.

.

piątek, 21 czerwca 2013

O, gdzie to ja się nie mościłem - Ryszard Milczewski - Bruno

***

O, gdzie to ja się nie mościłem
I z jaką wiarą w to co upadło
A już się podnosi - i jak - -
O, żądzo - do niepoznaki aż - -
Po lustrach węszyli głęboko
A patrzcie patrzcie: mówiłem
Z tyłu słupiały żony i osły - -

Skoczne bo w pałukach flety
W olchach - rozpalona miedź
Poroniona chandra oblatana szpakami
I kolędowanie o kulach anielskie
Z lamą w oczach i kłem w piersi --

W lipnicach gdzie maderyzowany moszcz
Mario - daj mi umrzeć marnie--

Ryszard Milczewski - Bruno

Co noc - Edward Stachura

***

Co noc
kiedy schodzą do knajp kolędnicy
na wódkę śledzia i dziwki
w dalekich miastach Orionu
Arlekin paznokcie gryzie do krwi
i szczury przyzywa
na piszczałkach swoich nóg

To znak że nie dosyć fioletu
zapachu mydła
chleba i łaskotania nozdrzy

A tam
kolędnicy
wchodzą w kufle złotego piwa
i zębami w uda żarłocznie

Edward Stachura

Niebo to jednak studnia - Edward Stachura

***

Niebo to jednak studnia
a więc tyle cembrowin
ile smutku i gwiazd

Lecz najsmutniej jest wtedy
kiedy skalpel księżyca
otwiera obłok
jak brzuch delfina

Edward Stachura

Wyznanie - Hermann Hesse

Wyznanie

O, gdzie doszukać mi się dzisiaj druha? —
Łańcuchy błędne żurawi na chmurach,
rozbitki w czółnach, stada bez pastucha,
noc, nieprzespany sen, czarna wichura.
Za mną, przy drodze, w zmierzchach toną
ruiny świątyń, wirydarze
zdziczałe, poza mgieł osłoną,
niedokochanych kobiet twarze
i fale, gdzie stąpałem, blady.
Zatarte liżą martwe ślady,
i nie wie nikt, co tam spoczywa:
diademy władców, z lauru wieńce,
bluszcze, lub lira, lub pokrzywa?
Tak drzemią w melodyjnej męce
i leją blaski w zgasłe noce,
gdy nagle dłoń ma drga w pomroce
i ryją w gruzach żywe ręce.
O, celu! wyszczerbiłem dłuto,
wróg minął moją studnię strutą,
i wzdycha dusza, szczęścia chciwa.

Hermann Hesse
przełożył Stefan Napierski

Muzyka ulicy Złotej - Józef Czechowicz

Muzyka ulicy Złotej

Niebo odmienia się, choć wieczór nie ścichł,
wiatr jeszcze szepce, nim uśnie.
Niebo fioletem szeleści.
Wiatr - już nie wiatr - uśmiech.

Z ulicy Dominikańskiej śpiew chóru;
dziewczęta chwalą Marię.
Z Archidiakońskiej do wtóru
samotnych skrzypiec arie.

Domów muzyczne milczenie,
złączone z tęczy łukiem,
na czoło kościoła promieniem
opada, jak pukiel.

A teraz ktoś ciszę napiął,
bije w nią pięścią ze spiżu.
Dzwon wieczorny,
mocą metalu kapiąc,
zaczyna grać pod kościelnym krzyżem:

raz - i dwa - i trzy - - - -

Józef Czechowicz

Izrafel - Edgar Allan Poe

Izrafel

Jest duch na niebie, co ma lutnię
Z własnego serca ciepłych strun.
Nikt tak nie śpiewa dziko-pięknie,
Jak Izrafel, wśród gwiezdnych łun.
Słysząc go, gwiazdy dziwem zdjęte,
Jak legendowa niesie wieść,
Stają zachwytem w czar ujęte
I wszelka rzecz, która go słyszy,
W skupionej milknie ciszy.

W obłokach drżąca,
Tarcz miesiąca
Purpurą płonie,
I tchnie miłością zrumieniona
W eterów łonie.
A z nią Plejady,
Gwiazd gromady,
Których jest siedem wśród przestrzeni,
Stają w milczeniu odurzone
Czarem tych pieni.

I mówi ów płomienny chór,
Złożony z gwiazd tak wielu,
Że pieśni wdzięk i ognia żar
Płonący w Izrafelu
Pochodzą z jego żywej lutni,
Drgających strun..
Na której gra on, Boski pieca,
Wśród gwiezdnych łun

Lecz tam, gdzie jaśni mkną anieli
U Niebios proga,
G ł ę b i a  jest myśli powinnością
A  M i ł o ś ć  gdy płomieniem strzeli
Dorasta Boga.
Tam błądzą rajskich dziewic krocie
W świateł odmęcie.
Podobne gwiazdom czczonym przez nas
Na firmamencie.

Więc to niesłusznie Izrafelu
Najlepszy, bo  n a j m ę d r s z y  bardzie,
Że nasz śpiew ziemski beznamiętny,
Chcesz mieć w pogardzie.
Dla ciebie płoną na błękicie
Ognie bez skazy.
Udziałem twoim długie życie
Górne ekstazy.
Śpiewając w modrych świateł toni
Wawrzyn na jasnej nosisz skroni.

Toż nie dziw, że gdy w rytm ognisty
Wlewasz twą miłość, radość, żal,
Słucha w skupieniu chór gwiaździsty
Aż skona w ciszy uroczystej
Ostatnia z dźwięcznych fal.

