W leszczynie - Mieczysław Jastrun

W leszczynie

W leszczynie ptaki. Wiatr nad ranem.
Szczebiot, pierzasty, złoty spór.
Patrzyłem długo, zasłuchany,
Na zielonego liścia wzór.

Kaczeńce żółte oba brzegi
Zarosły u korzeni drzew
I tłukł się w liściach śpieszny śpiew,
Zszywając drzewa złotym ściegiem.

Niebieską taflę, szklany błękit
Dziobał szaleńczo wczesny świt
I ziarna z niewidzialnej ręki
Padały, dźwięki cienkich płyt.

W tym zachwyceniu leszczynowym
Ten sam zostałem, mimo lat –
I słyszę, pochylając głowę
To ptak świergocze, to liść spadł.—

Mieczysław Jastrun

Grób Krasickiego - Konstanty Ildefons Gałczyński

Johann Gottlieb Becker - Ignacy Krasicki - ca 1768
Grób Krasickiego

Co wieczór Wenus nad tym wzgórkiem błyska
i muska kwiaty,
w których się kochał śpiewający biskup,
tłumacz Lukiana z Samosaty;

obok tarnina wróblom na uciechę,
w tarninie chmury białe –
i mówią chmury: „On w kraj spadał śmiechem
jak Zeus złotym deszczem w Danae;

ale mu wlazła śmierć w wesołe oczy,
zielone jak ta mogiła,
to nic, nie cały umarł; zaraz w nocy
Wenus się nad nim zapaliła,

wdzięcznie okrągła. Swymi promieniami
grób srebrzy po wieki wieków.
A to są cienie: To grożą pięściami
upiory urażonych mnichów.”

Konstanty Ildefons Gałczyński

Zodiak - Andrzej Bursa

Zodiak

Kłamią fałszywe lustra wszystkich barw wieczorów
Ze strategii zodiaku niechybnie wynika
Że w Ryby się przesila Koziorożca pora
Śmieszna rzewność Barana w tępą jurność Byka

Szarlataństwo zodiaku ścisły tworzy wykres
Nagiej cierpkości wiosen i herbów jesieni
Źródło cichych tajemnic klarowne i czyste
Ciemne wino czerwonej młodości zapieni

Wtedy gwiazdę Luizy zatapiają chmury
Jej postać osieraca w marzeń widnokręgi
Tylko nad głową rosną w absurdu potęgę
Zodiakalnych przeznaczeń złowrogie figury

Andrzej Bursa

Nic - Andrzej Bursa

Francis Bacon
Nic

On jest nic
on się nie liczy jego nie ma
może tylko
marynarka
zbyt luźne spodnie
potworne czarne półbuty
mogą wzbudzić odrazę lub politowanie
ale twarz nieważna

ręce nieważne
nieważne oczy i usta
godzinami wyczekuje przed bramą
w nadziei
że znajdzie się po drugiej stronie
ale przecież on jest Nic
więc to wszystko jedno
po której stronie
niczego nie będzie
czytając gazetę
kurczy jak ślimak swoją znikomość
lub nadyma jak paw swoją nicość
mimo że gazety dotyczą rzeczy istniejących
a jego nie ma
mówi
lecz nikt go nie słyszy
dźwięk jego głosu jest nieważny dla ucha ludzkiego
bo on jest nic a raczej jego nic nie ma
mimo że jada obiady
mimo spodni i półbutów
mimo że czasami
ma nawet dobry humor.

Andrzej Bursa

Oda świąteczna - Ernest Bryll

Paul Cadmus
Oda świąteczna

Szczęśliwi którzy razem z nami
W supermarketach wózek pchają
I dumnie przed kasami stając
Są jak wybrańcy u bram raju

Szczęśliwi, którzy z rodzinami
Żrą w macdonaldach wielką bułę
I wszystkich smaków świata czułych
Zatkani bułą nie zaznają

Dusz ich nie dusi przypomnienie
Innego świata. Wszystko mają
Co chcieli. Po dostępnej cenie...

