JA - Czesław Miłosz


Paul Gauguin - Adam i Ewa
JA

Przedziwne, siebie kochające Ja, mężczyzn i kobiet, adorujące siebie w lustrze.

Ile kremów, farbek, pomadek, krochmalu koszul, żeby wydało się sobie znakomite i zajaśniało.

Ale tuż za nim krzątają się niewidzialne kosmetyczki Czasu, kładą cienie zmarszczek w kątach oczu, dorysowują ustom wyraz goryczy.

Posypują popiołem włosy, zmieniają co własne w bezimienną maskę.

Lustro dogasa, oczy ledwo widzą, jak trudno uwierzyć, że dla aniołów możemy być jednorazowym zdarzeniem, nie cyfrą w wypełnieniu powszechnego prawa.

***

Najniewątpliwiej tamtych dwoje w Raju było jednorazowym zdarzeniem.

Pomyślcie tylko! Nie podlegać żadnemu prawu przemijania.

Ani prawu przyczyny i skutku.
Ani prawu niezgody między wolą i ciałem.

Nie było  J a. Było zapatrzenie.
Ziemia dopiero co wydobyta z odmętu.
Trawa jaskrawo zielona. Brzeg rzeki, tajemniczy.
I niebo na którym słońce znaczy miłość.

Czesław Miłosz

Cień na murze - Gottfried Benn

Cień na murze

Na murze cień gałęzi
poruszanych w południe przez wiatr,
to dosyć ziemi
a co się tyczy oka
dosyć udziału
w tym, co na niebie.

Jak daleko się jeszcze posuniesz? Broń się
przed natarczywością
nowych wrażeń -

leżeć bez słowa,
patrzeć na własne pola,
na całe to lenno,
szczególnie długo
trwać przy maku,
niezapomnianym,
bo dźwigał lato -

gdzie ono się podziało -?

Gottfried Benn
tłum. Tomasz Ososiński

Och daj - Gottfried Benn

Och daj

Ach, tam przy twoich ustach,
dniu ów przed święta dniem,
godzina róż sobotnia
nadziei promień śle!

Przegrody nie zawarte,
wciąż pełen róg bez dna,
wciąż światło nie zatarte,
wciąż jeszcze radość trwa!

Och daj - nim się wyrodzisz
w Ja i oporny świat,
powrotów czystych podziw,
nadziei drżący kwiat.

Ni rozdział, ni negatyw,
co dzieli myśl i czyn;
Oxfordu oraz Aten
istoty wspólny sen.

Ni wzniosłych czuć przestrzenie,
ni wybawienia brak,
godziny i marzenie,
och daj twej świecy blask.

Gottfried Benn
przekład Leszek Szaruga

Wszystkie te groby, kurhany - Gottfried Benn

Roman Kochanowski
Wszystkie te groby, kurhany

Wszystkie te groby, kurhany
na szczytach, nad jeziorami,
które przeryłem a w ich zwałach
widziałem wnętrze otwartej zielni,

Dźwigam je wciąż jak dźwigałem
glony i muszle we włosach,
pytam je wciąż jak pytałem,
gdy jeszcze tu było dno morza - ,

Wszystkie te groby, kurhany,
w których byłem i jestem,
muska teraz czasami
białe skrzydło powietrzne,

ono wznieść wieńcy nie może,
ni zbudzić blasku róż,
które ja tam położę,
lecz przechodzącemu coś mówi już.

Gottfried Benn
przekład Leszek Szaruga

Pierwsze pożegnanie - Zbigniew Jerzyna

Marek Langowski
Pierwsze pożegnanie

Tak, ptakom w locie omdlewają skrzydła;
wiem, że odchodzisz - i miłość jak niebo
puste, nic nie znaczące - jest ciągle nade
mną. Ziemia ciąży a jednak w niebo to
spoglądam - - -

I ciągle myślę w jakie cię ogrody
wprowadzać co dzień, jakie wiosny tchnienie
w ciało twe wnosić - i jaką koronę
z wiatru ci uwić - wysoko nad tobą.