O tak! Tyś boskim niebios wieszczem
Lecz tu, na naszym świecie
Radość się miesza z bólu dreszczem
I ziemskie tylko rośnie kwiecie.
A blady cień twej szczęśliwości
Gdy od niebiańskich padnie bram,
Rozprasza dla nas ciemność nocy
I za blask słońca starczy nam.

Lecz gdybym był!
Na gwiezdny pył,
Rzucony w słońc etery
A Izrafel na miejscu mym
Do ziemskiej zstąpił sfery
Nie tak by dziko, smętnie brzmiał
Doczesny jego śpiew.
Jak pieśń ma, co bijącym tętnem
Echem płynęłaby namiętnym
W bezmiar niebiańskich sfer.

Edgar Allan Poe
przełożyła Barbara Beaupre

Ostatnia miłość - Jan Lechoń

Ostatnia miłość

Dawno zmarli mych marzeń wierni towarzysze:
Poeci romantyczni, zapatrzeni w ciemnie,
Egerie w czarnych lokach - teraz nocą słyszę,
Bez zbytecznych pożegnań odchodzą ode mnie.

Już wczoraj mnie opuścił Wajdelota stary,
Ostatnim dyliżansem odjechał Fantazy,
Na dziedzińcu ułani zwijają sztandary,
Książę Józef już wydał odmarszu rozkazy.

Księżycowa poezji niech Was noc pochłania!
Za wszystko Wam dziękuję, lecz na nic tu płacze,
Choć z nową mą Marylą nie będzie spotkania,
Bo teraz kocham przyszłość, której nie zobaczę.

Jan Lechoń

Pieśń o niedobrej burzy - Józef Czechowicz

Pieśń o niedobrej burzy

Oj zaszumiały chmiele winogrady
ponuro ponuro
kiedy sypnęło lazurowym gradem
za górą

oj i pomknęły nadobne panienki
po ługu po ługu
zsunął się wężek srebrzysty maleńki
po pługu

oj malowany panie muzykancie
zła chwila zła chwila
już się most z pawiem na młynowym stawie
przechyla

oj w siwej burzy opadało kwiecie
i liście i liście
jużci pług w kuźni młotkami bijecie
ogniście

oj malowany panie muzykancie
umykaj umykaj
śmierć twoja błyszczy na stalowym kancie
jak mika

oj skrzypki skrzypki z samorodnej lipki
zakwilą zakwilą
długo się będą osmucały chmiele
tą chwilą

nie chciałeś panie kudłatym kowalom
uwierzyć uwierzyć
głowa pod mostem nad nią wody welon
już bieży

organy grają panieneczki łkają
pług dzwoni pług dzwoni
czy będziesz w raju czy ty będziesz w rajskiej
koronie

ej malowany panie muzykancie po coś
grał z gradem grał z gradem
nie lepiej było kochać skrzypki nocą
chodzić srebrnego wężyka śladem

Józef Czechowicz

Muzyka nocą - Jarosław Iwaszkiewicz

Muzyka nocą

Nie klękaj przede mną przyjacielu
Czas między nami ukląkł

Czas gra
Włosi mówią
il tempo suona

Wspaniałe jest
nasze wielkie rozpogodzenie

Świat jest przerażający
ale pływają w nim
jak w ogromnym akwarium

brzozy lisy
strumienie kwiatów
drogi polne
i drewniane domy

a także koncerty Brahmsa
i walce Chopina

Przyjmujemy w pokorze
wielkie zdumienie wielkie podniesienie
schodzenie w podziemia

Czas dał czas wziął
niech będzie imię jego umyte w muzyce

Nie klękaj daj rękę
pocałujemy się
pocałunkiem pokoju

Cóż nam innego pozostaje?

Jarosław Iwaszkiewicz

Za tysiąc lat - Jarosław Iwaszkiewicz

***

Za tysiąc lat
wszystkie kopuły czas wyrówna
i nikt nie będzie znał już naszych imion

dzisiaj na gwiazdy patrząc i na fale
oddech taimy przed świętym obrazem
ale już w naszym oddechu się czai
nicość

wstrzymany oddech to tylko jest próba
czasu gdy oddech w nas zaniknie wcale
i kiedy z lasem i gwiazdami razem
będziemy kroplą na skrzydłach cheruba
śmierci

wszystko czym żyjesz - a podobno pięknem
żyjesz - tak mówią - nic nie będzie znaczyć
okowy wieczności pękną

więc póki jeszcze możesz na to patrzyć
na szafirowe głębokości nieba
to patrz ty próchno
- i tylko tego ci trzeba

Jarosław Iwaszkiewicz

Pejzaż - Jerzy Liebert

Pejzaż

Chaty nad wodę zbiegły.
Woda widna i cicha.
Plebania na fali w lipach
Przybiera kolory cegły.

Stóg siana poprzez zagrodę
Rzuca się w rzekę rudy.
Tulą w nim mordy krowy,
Rogi kładąc na wodę.

Drogą błądzi Demeter,
Pełna trwogi i smutku:
Tylko ślady zostały —
Białe astry w ogródku...

Jerzy Liebert

Arlekin - Wacław Rolicz-Lieder

Arlekin

Jest kufer w moim domu, kufer wypłowiały,
Na rupiecie domowe wnętrze jego służy:
Kufer ciężki, skórzany, olepiony cały
Karteczkami, wspomnieniem odbytych podróży.

Skąd pierwszy raz powracał, dokąd szedł po wtóry,
Nie wiedzieć; wielką ilość kartek ma na grzbiecie:
Szedł przez lądy i morza, przez doliny, góry,
Znosząc wiele uderzeń na szerokim świecie.