Więc choć koszmary oglądają
W telewizorach. Jak zaklęci
Śpią cicho, płytko, bez pamięci

Ernest Bryll

Epikur z mojej klatki schodowej - Adam Zagajewski

Epikur z mojej klatki schodowej

Epikur z mojej klatki schodowej
po wieczorowym uniwersytecie
marksizmu-leninizmu
po skróconym kursie miłości
dwa razy dziennie wypuszcza na wolność
swoją teściową schorowaną staruszkę
która pluje starą czarną krwią
i mówi do niego ty skurwisynu
Wtedy on nastawia na nią radio
gdzie właśnie jest audycja
pełnym głosem o sprawach młodzieży
i myśli jeszcze jestem młody
moje życie otwiera się przede mną
jak zatoka morska w pełnym słońcu lata

Adam Zagajewski

Poemat o Chrystusie Dziecięcym - Pieśń VIII - Krzysztof Kamil Baczyński

Poemat o Chrystusie Dziecięcym (fragment)
VIII. Pieśń
"Ktokolwiek by nie przyjął królestwa bożego jak dzieciątko, nie wejdzie do niego"
Dzieci w oczach noszą chabry
i powagę troglodyty.
Dzieci w oczach noszą prawdę,
noszą białe, spełzłe mity,
Dzieci mają rączki kociąt,
brudzą po kolana w śnie.
Odpływają okrętami,
odpływają, pod żaglami
każdym liściem w jasny dzień
Po błękitnych brodzą grzechach.
po zielonych brzegach brodzą,
okrętami z łup orzecha
na bieguny snów odchodzą.
Na kolebkach białych pieśni
złote kule niebem tocząc.
Dzieci noszą w oczach chabry,
dzieci Boga w oczach noszą.

Krzysztof Kamil Baczyński

Co jest we mnie - Krzysztof Kamil Baczyński

Co jest we mnie

We mnie - góry ciężkie wiatr podnosi,
ponad chmury - groźne młoty jak ciężary,
i rozrywa je mocarnym tchem i głosem,
a zamienia w niepodzielne burz obszary.
Potem morza, które szarpią stropy ciemne,
gwiazdy z bliska biją we mnie ogniem,
poryk gromów, co pod stopą rwą podziemne
bramy blasku - żadnym bramom niepodobne.
I ta ziemia cięższa od orkanów
we mnie ciasnym z hukiem się obraca,
i rozdarty nią jak głazem rana
czekam Boga, który nigdy nie powraca.
Albo ptak zimowy w śniegu na mnie woła,
długie pola pod nim, pola smutku,
gdzie się cisza zmienia w głuchy łuk kościoła
i tak w wieczność wchodzę po cichutku.
Albo jeszcze góry cięte strugą
jak wstrzymany pęd obłoków we mnie wstąpią
i jak w rzece zamyślenia długiej
smoki białe w mym odbiciu się wykąpią.
i powrócę między ludzi w gniew i miłość
w kruchym ciele, w nieostrożnym, w szklanej trumnie,
tak poczekać w tym, co jest, i w tym, co było,
całą wieczność tak przeczekać, nim zrozumiem.

Krzysztof Kamil Baczyński

Jedno drzewo - Julian Przyboś

Jedno drzewo

Tak, to po liściach dotykalnej wiśni,
tej oto, domyślnie
kryjącej tamtą przed- czy poza-wiśnię
w sadzie wyciętym, w listkach przed półwieczem
opadłych, lecz odzieleniałych,
pluszcze deszcz,
ciąg dalszy
przerwisty,
powtarzany wiernie...
Od owoców ujrzanych wtedy najsoczyściej
odrywa się ich czerwień i z dwóch wiśni ciecze
pąsowymi kroplami za kroplami... pada
na trawę podnoszącą tym zieleńszą zieleń.
Dotykam pnia obiema rękami... to ledwo
jedno
drzewo.
Lecz nie znika ta sama, mokra, twarda
kora
okrywająca próżnię po dawnym... stoi
pień bez twardzieli,
trwają w liściach liście;
deszcz najdalszy je rosi.

I uchodzi w korzenie jedynego drzewa
rozwinięty ze słojów dwuczas ocalały
w szumie tak czystym, że śpiewa
o twoim płaczu z radości
nie mojej.
I sikora na cierniu poćwierkując cierpnie
dawno zmarła i modra.

Julian Przyboś

Jesień 42 - Julian Przyboś

Jesień 42

Nadciąga zagłada!
a ja kłonię gałąź jabłoni:
ukrywam się w podziwie...

