęzie i deszcz biją w okna biblioteki.
                   Jam wędrowiec na wielkiej drodze przez lasy karłowate; szum szluz głuszy moje kroki. Widzę długo melancholijne złote chusty na zachodzie.
                   Mógłbym być dzieckiem opuszczonym na grobli wybiegającej ku pełnemu morzu, małym pazikiem idącym aleją, której strop tyka niebios.
                    Ścieżki są przykre. Wzgórki okrywają się janowcami. Powietrze znieruchomiało. Jakże daleko gdzieś ptaki i źródła! To będzie z pewnością koniec świata, jeśli posunąć się dalej.

Arthur Rimbaud
przełożył Miriam

Zło - Arthur Rimbaud

Zło

Gdy czerwone plwociny starego żelastwa
Świszczą dzień cały w błękit nieba niezmierzony,
Kiedy w ogień, przed królem, co gromami chlasta,
Szkarłatne czy zielone biegną bataliony;

Kiedy szał przeraźliwy sto tysięcy ludzi -
Nieszczęsnych! - w jedną stertę dymiącą zamienia
Śród traw, gdzie się, Naturo, twoja radość budzi -
W świętości ulepione przez ciebie stworzenia!

Jest wtedy pewien Bóg, który śmieje się błogo
Do kielichów ze złota, kadzideł, ołtarzy
W adamaszkach, zasypia w kołysach hosanny

I budzi się, gdy matki, przypędzone trwogą,
W zniszczonych czarnych czepkach, ze łzami na twarzy,
Grosz mu podają gruby, z chustki wysupłany.

Arthur Rimbaud
przełożył Adam Ważyk

Głowa fauna - Arthur Rimbaud

Głowa fauna

Pośród gąszczy zieleni, okwieconej, wiotkiej,
Jak w szmaragdowym pudrze nakrapianym złotem,
W bujnym kwieciu, gdzie drzemie pocałunek słodki,
Przez misterną koronkę, tkaną liści splotem,

Wygląda faun zbłąkany, ukryty gęstwiną,
Gryzie czerwone kwiaty białymi zębami,
A wargi ciemnozłote i krwiste jak wino
Parskają pod gałęźmi śmiechem-chichotami.

Potem znikł; jak wiewiórka czmychnął w las zielony
I jeszcze na listowiu drżą jego chichoty,
I widać go, jak zmyka, przez gila spłoszony:
Zadumanego lasu pocałunek złoty.

Arthur Rimbaud
tłum. Julian Tuwim

Komedia pragnień (fragment) - Arthur Rimbaud

Komedia pragnień 
(fragment)

IV
Może Wieczór mnie spotka,
gdy zasiądę przy winie
jakiejś starej mieścinie,
potem przyjdzie śmierć słodka:
dziś czekam – nic nie czynię.

Gdy już zło się ustoi,
będę złota roztrwońcą,
czy wybiorę kraj słońca,
czy gdzie drzewa śnieg stroi?
Ach, marzyć nie przystoi.

Niechaj! Czas to stracony!
A gdy się tam zasmucę,
z włóczęgi już nie wrócę
do oberży zielonej,
lecz pójdę w inne strony.

V
Gołębie, co skrzydłami na łące trzepocą,
zwierzęta na swobodzie, zwierzęta w niewoli,
drapieżce polujące i widzące nocą,
motyle mrące – także pragną pić do woli.

Lecz utonąć, gdzie chmury te samotnie toną
- o, młody oblubieńcze rzeźwiącej świeżości!
I umrzeć w lesie tam, gdzie fiołki płoną,
na które jutrznia sieje blaski z wysokości!

Arthur Rimbaud
przełożył K.A. Jaworski

Marzenia zimowe - Arthur Rimbaud

Marzenia zimowe

Dobrze nam będzie w tej zimowej jeździe
W miękkim różowym wagonie.
W błękitnych kątach poduszek jak w gnieździe
Całusów rój utonie.

Aby nie patrzeć na okienne szyby,
Zanikniesz oczęta strwożone,
Bo tańczą w nocy czarne wilki niby
A niby czarne demony.