Choć się na kufrze zgięło arlekińskie wieko,
Choć grat ze strychu wyźrzeć nie ma już nadziei,
Może jednak pójść w podróż, ba, nawet daleką,
Gdy kolej mu na grzbiecie nowy fracht naklei.

Gdy patrzę na ten kufer w domu zapomniany,
Przychodzą mi do głowy różnych myśleń roje:
Ten grat pokryty kurzem, przepodróżowany,
Z rogami odartymi — oto życie moje.

Wacław Rolicz-Lieder

Kroki - Paul Valéry

Kroki

Twe kroki, dzieci mojego milczenia,
W powolnym, zbożnym rytmie twego chodu
Ku łożu mego czujnego uśpienia
Stąpają nieme i w okowach z lodu,

Nieziemski cieniu, zjawo – o, jak miłe
Twe kroki ścichłe nagle! O niebiosa!…
Wszystek skarb szczęścia, o jakim nie śniłem
Przynosi z sobą twoja stopa bosa!

Jeżeli wargi, pochylone blisko,
Pragną dać zaznać kojącego trunku
Temu, co moją myśl ma za siedlisko,
W szczodrym pokarmie swego pocałunku -

Wstrzymaj się, w czułym nim zatonę niebie,
W słodyczy, co jest niebytem i życiem,
Bo żyłem tylko czekaniem na ciebie,
Kroki twe były mego serca biciem.

Paul Valéry
przełożył Roman Kołoniecki

Ziemia - Zbigniew Bieńkowski

Ziemia

Długo mnie obchodziła polem, borem, lasem,
źdźbła wzrostem, krokiem mrówki i strumieniem nagłym,
aż jak myśl niewidzialnym przyszła krajobrazem
i wszystkie widnokręgi na oczy mi spadły.

Ani ręką poruszyć, ani rzucić okiem,
tak wszechogarniające jest moje olśnienie,
ani łzą spłynąć, ani ulecieć obłokiem,
wyschły źródła, wiatr opadł, wygasło pragnienie.

Gdzie jestem i czym jestem? Skąd ten spokój we mnie?
Nic się nie miota, burzy, nie rzuca, nie pędzi.
Krew przepływa przez serce tak cicho śmiertelnie,
że słyszę przelot ptaków z życia do pamięci,

Czy jestem kroplą w morzu, śniegiem zeszłorocznym,
wspomnieniem, które toczy niepamiętna rzeka?
Czy jestem z krwi i kości, czy też zaobłocznym
zapisanym na wodzie marzeniem człowieka?

Jawa się we mnie ze snem plącze, przestrzeń z czasem,
lądy me schodzą w morza, me słowa w milczenia,
tylko wciąż mnie obchodzi polem, borem, lasem
ona, ziemska jak niebo, słoneczna jak ziemia.

Zbigniew Bieńkowski

Zielone włosów sploty - Sergiusz Jesienin

***

Zielone włosów sploty,
białe piersi dziewicy,
czemu, brzózko, z tęsknotą
topisz w stawie źrenice?

Co tobie wiatr mamrocze?
Co piasku gra muzyka?
Czy w gałązek warkocze
chcesz księżyca-grzebyka?

Odkryj mi tajemnicę
swojej drzewnej zadumy,
pokochałem w tęsknicy
twe przedjesienne szumy.

A brzózka na to rzecze:
— Dziś nocą w gwiezdnej głuszy
poznałam łzy człowiecze,
gdy żegnał mię pastuszek.

Las był księżycem zlany,
drzewa spały bezgłośnie,
on nagie me kolana
obejmował miłośnie.

I wsłuchany głęboko
w szmer liści, co się smucą,
rzekł: — Żegnaj, moje złoto,
aż żurawie powrócą.

Sergiusz Jesienin
przełożył K.A. Jaworski

środa, 12 czerwca 2013

Rozebrany - Tadeusz Różewicz

Rozebrany

Wszystkie wspomnienia obrazy uczucia wiadomości
pojęcia doświadczenia które składały się na mnie
nie łączą się ze sobą nie stanowią całości
we mnie
tylko czasem dopływają do mnie do brzegu
mojej pamięci dotykają skóry
lekko dotykają stępionymi pazurami
Nie będę kłamał
nie stanowię całości zostałem rozbity i rozebrany
któż się pochyli kto zainteresuje tymi fragmentami
ja sam jestem tak bardzo zajęty
kto może sobie przypomnieć formę mojego wnętrza
w tym zamieszaniu gorączkowym ruchu
na korytarzu gdzie tysiąc drzwi otwiera się i zamyka
kto odtworzy formę która
nie odbiła się ani w białej kredzie
ani w czarnym węglu
ja sam zapytany nagle
nie mogę sobie przypomnieć

mówią o mnie że żyję

Tadeusz Różewicz

Trawa - Tadeusz Różewicz

Trawa

W spojeniach murów
rosnę
tam gdzie są złożone
tam gdzie się łączą
tam gdzie są sklepione

tam wnikam
przez wiatr rozrzucone
ślepe nasienie

w pęknięciach ciszy
cierpliwie się plenię
czekam aż padną mury
i powrócą na ziemię

wtedy okryję
twarze i imiona

Tadeusz Różewicz

Theatrum - Marek Wawrzkiewicz

Theatrum 
(fragment)

