Na połów wieloryba - Jacques Prévert

Na połów wieloryba

"Na połów wieloryba! Na połów wieloryba!
Wołał chrapliwie ojciec do syna Prospera,
Który leżał przy szafie i w podłodze szperał
Na połów wieloryba! Na połów wieloryba!
A dlaczego, mój synu, dlaczego
Nie chcesz popłynąć ze mną?"

"A dlaczego, mój ojcze, miałbym pójść, dlaczego?
Wszak wieloryb nie zrobił mi nigdy nic złego,
Płyń sam, choć niepewna pogoda,
Jeśli ci się tak podoba.
Ja wolę zostać w domu i siedzieć przed domem
Z moją mamą i z moim kuzynem Gastonem".

Więc ojciec sam popłynął w uniesieniu chwackim
Wojtek Siudmak - Phantom Sailing Ship (fragment obrazu)
Na swym rozkołysanym okręcie rybackim.
Oto ojciec na morzu,
Oto syn przy kominie.
Oto wieloryb w gniewie,
I oto kuzyn Gaston, siedzący za stołem,
Wywraca wazę z rosołem.
Niedobre było morze,
Ale rosół był dobry,
I oto na swym krześle Prosper się zamartwia:
„Na połów wieloryba, na połów wieloryba,
Czemużem nie pojechał, jakiż ze mnie śmiałek?
A nuż miałbym łut szczęścia i złowiłbym rybę
I uszczknąłbym porządny kawałek”.

Lecz oto drzwi trzasnęły, wiatr zahuczał w piecach,
I ojciec się zjawia zdyszany
Dźwigając zwierzę na plecach.
Rzuca na stół wieloryba, wieloryba o niebieskich oczach,
Takie twory śnią się tylko po nocach,
I woła: "Nie mam sił dalej nieść,
Oporządźcie mi to zwierzę co prędzej,
Jestem głodny, chcę pić i chcę jeść”.

Lecz oto Prosper powstaje,
I patrzy ojcu w białka, same białka oczu,
Oczy ojca o takich przezroczach
Niebieskich, jak niebieskie oczy wieloryba,
Wieloryba o niebieskich oczach:
„A dlaczego mam krajać to zwierzę, dlaczego?
Wszak wieloryb nie zrobił mi nigdy nic złego,
Ja palców w tym maczać nie mogę".
To mówiąc rzuca nóż na podłogę.
Lecz wieloryb się zerwał i nóż chwycił w pięści
I wbija nóż w pierś ojca i szarpie na części.
"Ach, mój Boże, mój Boże – mówi kuzyn Gaston –
To wszystko przypomina mi młodości chwile,
Gdy wybiegałem za miasto
Łowić motyle”.

I oto
Oto Prosper nekrolog ojcowski układa,
Oto matka po mężu żałobę nakłada,
A wieloryb nad nimi pochyla się nisko,
Popłakując, że rozbił domowe ognisko.
Nagle ocknął się z żalu, uderzył hołubca:
„Czemu, czemu zabiłem nieszczęsnego głupca,
Teraz gonić mnie będą żandarmi, gotowi
Całą moją rodzinę przez zemstę wyłowić”.

I wybuchając śmiechem, co krew ścina w żyłach,
Sunie do drzwi, a po drodze do wdowy
Odzywa się tymi słowy:
„Proszę pani, jeśliby się o mnie
Dopytywał ktoś nadto ciekawie,
Niech mu pani odpowie łaskawie
Z miną przyjazną i rzewną:
„Proszę usiąść
I proszę poczekać,
Wieloryba w domu nie ma właśnie,
Ale za jakieś lat... piętnaście
Wróci na pewno".

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Samotność - Jean Follain

Igor Mitoraj
Samotność

W pobliżu wielkiego kielicha u stóp wody przejrzystej
powoli
zdjął maskę wykrojoną z drzewa.