Nagle uczujesz dotyk połechtliwy —
To całus lekki, pająk dokuczliwy,
Po karku ci się snuje.

Powiesz mi: "Złap go!", uchylając głowy,
I rozpoczniemy bestii długie łowy,
Która daleko wędruje.

Arthur Rimbaud
przełozył Jarosław Iwaszkiewicz

Zabłąkani - Arthur Rimbaud

Zabłąkani

Na mroźnym śniegu w mgle skuleni,
Jules Joseph Lefebvre - Girl with a Mandolin - 1910
U okna, co się blaskiem mieni,
                Jak złoty ślep -
Pięcioro biedot - mali, czarni,
Patrzą, jak piecze się w piekarni
                Pszeniczny chleb.

Patrzą, jak mocne białe ramię
Układa bochen w pieca ramie,
                 W ognistą cieśń,
jako się dobry chleb nagrzewa,
A uśmiechnięty piekarz śpiewa
                 Swą starą pieśń.

Poprzykucali w krąg bez ruchu
Pod ciepłem, którem tchnie w podmuchu
                Piekarny sklep -
A gdy zładzony na wieczerzę
W zarumienione bochny świeże -
                Wyjmują chleb,

Kiedy skroś czerni dymnej blachy
Śpiewają grzanki i zapachy,
                 I blask, i gwar -
Gdy z cieplej szyby bucha życie,
Duszę ogarnia im w zachwycie
                Tak wielki czar!

I tyle szczęścia czują w łonie
Maleństwa zmarzłe w mgle i szronie
                 Spod nędznych szmat -
Że oto wszystkie wraz koleją
Kląkłszy, czerwone noski kleją
                Do zimnych krat.

I cicho, niby szept pacierzy,
W ten raj otwarty szept ich bieży,
                Gdy tak się gną
Mocno, aż im się drą spodenki
I szmaty białej koszulenki
               Na wietrze drżą.

Arthur Rimbaud
przełożyła Bronisława Ostrowska

Głód - Arthur Rimbaud

głód

Denis Oktyabr
mój głód hanusiu haneczko
przed twym osiołkiem ratuje się ucieczką

nic nie jest chyba w świecie tak smaczne
jak to co z ziemi i głazów
dzyń dzyń dzyń dzyń od powietrza zacznę
będę jadł skały węgiel i żelazo

paście się paście o moje głody
(głos już tak blisko)
całujcie liżcie najmilsze jady
zżerajcie wszystko

gryźcie szaber tłuczony po szosach
stare kamienne kościoły
skał okruchy — ten potopu posąg;
bochny śpią po dolinach wesołych

głody me rymem czarnym powiewa
lazur dźwiękliwy
drze mi żołądek rozpruwa trzewia
głód nieszczęśliwy

na ziemi liści opadłych łoże
i odpoczynek pełnym owocom,
bruzdy zagonów przy plonu zbiorze
barwą fijołków słodko się pocą
głód mój, hanusiu haneczko,

przed twym osiołkiem ratuje się ucieczką

Arthur Rimbaud
przełożył Józef Czechowicz

Łza - Artur Rimbaud

Józef Pankiewicz - Rue Cardinale w Paryżu - 1925
Łza

Z dala od ptaków, od trzody, od wieśniaczek,
Cóż to piłem na klęczkach, we wrzosowisku
Otoczony przez czuły leszczynowy krzew,
W mgliście ciepłym i zielonym popołudniu?

Cóż mógłbym pić w tej młodocianej Sekwanie*
Muszle bezgłośne, trawnik bez kwiecia, chmurne
niebo! Pić z pożółkłych sakw, z dala od mojej
chaty Lubej? likieru efekty potne.

Byłem tu podejrzanym szyldem gospody
Burza wyczyściła niebo. Wieczorem
Źródło wiło się w piaskach dziewiczych
Boski wiatr ciskał w stawy gradem

Płacząc, widziałem złoto – a spijać go nie mogłem

Artur Rimbaud
przekład Marta Pycior
* W oryginale jest wspomniana rzeka Oise, która wpada do Sekwany, a która jest mniej znana. Jako tłumacz zdecydowałam się na zmianę nazwy rzeki aby nie przeszkodzić w odczytaniu tego fragmentu wiersza jako źródła. [przyp. tłum.]