I.
Najczęściej tam wracamy kiedy nikt nas nie chce
Gdy nic nas nie pamięta
                                   Dłoni ślad na murze
Zasypał gruz zarósł mech Kiedy ziemi obrót
Wymył to miejsce po nas stężonym powietrzem

Wierzę że powrócimy Wierzę - niepotrzebni -
Do zajazdów w bluszczu osiemnastowiecznych
Osypanych kurzem opadłego tynku
Do cieni głębokiego ronda kapelusza

Do tych wędrówek po rozmiękłych drogach
Mijamy wozy pełne ślusarskich narzędzi
I biegłych rzemieślników
                                   Dobra stara Anglio
Dobra stara Holandio
                                   Dobry wolny czasie
Szybszy niż my schyleni nad szklankami ponczu
Zamyśleni nad ogniem który rodzi popiół

Jakie tam mamy sprawy w tym spokojnym wieku
Zabójstwo dla honoru Dyskurs o zamieci
Może tę małą miłość na połowę życia
Albo noc w pocie końskim stygnącym na wietrze

Odejdźmy stąd odejdźmy
                                     Tynk szybciej opada
Pękają w domach szybki i bluszcze próchnieją
Do końca już wygrane to stare theatrum

Marek Wawrzkiewicz

Moje Jakuby znużenia - Miron Białoszewski

Moje Jakuby znużenia
                           Arturowi Sandauerowi
Wyżej
         hejnały kształtu
                              zamieszkiwania dotyku
        wszystkie pogody zmysłów...
Najniżej — ja
         to z moich piersi wyrastają
         schody rzeczywistości.

I nic nie czuję.
Nic soczystości.
Nic koloru.
Nie tylko nie jestem
          którymś z testamentowych bohaterów
ale gorzej niż flądra
          przylepiona do dna na zdychanie
          z uciekającymi w górę
          pękami balonów oddechu
gorzej niż kartoflana matka
         która wypuściła
         olbrzymie jelenie rogi kłączy
         i sama - skurczona
         prawie do zniknięcia.
         Uderz mnie
         konstrukcjo mojego świata!!

Miron Białoszewski

Elegia do sztambucha na ścięcie warkocza - Tadeusz Kijonka

Elegia do sztambucha
na ścięcie warkocza
                                                  K.L.
Ścięłaś warkocz — las upadł, jak źródło w popiołach.
Przez grzebień opuszczony wieje wiatr elegii.
Wysechł w pierścieniu kamień...
Jak się z tobą zwołam?
Jak dojdą przez jezioro znów do siebie brzegi.

Czy po legendzie lata tamtą poznam teraz?
Od ogniska pogańską,
Z włosami nad wodą.
Ścieżki niepokalane, wszystko wiatr zabiera!..
Ścięłaś warkocz —
Las upadł,
Mija pierwsza młodość.

Zejdę z gór na równiny. Chmurom ciąży żałość —
Już blisko żniwa deszczu,
Już namiot zwinięty.
Tyle po nas —co w ściętym warkoczu zostało:
Niknący oddech dymu zaprzeszłej legendy.

Zasypiam u ogniska,
Zbudzi mnie popiół
I rosa.

Tadeusz Kijonka

Nie śmiem - Tadeusz Różewicz

Nie śmiem

Spustoszony
przez śmiech i słowa
pobity przez
małe uczucia i rzeczy
przez pół miłości
i pół nienawiści
tam gdzie trzeba krzyczeć
mówię szeptem

Znacie ten głos
łamie się w suchej krtani
jak trzcina
Stare wiersze opadają ze mnie
o nowych nie śmiem jeszcze marzyć
o nowej poezji
którą
można przeczuć
w chwili szczęśliwej

Tadeusz Różewicz

środa, 5 czerwca 2013

Flamandowie - Jacques Brel



Flamandowie

Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są

Tańczą, bo dwadzieścia mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że miast o staropanieństwo drżeć
Trzeba za mąż iść i dzieci mieć

Tak rodzice przykazali im
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor przez kadzideł dym
Tak nauczał i dlatego może

Tańczą tak
Tańczą tak
Flamandowie tańczą tak

Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz
Gdy w niedzielę tańczą Flamandowie
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz
Obcy jest im jakikolwiek dreszcz

Tańczą, gdy trzydzieści mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie swój osiąga cel
Rosną dzieci i na piwko chmiel

Ich rodzice z dumy puchną aż
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor rozjaśniwszy twarz
Puchnie z dumy i dlatego może

Tańczą tak
Tańczą tak
Flamandowie tańczą tak

Tańczą przy niedzieli milcząc wciąż
Bez uśmiechu tańczą Flamandowie
Bo kto zna ich, co tu kryć
Nie do śmiechu jest Flamandem być

Tańczą mając siedemdziesiąt lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie osiągnęło cel
Rosną wnuki i na piwko chmiel

Cali w czerni jak rodzice ich
Belfer w szkole i jak mnich w klasztorze
Do podziału w testamentach swych
Mają sporo i dlatego może

Tańczą tak
Tańczą tak
Flamandowie tańczą tak
Flamandowie tańczą milcząc wciąż

Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Mają twarze bez kropelki krwi
Kto ich zna ten rację przyzna mi
Tańczą, bo skończyli już sto lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat

Że się ma prawnuki że ho ho
I że nóżki jeszcze żwawe są
W tańcu płyną do rodziców swych
I do belfra, co ich beształ w szatni
Do przeora, co rozgrzeszał ich
Płyną, gdy już może raz ostatni