Zbigniew Jerzyna

Tobie - Zbigniew Jerzyna

Tobie

Słońce pasie mną rozpacz. Morze ból przemienia.
Promień gwiazdy mnie spala - żłobi fakt
istnienia.
Krew moja się przetacza do strumienia nocy.

Idę tak, jakbym patrzył - patrząc - stracił oczy.

Głowie mojej lecący ptak poskąpił cienia.
Więc mnie dziś zakryj ramion chłodną falą.
Nogami mnie zatrzaśnij, bym czuł: to jest
ziemia.

Piersi twoje dwa źródła mojego pragnienia.

Zbigniew Jerzyna

Kat na łonie rodziny - Carl Sandburg

Francis Bacon
Kat na łonie rodziny

O czym myśli kat kiedy wróci wieczorem
Z pracy do domu? Kiedy siądzie z żoną
Dziećmi żeby wypić kawę i zjeść
Talerz jajek na szynce, czy oni pytają
Jak mu dziś poszła robota i czy wszystko
Było jak należy czy unikają
Niektórych tematów i mówią tylko
O pogodzie, o sporcie, o polityce
I o komiksach w dzienniku i co grają
W kinie? Czy patrzą mu na ręce jak sięga
Po filiżankę z kawą i jajka na szynce?
A kiedy dzieci poproszą: Tatusiu,
Bawmy się w konie, weź sznurek! czy on
Mówi im niby żartem: Mam na dzisiaj
Dość sznurka? Czy też mu się twarz
Rozjaśnia i powiada: Niezły jest ten świat
I fajnie się żyje. A kiedy biała
Twarz księżyca zajrzy w okno pokoju
Gdzie śpi niemowlęcym snem jego córeczka
I te odblaski pomieszają się
Z uszkami i włoskami niemowlęcia: co on,
Kat, wtedy robi? To chyba jest łatwe
Dla niego. Sądzę, że dla kata wszystko
Jest łatwe.

Carl Sandburg
przełożył Robert Stiller

Rozpacz siedzi na ławce - Jacques Prévert

Henri Rousseau
Rozpacz siedzi na ławce

Na skwerze na ławce
Siedzi człowiek w binoklach
I woła nas gdy przechodzimy.
W ubraniu zżartym od śniedzi
Ćmi papierosa siedzi
I woła nas gdy przechodzimy
Albo po prostu daje znak.
Nie trzeba na niego patrzeć
Nie trzeba słuchać co mówi
Trzeba przejść szybko ot tak
Jakby się go nie słyszało
I nie czuło jego wzroku
Trzeba przyspieszyć kroku.
Bo jeśli spojrzeć na niego
Jeśli posłuchać co mówi
Da zaraz znak jak czujny widz
I już nie wstrzyma nas nikt nic
By nie siąść przy nim. A wtedy on
Zaczyna urzekać nas uśmiechem.

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Katarynka - Jacques Prévert

Katarynka

Ja gram na pianinie
mówił jeden
ja na okarynie
mówił drugi
ja na skrzypcach ja na cytrze
ja na saksofonie
ja na kobzie ja na flecie
a ja na harmonii

I tak jeden przez drugiego mówili mówili
mówili na czym kto gra.
Nie słyszało się muzyki
przepadł wątek rytm
wszyscy mówili mówili
mówili mówili
Franciszek Kurzeja - Kataryniarz
nie grał nikt.