Szczęście - Arthur Rimbaud

Szczęście

Pory roku, twierdz ruiny!
Któraż dusza jest bez winy?

Magią dotrzeć chcę do reguł
Szczęścia, co nie dla każdego...

Co dzień szczęście owo chwalę,
kiedy śpiewa kogut Galii.

Nigdy nim się nie nasycę —
odwróciło się me życie...

Duch i ciało — bój widomy —
i wysiłki i pogromy...

Pory roku, twierdz ruiny!

Dzień odlotu — o nieszczęście —
dniem skonania jest najczęściej...

Pory roku, twierdz ruiny!

Arthur Rimbaud
przełożył Józef Czechowicz

Samogłoski - Arthur Rimbaud

Samogłoski

A czerń, E biel, I czerwień, U zieleń, O błękit,
Tajony wasz rodowód któregoś dnia ustalę:
A, czarny i włochaty gorset lśniących wspaniale
Much, co brzęczą w odorze, cień w zatokę zaszyty;

E, blask pary, namiotów, lance w lodowej skale,
Biali królowie, dreszcz pod baldaszkami ukryty;
I, purpura, krwi struga z ust, pięknych warg rozkwity,
Kiedy śmieją się w gniewie lub pokutniczym szale;

U, cykle, opalowa gra mórz, spokój pastwiska
Usiany zwierzętami, spokój, który odciska
W skórze uczonych czół bruzda alchemii głęboka;

O, trąba niebiańska, co dziwne świsty kołysze,
Obszary, gdzie Anioły i Świat prują ciszę:
- Omego, fioletowy promieniu Jego Oka!

Arthur Rimbaud
przełożył Adam Ważyk

Wrażenie - Arthur Rimbaud

Wrażenie

W modre, letnie wieczory, pójdę miedzą kłośną,
Łechtany zbóż kitami, deptać trawy płowe:
Marząc, czuć będę świeżość pod stopami rośną.
Dozwolę wiatrom kąpać nagą moją głowę.

Nie będę mówił, myślał. W ciszy niewysłownej,
W duszy miłość ogromna wzbierze mi z pogodą;
I pójdę, het, daleko, jak cygan wędrowny,
W Naturę - szczęsny taki, jak z kobietą młodą.

W błękitne zmierzchy letnie pójdę miedzą polną
Skroś traw i ziół, muskany przez dojrzałe żyto...
Śniąc, będę czuł pod stopą świeżość ros podolną,
Pozwolę wiatrom kąpać mą głowę odkrytą.

Nie będę tedy mówił ani myślał wcale,
Lecz nieskończona miłość w moje serce spłynie...
I będę szedł jak Cygan - w coraz dalsze dale,
W przyrodzie jak kobietą, szczęsny w tej godzinie.

Arthur Rimbaud
przełożył Miriam

Romans - Arthur Rimbaud

Antonio Canova - Amor i Psyche
Romans

I
Ach, nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie.
Wieczorem, wśród bomb piwa, szklanek lemoniady,
Kawiarni oświetlonych i gwarnych radośnie,
Aleja lip ocienia promenady.

Powietrze takie słodkie przymyka powieki,
Tak dobrze pachną lipy w czerwcowe wieczory,
Wiatr obciążony gwarem - miasto - niedalekie –
Ma w sobie zapach winnic i piwa odory.

II
Nagle malutki skrawek nieba gdzieś widnieje,
Granatowy, oprawny w drobniutkie gałązki,
Przepięty gwiazdką małą, co słodko topnieje
I jak dreszczyk przesyła swój promyczek wąski.

Noc czerwcowa! I młodość! –
To upaja trochę! Krew staje się szampańską, do głowy
uderzy, Gada się! A na wardze całus czeka płochy
I drży na niej jak małe niecierpliwe zwierzę.