Tańczą tak
Tańczą tak
Flamandowie tańczą tak
Tańczą tak

Tańczą tak
Flamandowie tańczą tak

Jacques Brel
tłum. Wojciech Młynarski

Słuchając muzyki Mozarta - Lőrinc Szabó

Słuchając muzyki Mozarta

"Pogodnych godzin tylko mierzę przepływanie",
kilka słów mówiło, pręt żelazny na ścianie
zegara słonecznego. I ja też czytałem
inskrypcję tę łacińską, tak bardzo być chciałem
owym wesołym starcem w głębi smutnej duszy,
co takie mądre kazał ryć litery w głupim
kamieniu... Chociaż, kto wie, czy błyskiem nie była
przelotnym lub jedynie czy się nie zrodziła
z przekory, z intuicji owa myśl? I we mnie
bywały one kiedyś... Teraz cienie ciemne,
od światła cięższe, tylko pozostały... Trzeba
ponad chmurami schwytać wieczne lśnienie nieba!
złocistą słońca powódź! jego morze! chwile
nieważkie, lotne, ciche jak skrzydła motyle,
jak pocałunki słodki czar lekkomyślności,
ją nade wszystko, w której upojenie gości,
młodzieńczą rozkosz, której ponowienie późne
żal tylko niesie, skargi i wymówki próżne:
jak alkohole lotną i z dzikich najdzikszą
tę ważkę świteziankę od błyskawic szybszą,
ten ogień błękitno-maliowy, który
z szelestem się unosi spiralnie do góry,
zatacza z ukochanym ósemki i płynie
przez południa upalne i w zmierzchu godzinie!...
Wśród bagien i szuwarów, nad jezior obszary,
pod roziskrzonym niebem, ciałem tylko stary,
znów dzisiaj lecę... (Ejże! - mruczy we mnie owa
potworna prawda) ...Tak, tak, trzeba mi od nowa
doścignąć dziś raz jeszcze ten lot bezcielesny,
mój Boże, to pływanie, jak za lat mych wczesnych
dzieciństwo to robiło: raz jeszcze z powrotem
wzbić się w górę jak komar powłóczystym lotem,
unosić jak syrena, łagodnie falować;
nie pragnę nic, jak tylko niezmiennie żeglować
po wiecznym czystym niebie, a i dzisiaj nawet,
gdy wyobraźnia niesie duszy mojej nawę,
gdy rozum mnie wstrzymuje, wnet unosi ona
obraz, co jak batuta w górę podniesiona
wskazuje trąby, skrzypce, potem lekko zgięta
rozbrzmiewać każe fletom z woli dyrygenta!
Więc kiedy światło, słońce, pogodę, jutrzenkę,
zapachów taniec, cichą niby wiatr sarenkę
trzeba mi teraz przynieść z błękitów wysokich,
z ich spienionych kipieli, stamtąd gdzie obłoki,
by mnie gorące, nowe prądy przenikały,
nie potwory z Grenlandii, zimne, jak ten biały
polarny niedźwiedź, czarny mors straszliwy,
przez które tyle cierpi biedak nieszczęśliwy,
że tak jak on bym wolał sprzedać piekłu ducha
i bojąc się ich grozy, lękając się słucham
Mozarta i o wiośnie przyszłej lub o lecie,
które minęło, myślę (a i ono przecież
już pięćdziesiąte piąte, więc też stare było!)
i westchnę; lecz, uzdrawiaj, znów obdarz mnie siłą,
muzyko, ty Wszechświata słodkie bólu tchnienie,
zaczarowany rytmie, błogie upojenie
nadziei, wiary: smuga złocista przez pokój
biegnie i w sercu niczym niezmącony spokój,
i szklanym żarem jasno promienie płonące,
pod morskim seledynem żywych liści lśniące,
i mądrość tych pogodnych starców, owa mądrość,
jaką zapewne posiadł ten, co radą mądrą,
ów zegarmistrz słoneczny, który "Non numero
horas nisi serenas", swą przestrogą szczerą
upomina nas, kładąc te słowa łagodne:
"W pamięci chowam tylko godziny pogodne".

Lőrinc Szabó
przełożył Bohdan Zadura

Erotyk - Krzysztof Kamil Baczyński

Chelin Sanjuan
Erotyk
            Mojej najdroższej Basi - Krzysztof
W potoku włosów twoich, w rzece ust,
kniei jak wieczór -- ciemnej
wołanie nadaremne,
daremny plusk.

Jeszcze w mroku owinę, tak jeszcze różą nocy
i minie świat gałązką, strzępem albo gestem,
potem niemo się stoczy,
smugą przejdzie przez oczy
i powiem: nie będąc - jestem.

Jeszcze tak w ciebie płynąc, niosąc cię tak odbitą
w źrenicach lub u powiek zawisłą jak łzę,
usłyszę w tobie morze delfinem srebrnie ryte,
w muszli twojego ciała szumiące snem.

Albo w gaju, gdzie jesteś
brzozą, białym powietrzem
i mlekiem dnia,
barbarzyńcą ogromnym,
tysiąc wieków dźwigając
trysnę szumem bugaju
w gałęziach twoich - ptak.

Dedykacja:
Jeden dzień - a na tęsknotę - wiek,
jeden gest - a już orkanów pochód,
jeden krok - a otoś tylko jest
w każdy czas - duch czekający w prochu.