Krew zwierząt
strumieniem biła w noc ze słodyczy i czaru.

I gdy nasłuchiwał
maska biała jak ciasto chlebne
próchniała od cieni po bokach.

Jean Follain
przełożył Julian Przyboś

Marinetta - Georges Brassens



Marinetta

A gdy piosenkę moją chcę zaśpiewać Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni do opery musi pójść
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy musztardy słoik biegłem zanieść Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni po obiedzie była już
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy na Nowy Rok kupiłem rower Marinetcie
Ta szelma ta zdrajczyni już nabyła sobie wóz
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy w te pędy biegłem na spotkanie z Marinettą
Ta szelma z jakimś typem migdaliła ostro się
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy rozwalić chciałem z rewolweru Marinettę
Ta szelma ta zdrajczyni zaziębiła się na śmierć
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie, ach mamo!
Do wiatru wciąż wystawia ona mnie.

A gdy posępnie biegłem ja na pogrzeb Marinetty
Ta szelma ta zdrajczyni zmartwychwstała śmieje się
Na dudka wystrychnęła znowu mnie, ach mamo
Na dudka wystrychnęła znowu mnie.

Georges Brassens
przełożył Edward Stachura
PS. Dziękuję:)

Złoty syfon (fragment) - Francesco Cangiullo

Złoty syfon (fragment)

Włosy pozłacane krwią,
oczy fosforyzujące,
nimfy czarowne i źródła posrebrzane,
gdzie się syreny pluskają
i lśniące od złotowłosów
ciała faunów drżą.
O, suchotnicy-poeci!
I wy im śpiewać możecie!
O malarze z muzeów!
I wy ich pieścić możecie!
Niebo błękitno świegotające,
ideale błękitny,
błękitny pierścieniu śmierci!
Blaskiem rażące niebieskie ścieżki:
lećcie w nie dzielni piloci,
kiedy was obłęd zamroczy!
Południe olśniewające:
leźcie z tęsknoty kokoty, nocna hołoto,
jak cyrkle roztworzone,
rozlazłe, kwaśne, zielone,
w cieniu takich izb,
które zawsze zamykają oczy.

Każda latarnia sztyletuje, rozżarzona do biała w południe.
Każdy balkon ma swoją szybę,
w którą reflektor druzgotem ślin pluje.
Każdy brylant jak słońce ma serce bijące
i błyska, piska, szeleści, wytryska
elektryczną burzą.
Wszystkie krople, drzazgi, które się w snach mrużą,
są pluskami i bluzgami białego ognia.
Każda kropla wina ma coś z rubina.
Każdy metal roztapia się w setne łzy światła
słonecznym pomiotem.
Złoto jest mosiądzem,
a mosiądz jest złotem,
który płonie, skrzy się, drży,
jeżąc siarczane włosy.
Każda rzecz żywi w sobie pająka,
który ją oprzędza świetlistą pajęczyną.

A najwyższy On się śmieje.
Wyrafinowany pochlebca,
czarodziejski mamiciel,
który nim mgły rozwieje,
posyła na ziemię o świcie
ociekający strumień złota.
Niewyczerpany i świeży!
Jedyne złoto poetów!
Jedyne źródło złota,
którego nie dostaną bankierzy!

Słońce!
Aureolo pracy nowej!
Zagłado pracy starej!
Słońce,
które elektryzujesz zielone liście,
a spopielasz schnące,
najczystsze słońce!
Które każdego dnia o zachodzie
zapalasz stary dzień,
zapalasz siebie samo w onym starym dniu
błyskiem żarliwych drgnień,
aby dać tym, którzy się urodzą jutro,
słońce i jutro,
zawsze wciąż nowsze i czystsze
w złocie jutrzenek —
ty będziesz naszem słońcem,
zanim się jutro nam wyśni,
najwyższa meto lotników,
syfonie złota
t r y ś n i j!