Oto
trzymam w dłoni jabłko tak prawdziwie,
że władam,
rzeczy tknięte moim wzruszeniem przytaczają się słownie –
z każdym rokiem szybciej
planeta toczy mi się do rąk.

Wola mistrzostwa dojrzała we mnie o rok.
Każde moje zdanie ma składnię uczucia.

Gdy dzień – jak odroczenie na dzień wykonania wyroku,
tym owocniej wypełniam go życiem
do dna nocy.
Chwytam wasz strach, jak w potrzask, w błyskawiczny spokój.
Osobno – w walce spólnoty
biorę udział.

Julian Przyboś

Burza - Julian Przyboś

Burza

Nie wychylaj się, spójrz: plac - z rąk mi wypadł,
potoczyło się, oddaliło śródmieście,
a w górę
- gdy nas rozkosz dwoi -
niesie
podsadzony pięcioma piętrami pokoik!
Poza rozwarte okno, ścian nabitych - wypał,
z twego ciała wycałuj mnie w śmigłą przestrzeń!
Niebo obrywa się błyskawicznie w dół,
w wichurę,
i drga burzą nagie powietrze.
Na niebie, z burzy, którą piorun błyskawicą spruł,
rozrabiające tęczę
śmigło!

Julian Przyboś

Z Tatr - Julian Przyboś

Leon Wyczółkowski - Druid skamieniały - 1894
Z Tatr

Słyszę:
Kamienuje tę przestrzeń niewybuchły huk skał.

To - wrzask wody obdzieranej siklawą z łożyska
I
gromobicie ciszy.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem,
uciszę,
lecz -

Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr.

To zgrzyt
czekana,
okrzesany z echa,
to tylko cały twój świat,
skurczony w mojej garści na obrywie głazu;
to - gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt.
Na rozpacz - jakże go mało!
A groza - wygórowana!

Jak lekko
turnię zawisłą na rękach
utrzymać i nie paść,
gdy
w oczach przewraca się obnażona ziemia
do góry dnem krajobrazu,
niebo strącając w przepaść!

Jak cicho
w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.

Julian Przyboś

W albumie Elizy z Branickich późniejszej Krasińskiej - Juliusz Słowacki

Portret Elizy z Branickich Krasińskiej
W albumie Elizy 
z Branickich późniejszej Krasińskiej

Chciałbym, ażeby tu wpisane słowo,
Jeśli na wieki ma słowem pozostać;
Aby słów miało nieśmiertelnych postać
Albo posągów piękność marmurową -
Lub jak Walkhirie, co noszą nad głową
Wieniec z piorunów i we krwi szeleszczą;
Chciałbym, ażeby miało taką wieszczą
Groźbę i skrzydła i twarz piorunową.
Lecz słowo martwe. - Ale wy jesteście
Jako Walkhirie z północy przybyłe,
Pod wasze stopy rzucimy niewieście
Grobowce nasze. - A wy na mogiłę
Wstąpcie - a kto wart życia - tego wskrzeście.

Juliusz Słowacki

Bossa Nova Solannowa - Michał Rusinek



Bossa Nova Solannowa

A ja jestem dzieckiem smutku.
Płyną łzy i pomalutku
zastygają w soli grudki.
Takie grudki, jakie smutki.
Gdy za dużo smutków wszelkich
lub gdy jeden – za to wielki,
to tryskają łez fontanny
i wnet stygną w kształt Solanny.

Do-re-mi-fa-sol – Solanna,
najsolenniej łez zachłanna.
Sól w krąg sypie, niby manna,
gdy się sączy nieustanna
bossa nova solannowa
solannowa bossa nova.

Jestem w twoim oku solą,
samotnica – tańczę solo.
Każdy dotknąć mnie się lęka,
bo się rozsypuję w rękach.
Czasem zaś jak Lota żona
stoję w deszczu zamyślona,
rozpuszczając się powoli.
Ginę z braku parasoli...

Do-re-mi-fa-sol – Solanna...

Łaknę łez, nie słodkich dżdży –
słono płacę za te łzy –
więc we łzach, kochany, toń,
a ja chwycę twoją dłoń,
wtedy weźmie nas na hol
nova bossa – anna sol.

Michał Rusinek

Uciech nadmiarem - Jean Cocteau

Uciech nadmiarem

To szczęście nasze grąży się uciech nadmiarem.
Co też złego czynicie, życia mego pszczoły?
Brakuje odwagi, w szczęście zatraciłem wiarę,
gdy jak domostwo zbrodni wasz ul sterczy goły.