III
Przez powieści szaleńcza serc robinsonada
Zacznie się, gdy z powagą daty bardzo świeżej
Minie cię panna w miejscu, gdzie latarnia blada
Ujmie ją całą w cieniu ojcowskich kołnierzy.
Ponieważ ona myśli, żeś nader naiwny,
Tupocąc drobnym krokiem posłusznej panienki
Obraca się i wzrok swój zasyła przedziwny,
Tak że na ustach gasną ci wszystkie piosenki.

IV
Więc jesteś zakochany strasznie aż po sierpień,
Przyjaciele odchodzą, jesteś źle widziany,
Śmieszą ją twe sonety, owoc długich cierpień,
Aż wieczorem otrzymasz list od ukochanej.

W taki wieczór w kawiarni szumiącej radośnie
Każesz dać bombę piwa albo lemoniady.
Ach, nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie,
Tam, gdzie cień lip zielonych kryje promenady.

Arthur Rimbaud
tłum. Jarosław Iwaszkiewicz

Zła krew - Artur Rimbaud

Witold Pruszkowski - Bachantka - 1855
Zła krew (Mauvais sang)
fragment Sezonu w piekle

Po galijskich przodkach mam jasnoniebieskie oczy, ciasny umysł i niezręczność w walce. Zauważyłem, że noszę się równie barbarzyńsko jak oni. Tyle że nie smaruję włosów masłem.
Galowie byli w swoich czasach najbardziej nieudolnymi oprawcami zwierząt i wypalaczami łąk.
Dziedziczę po nich: bałwochwalstwo i upodobanie do świętokradztwa; ach, i całą swoją występną naturę, złość, lubieżność - to wspaniałe, lubieżność- a zwłaszcza kłamliwość i lenistwo.
Czuję wstręt do wszelkich zajęć. […]- Ależ to stulecie rąk!- Nigdy nie będzie wśród nich mojej ręki. Służba prowadzi zresztą za daleko. Uczciwość żebraków przygnębia mnie. Przestępcy odstręczają jak kastraci: co do mnie jestem nietknięty i wszystko mi jedno. […]

Artur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

Iluminacje - Artur Rimbaud

Iluminacje
Bottom
Philippe Halsman - Scalp Daly - 1951
Rzeczywistość była zbyt ciężka dla
mojej bogatej natury — i znalazłem się
na koniec u swojej Pani jako wielki szaro-
niebieski ptak wzbijający się ku gzymsom
u sufitu i powłóczący skrzydłem w cie-
niach wieczoru.
U łoża z baldachimem, unoszącego jej
ukochane klejnoty i arcydzieła jej ciała,
byłem wielkim niedźwiedziem o fiole-
towych dziąsłach i sierści osiwiałej ze
zgryzoty, z oczami utkwionymi w kry-
ształach i srebrach konsoli.
Wszystko stało się ciemnością i rozja-
rzonym akwarium. Nad ranem - w wo-
jowniczy brzask czerwca - - pobiegłem
na pola, osioł, tak długo rycząc i wywi-
jając swoją krzywdą, aż nadchodzące
Sabinki przedmieścia dopadły mojej
piersi.

Każda potworność wymusza na Hor-
tensji okrutne gesty. Jej samotność jest
erotyczną mechaniką; jej zmęczenie -
dynamiką miłosną. Przez wiele epok
była gorliwą higieną ras pod nadzorem
dzieciństwa. Jej wrota stoją otworem
przed nędzą. Moralność współczesnych
istot odcieleśnia się tam w jej namiętno-
ści albo w jej działaniu. - O straszliwy
dreszczu niedoświadczonych kochan-
ków na krwawej ziemi, w świetlistym
wodorze! znajdźcie Hortensję.

Artur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

VIII Przebłysk - Artur Rimbaud

Janusz Szpyt - Niedoścignione piękno
VIII Przebłysk 
(fragment Sezonu w piekle)

Moje życie jest zużyte. Dalej! Udawajmy i próżnujmy, o nędzy! Będziemy istnieć zabawiając się i rojąc straszliwe miłości i kosmosy bajeczne, i będziemy boleć nad sobą i wadzić się z pozorami świata, linoskok, żebrak, artysta, bandyta,- kapłan! Na szpitalnym łóżku poczułem powracającą do mnie potężną woń kadzideł: strażnik świętych aromatów, spowiednik, męczennik...