Francesco Cangiullo
przełożył Jalu Kurek

Senność - Bogusław Adamowicz

Senność

Śpią lądy we mgle gęstej, która świat spowiła,
Pod gęstą mgłą, co niebo zaciągnęła w górze;
Śpią morza, niepojęta magnetyczna siła
Ujęła oceany, ugłaskała burze.

Śpią cicho na bezdrożach statki rozproszone,
W niebiosach przewodnicze śpią nad nimi gwiazdy;
Śpią orły, śpią podchmurną opuściwszy stronę,
Umilknął nad skałami grzmot ich górnej jazdy...

Śpią kwiaty, pośród kwiatów senne drzemią żmije...
I tylko na jeziorach płaczą gdzieś łabędzie...
A tu, przy chatach naszych, pies na księżyc wyje...
I przez sen głupi kur obwieszcza, że... dzień będzie...

Bogusław Adamowicz

Przeszłość demoniczna - Bogusław Adamowicz

Przeszłość demoniczna

Tomasz Alen Kopera
Na posępnym urwisku niebotycznej skały
Ktoś zawiesił kolebkę nad otchłanią ciemną...
Kołysany wichrami, co z Zaświatu wiały,
Śniłem w mgłach...Noc i trwoga czuwały nade mną.

Po niebie - burzliwymi posępione kłęby
Pasowały się chmury, jak olbrzym z olbrzymem -
I grom wielki, kruszący ciemne wieków zręby
Przelatując mistycznym odurzał mnie dymem...

Obłędne meteory, skier syczące świstem -
Te gwiazdy ręką Bogów postrącane gniewną -
Błyskały w mą kolebkę okiem płomienistem...
Jak gdyby jakąś czuły istność w niej pokrewną...

Stronami - wulkanicznych wybuchów ogromy
Dymiące swych pochodni rozniecały zorze;
Ziemia drżała; z gór skalne toczyły się złomy;
A w otchłani ryczące kotłowało morze.

Dzikie sępy Kainowe, lecące z Gehenny,
Grozą skrzydeł swych skroń mi owiewając zbladłą,
Kąpały ciemne pióra we krwi łun płomiennej...
I jedno uronione w mą kolebkę spadło...

Bogusław Adamowicz

Krajobraz - Paweł Hertz

Ralph Albert Blakelock - Moonlight Sonata - 1889-92
Krajobraz

O, chłodne chmur archipelagi,
płynące, jak muzyka.
Obłoków wiatrem wzdęty żagiel
na jasnym wschodzie znika.

Lecz zachód, północ i południe
w pochmurny skryte welon,
jak trzy umarłe, puste studnie,
chłodem i nocą wieją.

Spowite w gwiazdy, jak w łańcuchy
żałobnych, srebrnych kwiatów,
oddają pocałunek głuchy
odchodzącemu latu.

Na wschodzie obłok jeszcze chłodem
o nieba tarczę trąca
i luna wisi nad ogrodem
jak lutnia już milcząca.

Paweł Hertz

Pejzaże Harasymowiczowskie - Wojtek Bellon



Pejzaże Harasymowiczowskie

Kiedy stałem w przedświcie a Synaj
Prawdę głosił przez trąby wiatru
Zasmreczyły się chmur igliwiem
Bure świerki o góry wsparte
I na niebie byłem ja jeden
Plotąc pieśni w warkocze bukowe
I schodziłem na ziemie za kwestą
Przez skrzydlącą się bramę Lackowej

I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi

Moje myśli biegały końmi
Po niebieskich mokrych połoninach
I modliłem się złożywszy dłonie
Do gór do madonny brunatnolicej
A gdy serce kroplami tęsknoty
Jęło spadać na góry sine
Czarodziejskim kwiatem paproci
Rozgwieździła się Bukowina

I był Beskid i były słowa
Zanurzone po pępki w cerkwi baniach
Rozłożyście złotych
Smagających się wiatrem do krwi

Wojtek Bellon
PS. Dziękuję:)

Nie zabrną me twory... ("Nienasycenie") - Witkacy

Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Autoportret wielokrotny", ok. 1915-1917, Petersburg, fot. Muzeum Sztuki w Łodzi
***

Nie zabrną me twory popod żadne strzechy,
Bo wtedy, na szczęście, żadnych strzech nie będzie.
W ogóle z tego żadnej nie będzie uciechy,
I tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie.