Pod tygrysem królewskim z trwogi i rozkoszy
Umiera róża. Prawda: ten tygrys ma skrzydła.
Federico de Madrazo de Ochoa - Portrait of Jean Cocteau - 1010/12
Lecz anioł-stróż, co lalki okrutnie patroszy,
On również jest skrzydlaty, jak panienka brzydka.

Zwalane atramentem i śniegiem anioły,
jak zecerzy, niekiedy drukują obłoki.
Ze skrzydłami na plecach umykają z szkoły,
fruwając, gdzie popadnie, i kradnąc, jak sroki.

W dłoniach, losem wybranych, śnieg krzepnie w marmury,
od marmuru do soli dla Venus się bieli
droga, a potem w ciało. I wyrasta z chmury
na plaży, gdzie się kąpią o każdej niedzieli.

Lecz, znając kręte ścieżki od ciała w posągi,
Venus usypia, stojąc, i w Luwrze się budzi.
Nie naraża się na nic: mordowała ongi
i w tysiąc lat odkryto, że zabiła ludzi.

Pod maszynę do szycia uśnijże po trochu
dzieciństwo, serce srogie, spragnione udręki.
Oto osa umarła i mdły zapach prochu,
słońca przebite sztucznie w głębi pustej wnęki.

Chrystus, łotry, przybity nad wioską wysoko:
wczoraj żołnierzy tutaj witała muzyka,
obawiano się burzy i czekano zmroku,
a śmierć pisała słowa: V i v a t R e p u b l i k a !

Jeden oddech miłości: i umiera raca,
otwiera oczy modre: bo tak łabędź śpiewa,
lecz wiedząc, że gawiedzi ta śmierć się opłaca,
zamyka je, i wzdycha, i opada w drzewa.

Och! Zostaw mnie w spokoju, ty sielskie ustronie,
nie każ, aby wspomnienie ścięło róży oczy;
na wysokościach miasta o dach tłukę skronie
i mój cień, jak atrament, wokoło mnie broczy.

Oto miody zebrane przez pszczoły me: cienie,
które mnie wydrążają, jako korek płochy,
lżejszy od piany, jednak opadam w przestrzenie,
gdzie ów z śniegu i Venus stroją straszne fochy.

Jean Cocteau
przełożył Stefan Napierski

Z cyklu „Les Poésies d'André Walter” - Andre Gide

Z cyklu: „Les Poésies d'André Walter”

I
Nie było tego roku wiosny, moja miła;
Pod kwiatami nas piosnka lekka nie bawiła,
Ni kwiecień, ani śmiechy, płoche, ni przemiany;
Różany wieniec nawet nie będzie splatany.

Pod blaskiem lamp byliśmy jeszcze pochyleni,
Nad książki zimy, które zasłaniały gwiazdy:
Podówczas zaskoczyło nas słońce jesieni,
Czerwone i lękliwe, jak morskie rozgwiazdy.

Powiedziałaś: — Ach, wrzesień za oknem.
Czyśmy tak długo spali?
Jeśli nam przyjdzie żyć tak dalej
Pośród tomów, to będzie monotonne.

Może już wiosna — nie do wiary —
Bez nas strwoniła wonne blaski;
Podnieś do góry kotary,
A szyby zarumienią brzaski. —

Deszcz padał. Bladych lamp pełganie
Wznieciliśmy, by światła było więcej,
I znów podjęliśmy czekanie
Jasnej wiosny, która nadejdzie.

Andre Gide
przełożył Stefan Napierski

Z księżycowych woni - Charles Leconte de Lisle

Z księżycowych woni

Cześć ci, boska, przyjdź do nas, którzy cię kochamy,
W głąb tajemniczych gajów, kędy drżą balsamy
Cichych westchnień. Zejdź lekką stopą po gór zboczu,
Schyl się nad źródłem, które drzemie śród zieleni,
Skąpać jego kryształy światłością promieni
Twych pięknych i tęsknych oczu.

O ty, która milcząca i wpółprzysłoniona
Na powiekach śpiącego śród mchu Endymiona
Złożyłaś pocałunek upojona ciszą,
Królowo pięknych nocy, miękkie blaski twoje,
Biała Selene, budzą twych snów złotych roje,
Co nas w strapieniu kołyszą.