Artur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

Głód - Artur Rimbaud

Rafał Olbiński
VI. Głód 
(fragment Sezonu w piekle)

Chęci teraz nabrałem
Tylko na piach i kamienie.
Powietrze jadam codziennie,
Żelazo, węgiel i skałę.
Głody, paście się. Głody, w koło
Po dźwięków łące!
Z powojów chłońcie wesoło
Jady trujące.
Jedzcie szutry ziarniste,
Granit kościołów podniebny,
Żwir dawnych potopów, chleby
Ciśnięte w doliny mgliste.

* * *
Trąbił wilk pod zaroślami.
Miał z kurczęcia ucztę w trawie,
Słonecznymi pluł piórami:
Jak wilk zjadam się i trawię.
Ta sałata, te owoce
Wyglądają zbioru w sadach,
Ale pająk w żywopłocie
Jedynie fiołki jada.
Niech śpię! Niech zakipię w dymie
Na ołtarzach Salomona.
Po grynszpanie kipiel płynie
W nurt Cedronu przemieniona.

Artur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

Majaczenia II: Alchemia słowa (fragment) - Artur Rimbaud

Tomasz Sętowski - Potrójne oblicze - 2006
Majaczenia II: Alchemia słowa (fragment) - Sezon w piekle
Do mnie. Historia jednego z moich szaleństw.
Od dawna chwaliłem się, że zawładnąłem wszystkimi krajobrazami, jakie tylko są możliwe, i uważałem za warte śmiechu współczesne sławy malarstwa i poezji.
Lubiłem idiotyczne obrazy, zdobione nadproża, dekoracje, namioty linoskoków, szyldy, jarmarczne malowanki; niemodną literaturę, łacinę kościelną, erotyczne książki nie liczące się z ortografią, romanse naszych dziadków, baśnie czarodziejskie, książeczki dla dzieci, stare opery, niedorzeczne refreny, naiwne rytmy.
Śniłem krucjaty, odkrywcze wyprawy, o których brak sprawozdań, republiki bez historii, stłumione wojny religijne, obyczajowe rewolucje, przemieszczenia ras i kontynentów: wierzyłem we wszystkie czary.
[…]
Początkowo były to wstępne studia. Spisywałem milczenia i noce, notowałem niewyrażalne. Utrwalałem zawroty głowy.

Artur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

O sezony, kasztele! - Arthur Rimbaud

* * *

O sezony, kasztele!
Dusz bez wad jest niewiele!
Z magicznych wziąłem doświadczeń
Szczęścia poczucie władcze.
Chwała mu, gdy brzmi nuta
Galijskiego koguta.
Ach, wyzbędę się pragnień:
Ono mną całym zawładnie.
Czar przenikł duszę i ciało,
By trudów poniechało.
O sezony, kasztele!
Ach, chwila, gdy uleci,
Będzie godziną śmierci.
O sezony, kasztele!

Arthur Rimbaud
tłum. Artur Międzyrzecki

Do mądrości (Iluminacje) - Arthur Rimbaud

Do mądrości (fragment "Iluminacji")

Wystarczy ci trącić bęben palcami, by wybuchły wszystkie dźwięki i narodziła się nowa harmonia.
Każdy twój krok to podniesienie się nowych ludzi i rozpoczęty ich marsz.
Twoja głowa się odwraca: nowa miłość! Twoja głowa powraca: - nowa miłość!
"Zmień nasze przeznaczenia, uchroń od klęsk, przede wszystkim od czasu" - śpiewają do ciebie te dzieci.
"Unieś, dokąd tylko zechcesz, treść naszych losów i życzeń" - proszą cię błagalnie.
Wiecznie przybywająca i zmierzająca wszędzie.

Arthur Rimbaud
przekład (?)