Witkacy

Bellatrix - Witkacy

Bellatrix
(Z wierszy bohaterów dramatów i powieści)

Z głębiny nocy niepojętej
Sen modrooki na mnie kiwa,
W postaci dziwnej, wniebowziętej
Ku światom swoim mnie przyzywa.
Wśród nocy dziwnej, niepojętej
Ocknę się nagle w innym świecie,
Gdzie sama dziwność w ludzkiej szacie
Niepodobieństwa straszne plecie.
W metafizyczną głębię lecę,
Zaświatów jedność trzymam w ręku...
Wtem zezem ku mnie życie spojrzy,
Budzę się w strasznym, podłym lęku.

Zemstą przeznaczeń,
Ponurych sflaczeń
Świat cały rzucił na poniewierkę
(jak brudną ścierkę),
A potem cucił
Słodkimi słowy.
A czemu pod oczami podkowy?
A czemu zdrapana bródka?
A chwila była krótka,
Lecz dla wspomnienia długa...

Przeszłość, ofiara mej zbrodni,
Miga się w czarnej pochodni;
Trup się uśmiecha przez zęby,
Daremnie pręży swe kłęby.
Czasem się coś pisze, nie rozumiejąc istotnego sensu. Potem to przychodzi i trzeba się dziwić, skąd się o tym wiedziało, nie wiedząc właściwie nic.
Witkacy

Ostatnia piosenka o chorobie... - Witkacy

Ostatnia piosenka o chorobie
(czeski, gruby sentymentalny głos) na nutę Titiny


Wszystko my mu dawali,
Nawet i to cjankali,
Lecz nyc mu ne pomoglo,
Bo pomóc nyc - ne moglo
Wykonczyl se ten facet,
Jak ten wendnący tacet,
Nyc po nym ne zostalo,
Bo zrobil bardzo malo!

Witkacy
PS. Podpis na fotografii Witkacego: 
"Z głupim człowiekiem nie warto gadać,
Więc stulcie pyski i proszę siadać!"

Milionerzy (Ledwo jeden...) - Witkacy

Milionerzy

Ledwo jeden ubył nam rywal,
Już zaraz nowy przybywa.
Temu już chyba nie damy rady,
Choć do nas się nie umywa.

Choć tylko narzędziem był w naszych rękach
I nasze spełniał zachcianki,
Witkacy - Self-portrait - 1910
Puszy się cały w orderów pękach
I łatwiej zdobywa kochanki.

Bo zanim ludzkość całkiem się rozflaczy
I wejdzie na nowe drogi,
Dekoracyjność także coś znaczy
I dawne nie zmierzchły bogi.

Pijmy więc dalej, a potem jak oni,
Ten działacz i oberwańcy,
Pędźmy za szczęściem w dzikiej pogoni,
Zbywszy się wszelkich kagańcy.

Ostatnie to chwile wielkich osobników,
Użyjmy życia chociażby do mdłości.
Zrywajmy kwiatki z cienistych trawników,
Póki nie zdepce ich but wszech-miłości.

Demony wszystkich krajów
Łączcie się między sobą.
Zanikających rajów
Jedyną jesteśmy ozdobą.

Jesteśmy milionerzy
To jest fakt niezbity,
A wszystkie dziewczynki tutaj
Noszą na głowach kity.

Użyjmy czarnej miłości,
Po uszy, po pas, po szyję,
Użyjmy aż do mdłości,
Zróbmy piekielną chryję!