Na burzliwej przestrzeni żeglarz zabłąkany
Z ufnością patrzy w niebo, choć ryczą bałwany,
I gdy go wał ruchomy ze wszech stron otoczy,
Nie zadrży, choć się okręt w morską otchłań wali,
Póki widzi przed sobą na spienionej fali
Sploty twych jasnych warkoczy.

Usłysz nas, nieśmiertelna! Na ten świat cierpienia
Niech się twa słodka jasność cicho rozpromienia,
O ty, perło lazurów lśniąca na ich szczycie.
Spowij niebiosa w swoje srebrzyste zasłony
I uśmierz choć na chwilę ten ból niezleczony,
Który wypełnia nam życie.

Charles Leconte de Lisle
przełożył Antoni Lange

Endymion - Paweł Hertz

Hans Thoma - Endymion - 1886
Endymion

Endymion idzie pod księżycem
Pobrzeżem rzeki, w cieniu drzew.
Cienie – złe włosy topielicy,
Co z dna zawodzi szumny śpiew.

Tu pod arkady cię przywiodą
Ten śpiew, i sen, i księżyc w mgłach,
Tu pochylony ponad wodą
Rozróżnisz noc, i śpiew, i strach.

Że pora roku nocy bliska,
Gwiazdy zwiastują ci śpiew…
Patrz, Endymionie! Znów ogniska
Palą pasterze w gąszczu drzew.

Paweł Hertz

Idziesz jak ja kiedyś z bramy - Marina Cwietajewa

***

Idziesz jak ja kiedyś z bramy,
oczy zwrócone masz w bok.
I ja je spuszczałam tak samo!
Przechodniu! Ach, wstrzymaj krok.

Przeczytaj kurzyślep rwąc gminny
i maku zrywając kwiat,
że mnie nazywano Mariną
i ile przeżyłam lat.

I nie myśl, że to mogiła,
że wstanę — nie wolno rwać!
Jam nazbyt sama lubiła,
gdy nie wypada, się śmiać.

I włosy trefiłam co dnia,
i serca walił mi tłok.
Jam także była, przechodniu!
Przechodniu! Ach, wstrzymaj krok.

I na co mi wieczność cała,
na co złożono mnie w grób?
Jam tak do ziemi nie chciała
iść z ziemi najdroższej dróg!

Zerwij łodyżkę tę młodą,
poziomkę tę do ust włóż,
ponad cmentarną jagodę
nic nie ma słodszego już.

Lecz nie stój tak nieprzytomnie
z głową zwieszoną — bez słów.
Na chwilę podumaj o mnie ,
za chwilę zapomnij znów.

Jak kładzie się na twej twarzy
promieni złocistych kłos...
— I niechaj cię nie przeraża
spod ziemi brzmiący mój głos!

Marina Cwietajewa
przełożył K.A. Jaworski

Krzysztof Kolumb - Włodzimierz Majakowski

Krzysztof Kolumb
(fragment)

Minęły lata. Roztrzęsiony w pianach
ucichł Atlantyk, hardy za młodu.
Z burt „Majesticów" pierwsza lepsza brzana
pluje na twoją siwobrodą mordę.

Kolumbie! Ty byś się dzisiaj przestraszył:
na dnie okrętów twoi potomkowie
w sąsiedztwie piekła rozpalonych maszyn
leżą pokotem głowa przy głowie.

A na górze w blasku pierwszorzędnych rozetek,
tocząc się brzuchem po dobrym obiedzie
w komforcie kin, czytelni i klozetów
bawią się donny, signory i ladies.

Gdyby to ode mnie zależało osobiście,
to ja bym o Kolumbie, zacny durniu,
ja bym Amerykę zamknął, z lekka wyczyścił,
a potem znowu ją odkrył powtórnie.

Włodzimierz Majakowski
przełożył Józef Łobodowski

Może późno, może nazbyt wcześnie - Sergiusz Jesienin

***

Może późno, może nazbyt wcześnie,
nawiedziła dziś znowu myśl mnie ta:
jam się w Don Juana już wcieleśnił,
jak prawdziwy lekkoduch poeta.