Tylko jeden człowiek milczał niby widz.
„A pan na czym grasz mój panie który śnisz
i nie powiedziałeś dotąd jeszcze nic?”
spytali go muzykanci.
"Na czym gram? Na katarynce,
a i w noże gram, jak nikt"
powiedział człowiek co dotąd
nie powiedział jeszcze nic.
Po czym wstał i nóż nastawił
wszystkich muzykantów zabił
i jął grać na katarynce.
A jego muzyka była
taka skoczna taka miła
że mała córeczka gospodarza domu
wypełzła zza gramofonu
gdzie z nudów we śnie zaskrzepła
i rzekła:
"A ja grałam w serso
i w piłkę siatkówkę
grałam w ślepą babkę
grałam w łamigłówkę
grałam w chowanego
grałam w mamę i tatusia
grałam w czarnego Piotrusia
grałam w kotka grałam w myszkę
grałam w loterię z fantami
grałam z moim braciszkiem
i z młodszymi siostrami
grałam w cztery kąty
i piec piąty
Lecz mam tego dosyć dosyć
cały świat ten zbrzydł dziewczynce
i chcę teraz grać w mordercę
i chcę grać na katarynce”.

Więc człowiek wziął dziewczynkę za rękę i śmiało
ruszyli przed siebie do miast
gdzie zabijali ludzi ile tylko się dało
po domach i parkach wśród gwiazd.
Po czym się pobrali
mieli dużo dzieci
ale
najstarszy w rodzinie
zaczął grać na pianinie
drugi na flecie
trzeci na harmonii
czwarty na klarnecie
piąty na saksofonie
a potem zaczęli mówić
mówić mówić mówić
nie słyszało się muzyki
ani rytmu ani wątku
i znów trzeba było wszystko
zacząć od początku.

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Dla ciebie moja miłości (2-gi przekład) - Jacques Prévert

Andrei Krioutchenko
Dla ciebie moja miłości
(2-gi przekład)

Poszedłem na targ z ptakami
Kupiłem kilka ptaków
Dla ciebie
moja miłości

Poszedłem na targ z kwiatami
Kupiłem kilka kwiatów
Dla ciebie
moja miłości

Poszedłem na targ z żelazem
Kupiłem złoty łańcuch
Najcięższy łańcuch
Dla ciebie
moja miłości

I poszedłem na targ niewolników
Gdziem ciebie szukał i szukał
Ale cię znaleźć nie mogłem
moja miłości

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Spacer Picassa - Jacques Prévert

Spacer Picassa

Na okrągłym talerzu z realnej porcelany
jabłko pozuje
a przed nim siedzi stroskany
malarz rzeczywistości
i próżno odtworzyć próbuje
jabłko tak jak je widzi
samo w sobie jako rzecz
lecz nie daje się odtworzyć tak łatwo
jabłko
i do wtrącenia ma proszę
swoje trzy grosze
jabłko.
Pablo Picasso - Still-Life with a Pitcher and Apples - 1919

I oto zaczyna się kręcić
choć nieruchomo leży
z grymasem przekornej niechęci
na swym realnym talerzu
i tak jak hrabia Paryża przebiera się w mgły Paryża
bo nic chce by go co rano wbrew woli portretowano
jabłko przebiera się gładko w owoc przebrany za jabłko
i wtedy wtedy dopiero
malarz rzeczywistości
dochodzi do świadomości
że wszystkie pozory jabłka są przeciw niemu na wspak
i tak
jak nędzarz bezdomny
jak biedak ułomny który znajduje się naraz
na łasce pierwszego lepszego stowarzyszenia
dobroczynności wspierającego i niepewnego
od nadmiaru dobroczynności wspierania i
niepewności
biedny malarz rzeczywistości
znajduje się naraz w zawiei
nie kończących się skojarzeń idei.

A jabłko obraca się dalej i wywołuje jak w transie
jabłoń kuszącą w raju i jabłoń kwitnącą w romansie
konewkę drabinę szpaler "pommes Parmentier" i szarlotkę
Kanadę i Hesperydy Normandię renety słodkie
jabłecznik zbity na rzadko i zbicie na kwaśne jabłko
grzech pierworodny wciąż żywy
i… sztukę i prymitywy
Wilhelma Tella wśród skał
z łukiem napiętym u łona
i nawet Izaaka Newtona
nagrodzonego kilkakrotnie na Wystawie Powszechnego Ciążenia Ciał
aż osłupiały malarz gubi w modelu oko
i usypia głęboko.