Wyspa jest więc nasza,
A król ma swe dolary,
Ach, ten pieniądz, ten pieniądz!
Jakież on sprawia czary.

Nasyci się księżniczka
Swoim kawalerem
I także nasza będzie,
To pewne, jak zero zerem.

Dodawać zera z lewa,
To każdy dureń potrafi.
Na to, by dodać z prawej,
Trzeba być członkiem Mafii.

Mafia nasza potężna
Oplata cały świat.
Dlatego też my jesteśmy
Życia najlepszy kwiat.

Witkacy

Do panny Mery*** - Witkacy

Witkacy - Nena Stachurska 3
Do panny Mery***

Arktyczny szantaż spalił gejzery
Mych bladych kłów.
Tańczcie włochate, mdłe bajadery
W krawędziach snów.
Teraz was trzymam za wściekłe rajery
Gdy wschodzi nów,
Zwisa się w kanał synów megiery
Rząd rudych łbów.
Rozpraszam trefle o piki i kiery,
Karo mam znów,
Ukój gangliony najdroższa Mery
Wśród ściętych głów.
Chodź pić zawrotne włoskie likiery
W assamblach sów,
Niechaj z zazdrości zbledną hetery
I Palfy Gróf.

           Marceli Duchański-Blaga

Witkacy

Moje biurko - Witkacy

Moje biurko
(Utwory Piurblagistów)
Witkacy - Autoportret z samowarem - 1917

Kitka zeschniętej gencjany -
Mój kucyk zdemolowany
Na mym biurku.
I Jego obraz w rozciętym ogórku.
Jestem żaba - taki malutki łobuz,
Wchodzę w ogromny, pełen żołdaków, obóz.
Formiści srożą się jak tykwy,
I neo-futurów słyszę kwik,
Gencjaną opędza muchy z pikfy,
Mój zwycięski, tryumfobiedny ryk.
Na mym malutkim biurku
Photo od Gamage and the son.
Tam siedzi on - on mój
Na mym malutkim biurku
Siedzi w rozciętym ogórku,
Obraz mej pierwszej miłości
ON - taki biedny, zadumany,
On szuler piekielny w kartach
Na drodze życia zabłąkany,
On - pan z bękartów na bękartach,
On - taki biedny, taki mój.

                       Józefa Pigoń-Blaga

Witkacy

Wszystko nie to już - Witkacy

Witkacy - 1931 - Bóg Ojciec pierwszy raz poważnie zastanowił się nad istotą ziemi
Z "Porannych piosenek kąpielowych Stasia"

Wszystko nie to już
Gdyby nowy sojusz
Zawrzeć tak z kimś nieznacznie,
Byczo się bawić,
W rozkoszach się pławić,
Żyć pięknie, a nawet dziwacznie.
Tak by się chciało,
By komuś tak stało,
Że ktoś ten koniecznie coś by dał -
By wić się w dostatku,
Mieć róże w zadku
(Samochód też by się przydał)

Witkacy

Nie dorosłem do swych lat - Stanisław Staszewski



Nie dorosłem do swych lat

Nie dorosłem do swych lat
Masz mnie za nic, dobrześ zgadł
Jak tak można? - pytam was
Tyle lat marnować czas
Nauczyłem w życiu się
Paru rzeczy - wszystkich źle
Ale moją dróżką idź
Gdy się już nie daje żyć

La, la, la, la - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - gdy po szklance koniak spływa jak łza
Gdy toczy noc wszystkich godzin ciemnych zdrady i zła
A w sercu już zamiast krwi tylko popioły i kurz,
tylko popioły i kurz
La, la, la, la, - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - gdy po szklance koniak płynie jak łza
Gdy toczy noc wszystkich godzin ciemnych zdrady i zło
I kiedy dłoń ściska szkło, w którym przez płyn błyska dno