Co się stało? Jak dzień po dniu świta,
co dzień klęczę u stóp innej, blady,
co dzień tracę sam dla siebie litość,
nie chcąc godzić się z goryczą zdrady.

Zawsze chciałem, aby krwi mej obieg
jak najmniej uczucia tkliwe żywił.
Czegóż szukam wiec wciąż w oczach kobiet
lekkomyślnych, pustych i fałszywych?

Ratuj, wzgardo, życia mego wątek,
zawszem słuchał gorzkiej twej wymowy.
W duszy kipi lodowaty wrzątek
i bzów cichych szelest fioletowy

W duszy zachód — żółta mgła polata
i wciąż słychać w mroku i tumanie:
Za swobodę uczuć jest zapłata,
Don Juanie, przyjmij więc wyzwanie.

Ach, przyjmuję. I los spotykając,
widzę dziś już, że mi wszystko jedno —
czcić w zamieci kwiat błękitny maja,
zwać miłością namiętności sedno.

Tak się stało. Tak się jakoś stało,
stąd u wielu stóp klęczałem, blady,
by się wiecznie szczęście uśmiechało,
nie chcąc godzić się z goryczą zdrady.

Sergiusz Jesienin
przełożył Kazimierz Andrzej Jaworski

Ścigany - Tadeusz Różewicz

Grzegorz Bialik
Ścigany

Noc
wciąga mnie
w głąb.
Płynę w dłoniach jak w łodzi
Odpływam stąd.
Ukryty,
owinięty prześcieradłem,
drżę nagi
wyrzucony
na wierzch, na pościel
jak na groźny ląd.

Twarz przyklejona do szyby
jak liść.

To są kroki
to dzwonek
to zwykła rozmowa.
Uciekam od ściany do ściany
krzyczę szeptem:
jestem!

Tadeusz Różewicz

Don Kichot - Józef Łobodowski

Don Kichot

szmerem kropel zaszumiała na cedrach
alkoholem nocy cierpka ciecz
piersiom stal kolczugi ustom zimny miecz
miguelu miguelu saavedra

Honoré Daumier - Don Kichot - 1868
nad la manczą senne orły w mgłach
nad la manczą opętane wichry
od tych tłumów co w dolinach zacichły
don kichocie oto boleść i strach

wśród fortecznych wśród ściemniałych ścian
czarne zwłoki opuszczonych faszyn
gdy cię zegar północny przestraszy
wtedy poznasz żeś marzył nad stan

rośnie z wichrem śpiewający las
błyszczą oczy przydrożnej szynkowni
don kichocie obłąkany tyś wartownik
spuść przyłbicę znak podaj już czas

czarne mroki na gałęziach jak sowy
pierś kokardą przewiązuje grom
na spotkanie szalonym dniom
lśniące ostrze kopii stalowej

po arteriach rozbrzęczanych szyn
krwią nabiegłe potwory dudnią
coraz ciężej umęczonym południom
coraz szybciej oszalały młyn

fosforyczny płomień na maszt
jęczą z wichrem liny poszarpane
ponad burzą nad ryczącym oceanem
w mgłach widnieje twoja orla twarz

lśniące płaty zdruzgotanych blach
ciężkim młotem skuwa czarny płatnerz
don kichocie ostrzem w serce cię zatnę
abyś poznał czym rozpacz i strach

szpalerami żałobnych tuj
korowody naszych krwawych tarczy
świat nas swoim ciężarem obarczył
obarczonych wyprowadza na bój

mękę ciał kładź na sercu i zważ
czy ustoi pod gromami katedra
miguelu miguelu saavedra
pod dębami straszny zakon nasz

Józef Łobodowski

Przed poematem - Julia Hartwig

Przed poematem

Ustokrotnij obrazy swych wzruszeń, porzuć je w bezładnych szeregach, które oglądać się będzie latami, pierwsze porankiem i zimą,
ostatnie przysypane rozpadającym się kaczeńcem.
Światło je porozłamuje, rozdzieli i wydobędzie ich podobieństwa.
Ujrzysz się wtedy w mnogości póz, które ci przypomną setki napotkanych ludzi.
To pozbawi cię słodyczy intymności i zbliży na krok do poszukiwanej prawdy słowa.

Julia Hartwig

Ruś sowiecka - Sergiusz Jesienin

Ruś sowiecka

Huragan ów już przeszedł. Niewielu ocalało.
A wśród przyjaciół moich ileż strat!
Znowu mnie wita kraj osierociały,
w którym nie byłem osiem lat.