Wtedy Picasso
który przechodził tędy jak przechodzi wszędzie
bo tak mu się tak co dzień wydarza
widzi jabłko i talerz i uśpionego malarza.
"Co za pomysł żeby malować jabłko"
mówi Picasso
i Picasso jabłko zjada
a jabłko mu „Dziękuję” powiada
i Picasso tłucze talerz
i śmiejąc się odchodzi w głąb.
A malarz ze snu wyrwany
jak ząb
budzi się znów przed swoim płótnem nieskończonym
sam jeden obok groźnie błyszczących pośrodku
pestek rzeczywistości na rozbitym spodku.

Jacques Prévert
przełożył Stanisław Baliński

Małe serce (fragment) - Zbigniew Herbert

Zdzisław Beksiński
Małe serce (fragment)

pocisk który wystrzeliłem
z broni małokalibrowej
wbrew prawom grawitacji
obiegł kulę ziemską
i trafił mnie w plecy
jakby chciał powiedzieć
- że nic nikomu
nie będzie darowane

więc siedzę teraz samotny
na pniu ściętego drzewa
dokładnie w samym środku
zapomnianej bitwy

i snuję siwy pająk
gorzkie rozważania

o zbyt wielkiej pamięci
o zbyt małym sercu

Zbigniew Herbert

Ziemia - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Ziemia

Ziemia leci. W rotacji, w elipsie, w postępie
brnie w miękką nieskończoność. W długą nieskończoność
wraz z całym gwiezdnym kluczem płynie w równym tempie
noc przebijając głową, życiem uwieńczoną.
I czemuż jej nie przyznać, że do celu leci
jak żuraw, który sercem przemierza bezdroże,
krzycząc żurawim głosem tęskniących stuleci.
Ziemia, tęskniąca ziemia leci w jasną zorzę.
My na niej jak pająki, rude pasożyty
wgryzione pod jaskółki indygowe pierze.
Ona nas w drogę bierze. Nie cierpi lecz bierze
i życiem naszym mierzy czas w drodze przebyty.
I będziemy wciąż na niej z naszymi oczami,
ustami i słowami, i smutkiem i krzykiem,
Gdy nagle wpłynie w cel swój wraz z nami — wraz z nami,
A wówczas się zbudzimy w szczęściu wielkim, dzikim.
I zatrzyma się ziemia jak żuraw w Kairze.
Nadzieja zerwie z oczu przepaskę i klęknie,
i zagra pieśń spełnienia na swej złotej lirze — —
Będziemy w niebie z ziemią. Byłobyż to pięknie!
Czyżbyśmy się znużyli ziemią przeradosną?
— — Kto się zmęczył pięknością ulubionej twarzy?
Kto miał dosyć Wenecji? Kto się znużył wiosną,
lub słodkim pocałunkiem, nim go mróz powarzył?
W tej oazie wszechświata, w daktylowym cieniu,
byłby śmiech nieskończony, czad jak po eterze,
szaleństwo zastrzyknięte każdemu stworzeniu — —
Radosny każdy człowiek, mądre każde zwierzę.
Popędzajmy więc ziemię. Leć wielka jaskółko!
pogłaszczmy drżące ciało, rozpędzoną glebę.
Jeśli musisz, trać chwile na obroty w kółko
Lecz już doleć! I ja chcę się poznać z twym niebem.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Stary kościółek modrzewiowy - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Krystyna Jasińska
***