Inni zawsze wiedzą, co
Jak, dlaczego, gdzie i kto?
Komu wziąć, a komu dać
A ja nigdy, kurwa mać
A już nie daj Boże, gdy
Jakaś się spodoba mi
Zamiast brać bez zbędnych słów
Plączę i się kończę znów

La, la, la, la - wszystko prostsze, gdy się śpiewa i gra
La, la, la, la - coż, że wszyscy są mądrzejsi niż ja
Mieć, co się chce, można tylko, kiedy przegra się grę
A w sercu już zamiast krwi tylko popioły i kurz,
tylko popioły i kurz
La, la, la, la - wszystko prostsze kiedy ciebie się ma
La, la, la, la - po kieliszku koniak płynie jak łza
Cóż, że wszyscy są mądrzejsi niż ja
Utopi noc naszych godzin zimnych zdrady i zło
Bądź ze mną, bo w mgle lat zginie nam "la, la" - słuchaj to.

Stanisław Staszewski

Do poety - Zbigniew Jerzyna

Do poety

Jak wiatr drążący ciemne wnętrze świata,
niech twoje słowo przedrze się przez ptaka.
Niech niebo niesie, niech go nie zdobywa.

Jak ptak, co upadł i rozrzucił pióra,
niech twoje oczy czułość w sobie mają –
bo to nieprawda –  c z ł o w i e k    p o g r z e b a n y.

Idzie kobieta – ty wtedy plecami
nie chciej zasłaniać jej blasku księżyca,
by nie potknęła się – by nie upadła...

A klęskę podnoś, jak się wznosi chmura
czarna od deszczu – a jednak wysoka –
Słońce przychodzi – później to wysycha.

Zbigniew Jerzyna

I z prawej i z lewej - Marina Cwietajewa

Iwan Kramski
***

I z prawej, i z lewej
Krwawe zasiewy,
I każda rana:
- Mamo!

Wszyscy rzędem leżą -
Obok siebie chłopcy.
Popatrzeć: żołnierze.
Kto tu swój, kto obcy?

Biały był - czerwonym został:
Krew zarumieniła.
Czerwony był - białym został:
Śmierć go wybieliła.

Marina Cwietajewa
przekład (?)

Legenda - Aleksander Błok

Legenda

Boże, czy słyszysz... Wybaczysz, Boże...
Wiosna płynęła w niebieskiej mgle.
W głuchym zaułku dziewczęta hoże
wyszły po grzech. Było ich dwie.

Trzeci za nimi. Lampa błyskała.
Snuł się bez szmeru, śladem tuż, tuż.
Snuł się — nieznany... Jedna myślała,
że niedaleko już światłość zórz.

Michaił Nesterov
Lecz północ mrokiem wciąż głębszym dyszy,
noc taje, ginie w wiosennych snach.
I mówi dziewczę: „Ty słyszysz, słyszysz..."
i szepce: „Z tobą tak mi dziś strach..."

Ubrana była w sukienkę białą,
ta druga w czerni (czy dziecko twe?)
Tej białej ciałko wychudłe drżało,
a druga — śmiała się w noc i mgłę...

Czy słyszysz, Panie, zlituj się, zlituj....
ta druga z śmiechem przyśpiesza krok...
a na ulicy pustką zabitej
zostali... Trzeci, ona i mrok.

Chyba świt blisko, chyba już blisko,
już blada zorza błądzi przez zmrok...
Rąbek niebiosów opadł tak nisko,
że zgasił latarń ostatnich wzrok.

Spadał tu łukiem. W przedświcie długim
nocy pijanej gubił się chmiel,
Gdy w trawie błysły na szkiełku smugi
została sama i sukni biel...

Pierwszych promyków nitki się żarzą.
Słabe rączyny chwyciły nić.
Ale już miasto grzmiąc rzeką zdarzeń
gdzieś w oddaleniu zaczęło żyć.