Krzysztof Kamil Baczyński

wtorek, 4 czerwca 2013

Jakże mógłbym żyć w tym mieszkaniu wiatrów? - Artur Lundkvist

* * *

Jakże mógłbym żyć w tym mieszkaniu wiatrów?
Wiatr wstrząsa moim łożem, w wietrze ginie mój krzyk.
Wiatr gasi mój ogień, pokrywa moją miłość.
Wiatr odziera liście z moich drzew
i smuży się jak ciemne włosy nad wodami.
Wiatr spędza konie na dół z górskich zboczy.
Wiatr zmaga się z chmurą niosącą burzę i zwycięża.
Wiatr połyka kurz gromadzący się na drogach
i dymy ze wszystkich kominów.
Wiatr tnie policzki swymi ostrzami
i głosy dzwonu dobywa ze skał.
Wiatr zapędza zwierzęta do podziemnych legowisk.
Wiatr wycieńcza moje ciało, rozprasza mą duszę.
Wiatr ogłusza mnie i odrzuca swoim hukiem,
zaciekłością nieskończoną,
nacierając całą siłą swego błękitnego łona.
Wiatr zamyka otwartą książkę
i liść przylepia do ust kamienia.
Wiatr mieści w sobie wszystko, co żyje i pędzi
na oślep, od urodzenia do zagłady,
ze skargą na wszystkich przelotach i szczytach.
Wiatr jest bez serca i nie do zranienia,
i pozostaje tajemnicą,
która co dzień otwiera nam oczy, wstrząsa domem naszych przyzwyczajeń.
Na cały świat wieje ten wiatr – po nieskończoność.

Artur Lundkvist
przełożył Zygmunt Łanowski

Sonet XLVI (2-gi przekład) - William Szekspir



Sonet XLVI

Śmiertelną wojnę serce z okiem toczy,
Jak mają łupy z twej istoty dzielić.
Twój widok pragną zabrać sercu oczy,
a serce nie chce im tego udzielić.
Me serce twierdzi, że cię przechowuje
Tam,gdzie nie wedrą się oczu kryształy;
Oko w tym prawdy żadnej nie znajduje
Mówiąć, że w nim się skrył twój obraz cały.
By postanowić w tej sprawie,zebrano
Sąd myśli,w sercu mających mieszkanie,
I wspólną wolą ich wyrok wydano:
Oczy część wezmą, część serce dostanie.

I tak: do oczu twój obraz należy,
A serce w głębi mego serca leży.

William Szekspir
przekład Macieja Słomczyńskiego

Sonet XLVII - William Szekspir

Caravaggio
Sonet XLVII

Z sercem związało się teraz me oko;
Nawzajem świadczą dziś sobie grzeczności;
Gdy oko głodne jest twego widoku
Lub serce wzdycha żałośnie z miłości,
Miłego obraz oko na stół daje,
By stał się sercu ucztą wizerunek.
A czasem serce mym oczom podaje
Myśl o mym miłym jako poczęstunek.
Tak, przez twój obraz lub moje kochanie,
Nadal przebywasz przy mnie, choć daleki,
Gdyż uciec myślom mym nie jesteś w stanie,
Są zawsze przy mnie, lecz z tobą na wieki,
Lub, jeśli usną, zbudzi oko moje
Me serce, ciesząc obrazem oboje.

William Szekspir
przełożył Maciej Słomczyński (?)

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła - Tadeusz Miciński

* * *

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła
z zarzewia komet czy z mroku przepaści -
przyjdź - ustroimy w lotus nasze czoła
i gibkie ciała nasze nard namaści.

Annemarie Holloway
Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,
jak prześwietlone senne kłosy.
Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,
w których się pławi czarna sykomora.
A Twoje usta, pachnące jak róże -
chłodne - jak płomień zaklęty w marmurze.
W ogrodach piersi kwitnące jabłonie,
jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie.
Biodra toczone ze słoniowej kości,
jako indyjska świątynia miłości.

O przyjdź - na liściach zwiędłych piszę
ten sen mój obłąkany -
rzucam je w strumień łez moich wezbrany -
niechaj w anielskie odpłyną zacisze - -

Ale mi włócznią swą miedzianą
potrząsasz - i groźna jak mrok -
rozdzierasz serce moje -
czarną pianą
dysze mi toń - ja pieczar tych smok -
weź moje skarby i Twe zimne serce -
opasz - niech błyszczy!

Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki,
po których szliśmy strojni w asfodele -
rubin - czyśćcowe jeziora rozłąki -
i miłość, którą oddałaś w kościele
innemu - a diament - moje serce dumne,
stopione w ogniach i rzucone w trumnę.
Na czole Twoim płomień chryzolitów,
abyś widziała gwiazdy konające -
ortoklast zimny, smutny jak miesiące
zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.

Ale ci jeszcze składam te szafiry
i perły jak chmury bezdomne,
i krwawej jaszmy obłąkane wiry -
na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę -
pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów,
bo się spotkamy - za progiem tych światów.

Tadeusz Miciński

niedziela, 2 czerwca 2013

Niczym długa cienka struna - Jaromir Nohavica



Niczym długa cienka struna

Niczym struna co się pręży
oczekując na mój dotyk
Niczym przemoczony księżyc
który płynie srebrem wody
Niczym wraki u nabrzeży
grosze dane pokojówce
Niczym dzwony miejskiej wieży
gdy u bramy obce hufce

Taką czuję smutną ciszę
taka ciemność płynie we mnie
póki czarne brzmią klawisze
jednostajnie i niezmiennie
Tylko takie pieśni umiem
Tylko takie pieśni umiem
Tak jedynie świat rozumiem

Niczym liść co jeszcze płonie
choć już jesień na walizkach
Niczym chłodne cudze dłonie
lecz nie twoje, moja bliska
Niczym puste obietnice
których tyle się wytliło
Jak milczące twe źrenice
co nie proszą mnie o miłość