Stary kościółek modrzewiowy —
dzwonnica, ganek i kopułka —
Ma w sobie coś z siedzącej sowy
a tak serdeczny jak jaskółka…
Godny jak dziad co był w powstaniu
a lipy modłę szepczą złocą —
i człek by tu się w ust drganiu
modlił gdyby miał jeno o co…
Mieć jeszcze łez i pragnień tyle
by móc tak żebrać jak bywało…
za jedną tę najświętszą chwilę
weź mi ty Boże dolę całą.
I przeszła chwila… i daremnie
szukać nadśmiertnych w niej bezgranic
dobry ten Pan Bóg, że ode mnie
nie przyjął wtedy życia za nic.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Może tylko - Leszek Elektorowicz

Może tylko

jeden gest
słowo
spojrzenie
dać jeden kwiat
różę serca
chwilę szczęścia
może to niewiele
może to wszystko
co możesz
może istniejesz tylko
dla tej chwili
może tylko
w tej chwili

Leszek Elektorowicz

Przed ekranem - Leszek Elektorowicz

Marc Chagall
Przed ekranem

Oboje przed ekranem
on trzyma jej dłoń
patrzy na poruszające się
na tafli szkła kształty
słyszy strzały krzyki
akcja obojętna
pomieszane wątki
tylko jej obecność
faluje obok
wypełnia go sobą
nad wszystkimi
baśniami
ucisza zamęt
faluje obok
jest

Leszek Elektorowicz

Hej - ho! - Leszek Elektorowicz

Hej - ho!

Słyszę melodię z dziecięcych lat
kiedy unosi się znad klawiatury
tkniętej palcami mojej matki z mgieł
i wibruje głosem śnieżnej królewny
wskrzeszonej z filmowego snu
W obrazie tym szukam siebie
z tamtych dni - i nie znajduję
Ale baśniowe lasy zolbrzymiałe kwiaty
mchy pod baldachami grzybów niebosiężnych
zaroiły się: brodate krasnale
we wnuczęta zmienione
wśród jagód i białych paproci
krążą szukając prawdziwego dziadka
ale on też się odnaleźć nie może
poleciał za śpiewem królewny
i rozpłynął się w tle

Leszek Elektorowicz

Lustro - Leszek Elektorowicz

Lustro

Jakby przez moją twarz
przewiał kiedyś wiatr
i pozostał na niej
Twarz z innych dziejów
z innego miasta
piękniejszego o młodość
twarz ze wspomnienia
które jest światłem
skamieniałym

Leszek Elektorowicz

Muzyka słuchania z tobą - Adam Zagajewski

Muzyka słuchania z tobą
Music I heard with you was more than music...
Conrad Aiken
Muzyka słuchania z tobą
zostanie na zawsze z nami.

Poważny Brahms i elegijny Schubert,
niektóre piosenki, czwarta ballada Chopina,

kilka kwartetów o rozdzierającym
serce brzmieniu (Beethoven, adagia)

i smutek Szostakowicza, który
nie chciał umierać.

Wielkie chóry w pasjach Bacha -
jakby ktoś nas wołał

i żądał od nas radości,
czystej i bezinteresownej,

radości, w której wiara
jest czymś oczywistym.

Pewne fragmenty Lutosławskiego
ulotne tak jak nasze myśli.

Śpiew czarnej śpiewaczki bluesa
przeszywał nas jak lśniąca stal -

choćby dobiegał nas gdzieś na ulicy,
w zakurzonym, brzydkim mieście.

Niekończące się marsze Mahlera,
głos trąbki otwierającej piątą symfonię

i pierwsza część dziewiątej
(ty go czasem nazywasz "malheur"!).

Rozpacz Mozarta w Requiem,
jego pogodne koncerty fortepianowe,

które nuciłaś lepiej niż ja -
ale o tym dobrze wiemy.

Muzyka słuchania z tobą
zamilknie razem z nami.