Był miłosny narkotyk w paczce barwnych banknotów.
Przeraziła się zorza, lecz przez wolę złych sił
ktoś dał miastu niezmierny przepych złota i potu
i słupami zatruty pył w powietrze się wzbił.

Podchodzili sąsiedzi, coś szeptali namolnie.
Starzec siwy jak dymek szczudłem wsparł się — tak stał.
Duszno było dokoła, Monotonnie i polnie,
rzucał kurz Niewidzialny, Niewidzialny się śmiał.

W tym ognistym orkanie ręce jej przyciskały
ziemię brudną i suchą, rozpaloną jak piec.
Boże wielki, wszak sprawisz, by zelżały nam skały,
odwróć od nas karzący, rażący twój miecz.

Wówczas niebo znak dało: w środek pyłu i krzyku
zstąpił jasny Archanioł. Ubieloną miał dłoń.
Wszystkim się wydawało, że wychodził z sklepiku
i że mąka mu bieli czoło, ręce i skroń.

Ale skały się rwały Ziemia już oddychała.
Cichnął w deszczu daleki, rozśpiewany skądś wóz...
Głucho ciżba huczała. Dziko burza się śmiała.
------------------------------------------------------------
Małą, białą dzieweczkę, archanioł do domu niósł...

Aleksander Błok
przełożył Józef Czechowicz

Nad okienkiem... - Sergiusz Jesienin

Michaił Nesterov - 1931
Nad okienkiem...

Nad okienkiem księżyc. Pod okienkiem wicher.
Bezlistna topola mieni się srebrzyście.

W dali płacz harmonii, głos osamotniony -
I tak bliski sercu, i tak oddalony.

Śmieje się i płacze pieśń zuchwała, hoża.
Gdzieś ty, moja lipo? Lipeńko wiekowa?

I ja dawno temu w świąteczny poranek
Z harmonią na piersi szedłem do kochanej.

A teraz dla lubej ja już nic nie znaczę.
Pod wtór cudzej pieśni śmieję się i płaczę.

Sergiusz Jesienin
przełożyła Anna Kamieńska

Dawniej myślałem... - Władysław Chodasiewicz

Iwan Kramski - 1873
***

Dawniej myślałem, chwilo mała,
Że oddam życie za rozkosze,
Lecz nie wie głupi włóczypała,
Jak cenne jego biedne grosze.

I oto inne dni nastały:
Pod wargą moją legły zmarszczki,
Minuty moje podrożały,
Dziś jestem skąpszy, bo już starszy.

I wiele widzę i rozumiem.
Na głowie mojej biel siwizny
i obrót gwiazd uchwycić umiem,
I słyszę rozrost trawy żyzny;

I szept, którego nie słyszycie,
I jakiś promień światła cichy
Wciąż wzbogacają moje życie
I doświadczenie błędnej Psychy.

Teraz nie skrzywdzę się, bo widzę
Mą starość — zbieram więc cierpliwie
To, czego tkliwie nienawidzę
I to, co kocham tak zjadliwie.

Władysław Chodasiewicz
przełożył Włodzimierz Słobodnik

Przeskocz i przekrocz pełen mocy - Władysław Chodasiewicz

Ilja Riepin
***

Przeskocz i przekrocz, pełen mocy,
Przeleć, prze... Zresztą, mówię tobie,
Wyrwij się już, jak kamień z procy,
Jak gwiazda, która spada w nocy...
Zgubiłeś sam i nie wiesz gdzie...

Bóg wie, co gadasz, mruczysz sobie,
Szukając klucza lub pince-nez.

Władysław Chodasiewicz
przełożył Włodzimierz Słobodnik

Bielskie ujście - Władysław Chodasiewicz

Bielskie ujście
Ilja Riepin - Moonlight - 1896


Przez okno pól rozległa przestrzeń:
na rzeką łąka, dalej las.
Na widnokręgu ciemne deszcze
przechodzą, szumiąc, raz po raz.