Niczym brzemię niepotrzebne
które niosę bez uśmiechu
Niczym ptaki, ech, podniebne
ptaki lżejsze od oddechu
Niczym pierwszy haust powietrza
jak ostatni błysk płomienia
Jak milczącej nocy bezmiar
i jak miłość której nie ma

Jaromir Nohavica
przełożył Antoni Muracki

Tylko pustka - Kenneth Rexroth

Tylko pustka

Czas jak szkło
Przestrzeń jak szkło
Siedzę cicho
Gdziekolwiek Cokolwiek
Się zdarzy
To cichy to głośny wciąż niespokojny
Wąż owija się
Wokół siebie
Rzeczy są przeźroczyste
Przemijające
Tylko pustka
Bez granic
Tylko nieskończenie nikła
Pieśń
Zwijającego się umysłu
Tylko.

Kenneth Rexroth
przeł.?

Słowa nie znają niedzieli - Henri Meschonnic

słowa nie znają niedzieli

słowa nie znają niedzieli
tak jak rok nie wie co to drzwi
stół zastawiony jest w nas
i puste krzesło
wygłasza przepowiednię na dzisiaj
każdy dzień jest literą
a całe słowo to my

Henri Meschonnic
tłum. Krystyna Rodowska

Mur - Tadeusz Różewicz

Mur
(poemat otwarty, część IV)

Przez ten mur który
budowaliśmy razem
z dnia na dzień
dorzucając słowo
do milczenia
przez ten mur
przebić się nie możemy

zamurowani
własnymi rękami
umieramy z pragnienia
słyszymy jak obok
porusza się to drugie
słyszymy westchnienia
wzywamy pomocy
nawet łzy uciekają
w głąb naszych ciał

Tadeusz Różewicz

Dar - Denise Levertov

Dar

Właśnie kiedy wydajesz się sobie
pajęczyną utkaną z samych pytań,
inni składają w twoje puste ręce
swoje pytania i masz je nieść,
ptasie jajeczka, które się wyklują,
jeżeli dasz im ciepło, motyle
otwierające i zamykające skrzydła
w twoich złożonych dłoniach,
ufne, że nie zetrzesz
ich błyszczącego futerka, ich pyłku.
Dostajesz pytania innych,
jakby były odpowiedzią
na wszystko, o co zapytujesz.
I może właśnie ten dar
to jest odpowiedź.

Denise Levertov
przełożył Czesław Miłosz

Paralelizm - Kenneth Rexroth

Paralelizm

Mój stryj wierzył, że gdzieś,
Całkiem blisko, na drugim
Wszechświecie, ma swego sobowtóra,
Którego życie jest dokładnym przeciwieństwem
Jego własnego życia - człowieka
Po drugiej stronie punktu zero.
Czasem zamieniali się miejscami,
Nie we śnie, ale w momencie
Przebudzenia kiedy mój stryj
Uśmiechał się tak jakoś chytrze
I wahał się przez chwilę, a potem
Zajmował się własnymi sprawami

Kenneth Rexroth

Platon - Jacek Bieriezin

Platon - Rafael Santi
Platon

Nie mam do niego pretensji o to, że chciał mnie wypędzić z Republiki. Wiem, że składał
mnie na ołtarzu w ofierze żywiołom jasnym i życiodajnym. Wiem, że byłem tylko cieniem,
spoza którego pragnął dotknąć istoty rzeczy i zyskać wiedzę  p e w n ą.
Jasność sylogizmu przeciw ciemnej i strasznej jak noc mocy metafory, rodzącej dramat
i  n i e p e w n o ś ć , budzącej chaos i przerażenie.
Jego jednowymiarowe państwo, płód ciężkiej fantazji, nie było jeszcze najgorszą z tyranii.
Poza tym żyło na pergaminie.
            Współczesny Platon nie jest filozofem.

Jacek Bieriezin

Pustka tylko - Kenneth Rexroth

Pustka tylko

Nie potrafię od ciebie uciec.
Kiedy myślę, że jestem sam,
Budzę się, by stwierdzić,
że zatraciłem się w dżungli
Twojej miłości, w jej mroku
wysadzanym oczami nieznanych
Zwierząt. Budzę się, by stwierdzić,
że jestem leśnym ascetą
zamieszkującym niezgłębioną
Pustkę, jedyną myśl
o której nic nie można powiedzieć.

Kenneth Rexroth
przełożył Andrzej Szuba

Koty - Gunnar Ekelöf

Koty
Kot nie jest człowiekiem, powiadasz
nie jest chrześcijaninem –
Widziałem wiele kotów!
Bawiły się myszą która siedząc przed nimi piszczała
Potem wypuszczały ją wolno
by zdechła sama z szoku
i nie znaczona śladami pazurków
tylko małe miłosne ukąszenia.

Gunnar Ekelöf
przełożył Bolesław Fac

Wyznaję - Gunnar Ekelöf

Wyznaję

Wyznaję, wierzę
w niemożliwość
sztuka niemożliwości, ot i cała moja wiara
skądinąd, wyznaję, fałszywa.

Wiem, że tu u was
liczy się tylko to, co możliwe.
Więc pozwólcie mi pozostać obojętnym
na to co możliwe i niemożliwe.

Na starych ikonach Jan Chrzciciel niesie swoją głowę
na ocalałych ramionach i jednocześnie
na półmisku przed sobą:
ofiara zarazem i kapłan.