Kogóż mam witać! Z kimże się podzielę
smutną radością, że zdrowie mi służy.
Tu nawet wiatrak - ptak sklecony z belek
z jedynym skrzydłem oczy na mnie mruży.

Nikt mnie już dzisiaj nie zna tu po latach.
Zapomniał każdy Któż pamięta, któż?
A tam, gdzie stała kiedyś rodzicielska chata,
na gruzach osiadł dziś popiół i kurz.

A życie wre. Tłum wkoło się porusza.
Widzę twarze młodzieńcze i starcze.
Lecz nie mam przed kim zdjąć już kapelusza,
I w żadnych oczach nie widzę oparcia.

W głowie myśli wiją się wstęgą.
Cóż mi ta ziemia? A może to się tylko śni?
Wszak patrzą na mnie wszyscy jakby na włóczęgę,
co z stron dalekich wlókł się tu przez wiele dni.

Michaił Nesterov
I to ja! Ja wsi tej obywatel,
której stąd tylko sława się uściele,
że tu kiedyś powiła baba z kurnej chaty
rosyjskiego gorszyciela poetę.

Lecz myśli sercu szepczą takie słowa:
Poczekaj! Cóż cię tak obraża,
wszak tutaj tylko pokolenie nowe
nowe ognie w izbach rozżarza.

Tyś zaczął przecie już okwitać trochę
inni młodzieńcy inne nucą pieśni
o tym, że w oczach ich cud się cieleśni,
nie wieś chcą tylko całą ziemie kochać.

Ojczyzno moja! Jak się śmieszny stałem!
Na zapadłych policzkach pali się rumieniec.
Dziś język braci zda mi się niezrozumiały
i w własnym kraju jestem cudzoziemiec.

A oto widzę, wieśniacy w niedzielę
jak dawniej w cerkwi zebrali się w gminie
i niezdarnymi słowami się dzielą,
jakby to lepszym swe życie uczynić.

Już wieczór. Płynną już pozłotą
obryzgał zachód szare pola
i bose nogi jak ciołki pod wrota
w kałuże smukłe wetknęły topole.

Chromy krasnoarmiejec co obliczu sennym,
wspomnieniem goniąc w przeszłości daleko,
opowiada poważnie chłopom o Budiennym,
jak to czerwoni odbili Perekop.

„A my go tędy i tędy raz jeszcze
burżuja tego... który... tam na Krymie"...
A klony wznoszą swych gałęzi kleszcze,
a baby dziwią się w kuchennym dymie.

Ze wzgórza młodzież komsomolska kroczy
i w takt harmonii tupiąc roześmiana,
śpiewa agitki Biednego Diemjana,
a krzyk wesoły po polach się toczy.

To ci kraj dopiero! I po cholerę
darłem się w wierszach, żem druh wsi bezsprzeczny?
Moja poezja tutaj nie wyda się szczera,
i sam właściwie także jestem tu zbyteczny.

Cóż począć! Żegnaj, ziemio lat dziecięcych.
Oddałem tobie mój najszczerszy poryw.
Niechaj mnie dzisiaj nikt nie śpiewa więcej —
śpiewałem wtedy, gdy mój kraj był chory.

Przyjmuję wszystko radośnie i śmiało,
gotów po śladach piąć się ścieżką stromą.
Maj i październik wezmą duszę moją całą,
lecz lutni miłej nie oddam nikomu.

Nie złożę jej przenigdy do niczyjej ręki,
najdroższej matki, ni druha, ni żony.
Bo tylko mnie swe ona powierzała dźwięki
i słodką pieśń mnie tylko jej szeptały tony.

Kwitnijcie młodzi! I kąpcie się w zdrowiu!
Inne jest życie wasze i inny wasz śpiew.
Ja pójdę tam, gdzie gwiazd się błyszczy mrowie,
na wieki dławiąc duszy buntowniczej gniew.

Ale i wtedy, kiedy na całej planecie
ustanie wszelkie zło i smutek zniknie już,
ja będę śpiewał wciąż sercem, co drży w poecie,
tę szóstą świata cześć, co zwie się krótko, zwie się - Ruś.

Sergiusz Jesienin
przełożył K.A. Jaworski