Tutaj pod stropem jasnej tęczy
na dachu cerkwi błyszczy krzyż
i co niedziela gwar zaręczyn
radośnie ulatuje wzwyż.

Tutaj bociany, żmije, błota,
strome urwisko pełznie wzdłuż,
powszednia sielskich dni prostota,
troska o wzrost zielonych zbóż.
Zroszonych polan leśne trawy
depcze po drodze ciężki but —
i w płaszczu niosę tuman mgławy
jesiennych, petersburskich wód.

I ku rumianych dziewcząt licom
zniżając poetycki lot,
tchnę na nie smutkiem i gruźlicą,—
zatrutą wonią newskich błot.

I wciąż mi szepczą myśli żwawe,
że już od niepamiętnych lat
rządzi się takiem samem prawem
i ludzki, i anielski świat.

A ten, którego skroń uświetnił
Bożej wszechwiedzy mocny wiew,
to był — po prostu pierwszy letnik
wśród pierworodnych ziemi drzew.

Z dalekich Wyżyn niosąc krok swój
w dolinę cichych, rajskich róż,
oddech rozkładu i uroku
na chwiejnych skrzydłach z sobą niósł.

Władysław Chodasiewicz
Przełożył Józef Łobodowski

Dla tego blasku za oknem - Ludmiła Marjańska

* * *

Dla tego blasku za oknem
na gałęzi modrzewia
warto otworzyć oczy
zdjęte jeszcze snem
Tam trwa przeszłość
uparta nieustępliwa
okrutna lekcja historii
Tam zmarli stale odchodzą
w obce światy
w cudze objęcia
To co było niegdyś żywe
promienieje
albo głazem
kładzie się na sercu
strwożonym
nierówno bijącym
Chwile płyną powoli
z trudem budują dzień
Otwórz oczy

Ludmiła Marjańska

Jesień - Włodzimierz Stebelski

Jesień

James Tissot - Oktober
Po słowiczych serenadach
I komicznych oper nutach
Ziewam na wsi jak idiota
I w juchtowych chodzę butach.
Nudna jesteś, jak dewotka,
Ty, jesieni, żółta, błotna,
Ty i głupi mój ekonom,
I girlanda róż samotna.
Chciałem w parku zagrać z nudów
Załzawionym róż bukietom -
Wiatr pozrywał z arfy struny...
Dajmy pokój już sonetom!

Z reumatyzmem błądzę konno
Po skoszonych pól przestrzeni.
Co też ten agronom gada
O nadziejach pstrych jesieni!
Niby, że potęgą pracy
To zrobimy albo owo...
Że odrodzę się, jak feniks,
Gospodarką postępową...
Ach, nie mogę zastosować
Tej jesiennej mądrej lekcji,
Wkrótce bowiem bank przyjedzie...
Dajmy pokój rezurekcji!

Więc jak chiński cesarz siedzę,
Jak zakonnik piję wino,
Potem śpię, a potem idę
Z celną strzelbą za zwierzyną.
Ale wino głowę pali
Jak w kraterach lawa wrząca,
A mój strzał na szarej miedzy
Psa ruluje, nie zająca.
A więc teraz niech beze mnie
Dzielnych druhów rzesze bliźnie
Biją w rogi i w puchary -
Dajmy pokój już tężyźnie!

I ujrzałem także ciebie,
Bóstwo młodych mych uniesień!
Zwiędła wiosna, zgasło lato,
Przyszła na nas wczesna jesień!
Gdy odwiedzę ciebie, pani,
To wspomnieniom słodkim gwoli
Będziem ziewać przy herbacie
W ślamazarnej melancholii.
Ale - słońce mej miłości! -
Babskim latem mnie nie okuj!
Bzy minęły i słowiki...
Dajmy sobie także pokój!

Włodzimierz Stebelski