Wyznaję, że wierzę
w niemożliwość
w sztukę czucia, jak żyjesz
i czucia jednocześnie, jak się unicestwiasz.

Gunnar Ekelöf
przełożył Jerzy Lisowski

Jeśli się tak daleko zaszło - Gunnar Ekelöf

Jeśli się tak daleko zaszło

Jeśli się zabrnęło tak daleko w bezsens jak ja
każde słowo znów zaciekawia:
Odkrycie w mule
który odwraca łopata archeologa:
To małe słowo TY
jakby perła szklana
co niegdyś na czyjejś szyi wisiała
To wielkie słowo JA
niby odłamek krzemienia
który bezzębny gdzieś swój ochłap mięsa skrobał

Gunnar Ekelöf
przełożył Bolesław Fac

sobota, 1 czerwca 2013

List do Przyjaciela I - Karol Wojtyła



List do Przyjaciela I

Sobótkom się kłaniaj ode mnie
i świątkom starego Wowra,
post sprawującym po drogach
- ascetycznym, wychudłym świątkom.

- Płomień sobótki się zegnie,
zakotli nad goryczkami,
na dwóch zakolebie się nogach -
Kłaniaj się dębom, świerkom - wszystkim pamiątkom.

W tych sobótkach się serca sprzęgają
utajonych płomieni węzłami.
Poezja jest ukojeniem - sobótek córa.

Madochorze się kłaniaj ode mnie
z poszarpanemi sosnami - -
Ładnie dziś u Was, w górach!

Karol Wojtyła

List do Przyjaciela IX - Karol Wojtyła

List do Przyjaciela IX

Duszo, słowiańska duszo! – Wiem, są u Twego kościoła
progi z modrzewiów i obeliski, podsienia - -
Kadzidło wonieje jałowcem… w dymach ofiarnych wołam:
Duszo, słowiańska duszo, w jakie cię wkuto kamienie?

Jest w tobie wolność i rozhasanie warchołów leśnych – świerków,
jest kasetonów chmur sklepienie, - zieloność drzewnych skłonów,
a ponad tę odwieczną wolność masz białość modlną wierchów
i zamyślenie strzeliste w harmonii ostrołuczastych tonów.

Jest w tobie z renesansu cokół, szeroko zabudowany,
jak oddech w szerokie piersi wzięty, w kariatydowe sklepy,
myślą ponad kariatyd barki ku gwiezdnym strzelasz ranom,
tęsknotą i wolą Piękna niebiański ściągasz przepych.

Słowiańska duszo moja! Marzycielko odwieczna!
Ty sobótko – podleśna – omodlna - przyrzeczna.

Karol Wojtyła

List do Przyjaciela VIII - Karol Wojtyła

List do Przyjaciela VIII

Widzę tę tęsknot budowlę, jak dusz słowiańskich gontynę.
Słowianie się prawi wywodzą z dębowych, drzewnych zadum.
Z bierwion ojcowska chata. Pługa się ino imę.
Słowiańska duszo tęskna – Idę po świętych śladach.

Słowiańska duszo moja – tyś jest wpatrzeniem w Piękno,
i jesteś żądzą raju – z wieczystych nieukojeń –
Oto sięgasz prawicą, pochodnią zbrojną ręką
w wierzeje kute – gontyny rozewrzeć podwoje.

Oto tu apostolski jest kościół, chram i zamek:
tu ludzi miodnych, piastów gościnnych i lechów.
Oto w monstrancji niosą słowiański Sakrament –
Pokój idzie przyłogiem – błogosławi strzechom…

I oto – Amen – pieśniom niech się stanie zadość:
Słowiańska pieśń Miłości – Łado – Łado – Łado!

Karol Wojtyła

Tunel - Jacek Kaczmarski



Tunel

Pytają mnie - co czułem, kiedy prawie, prawie
już bym się na niebieskiej przeciągał murawie,

lub, biorąc pod uwagę wariant mniej wesoły -
zażywałbym kąpieli w kotle pełnym smoły;

więc - na początku jeszcze istniała szczelina,
przez którą stół widziałem, chleb i szklankę wina,

słyszałem, że papuga skrzeczy, że pies skomli,
choć nie miałem pojęcia - do mnie to, czy - po mnie?

To odchodzenie - leżąc i pomimo chcenia
Ze strefy światła w strefę bezbarwnego cienia,

choć całkiem bezbolesne, nie było przyjemne,
bo się działo - nie ze mną, a jedynie - we mnie,

jakbym w siebie zaglądał i dostawał mdłości
od widoku przepastnej, pustej wysokości.

Pomyślałem: to pewnie ten tunel świetlisty,
Którym dojdę - gdzie dojdę - na byt wiekuisty,

niemałą czując ulgę, że to wreszcie koniec,
gdzie się na koniec dowiem - co jest po tej stronie...

Tyle, że świetlistości tam nie było wcale;
już raczej brudny opar, jak w miejskim kanale,

już raczej nie budząca zaufania cisza,
fałszywa, jaką każdy oszukany słyszał,

wiedząc, że wyrok zapadł, ale w stryczka cieniu
nieświadomy do końca łeb... że w zawieszeniu!

Nie mogąc tedy stwierdzić, czym w piekle, czym w niebie -
Dosłownie i w przenośni - doszedłem do siebie.

Pojąłem - w psa skomleniu i papugi wrzasku -
Że tylko tutaj szukać mi mroków i blasków,

tutaj wszystko, co piękne, wszystko, co straszliwe,
bo żyje - przeżywane przez wszystko, co - żywe...

Jacek Kaczmarski