Adam Zagajewski

Jakieś Ty - Stanisław Barańczak

Jakieś Ty

Właściwie nie muszę wiedzieć o tobie nic więcej, niż
to, że jesteś tym jakimś Ty, które formuje mi w ustach
i - przez opar wydechu, przez opór języka, przez niż
atmosferyczny, przez kłęby spalin nad jezdnią, mgłę lustra,
pył międzyplanetarny - każe przebijać się (z ust
do ust, przez morza, z tego świata na tamten, z chodnika
na chodnik, z murów mózgu w ten sam mur czy mózg)
drugiej osobie liczby pojedynczej czasownika,
jakiemuś "słyszysz", "nie milcz", "pamiętasz", "spójrz", "bądź",
które, prostolinijnie wysłane przed siebie, pętlą
powraca, nie drasnąwszy skóry, ścian, urwisk, słońc,
mój rozmówco, Fachowy Psychoterapeuto,
Łaskawy Czytelniku, Wszechmogący Panie,
Nieśmiertelna Jedyna, Od Czterdziestu Dwóch
Lat Już Wytężający Nadaremnie Słuch
Sobowtórze, Tubylcze na Brzegu, skąd jak bumerang
ze świstem nadlatuje ciągle to samo pytanie
zmienione w tę samą odpowiedź: że w międzyczasie umieram

Stanisław Barańczak

Z „Pieśni bez rymów” - Włodzimierz Słobodnik

Z „Pieśni bez rymów”

Włodzimierz Zakrzewski - Krakowskie Przedmieście
Gdy brat mój grał na wiolonczeli, śnieg
Za oknem stawał się wciąż cichszy
I cztery struny mnie wołały w dal,
W grudniową białość zamyśloną.

Niesprawiedliwy, senny spokój nasz
Wydawał mi się wtedy zbrodnią
I zbrodnią chleb na stole naszym był
I zbrodnią — węgiel w piecu naszym,

Bo na ulicy stał w ogonku tłum
I chleb kartkowy otrzymywał,
Podczas gdy grudzień nad dachami biegł
I dmuchał w twarz Warszawie śnieżnej.

Za wiolonczelą biegłem, biegłem w dal
I cztery struny w serce moje
Wpijały się do bólu i do łez,
Struny szalone, struny cztery!

Włodzimierz Słobodnik

Pogoda - Kazimierz Wierzyński

Pogoda

Srebrny, przedśnieżny świat
Nieruchomego spokoju,
Tylko na ganku czepia się wiatr
Uwiędłych sznurów powoju.

Srebrne, przedśnieżne pogody
Bez tęsknot i bez udręki,
Tylko mewy nad ogniem zachodu
Kołują i broczą jękiem.

Tylko po sennej, cynowej zatoce,
Zielona łódź przepłynęła,
Motor natrętnie tykoce,
Pachnie oliwa.

Tylko w miasteczku głucho i pusto
I przeraźliwie samotnie:
Dwoje dzieci skulonych pod chustą
W niemytym oknie.

Kazimierz Wierzyński

Do psa wyjącego na środku ulicy - Kazimierz Wierzyński

Do psa wyjącego na środku ulicy

Księżyc cię nie usłyszy,
On ucho ma w złotej
Świecącej się aureoli,
Co jemu do twojej psiej doli
I psiej potrącanej zgryzoty.
On - czarnoksiężnik wysoki,
Poetycką okryty legendą,
Zapatrzony sam w siebie
Tysiąc luster ma w niebie,
A ty jesteś miejskim przybłędą.

Jemu, gdy w obłocznym fotelu
Na sferycznym zasiądzie suficie,
Grają orkiestry z każdej planety,
Wiatry trzaskają jak kastaniety,
A z czym ty do niego, z wyciem?

On pogrążony w gwiazdach
O w kalendarzach Zodiaku
Przyszłość nad światem czyta,
Astrologiczny wróżbita,
Gdzie tobie tam, nieboraku.
On wieczność na w horoskopie
A ty masz hycla, który cię złapie,
I nikt nie stanie w twojej obronie
Zawiozą cię na hyclówkę i koniec.
Cicho. Daj łapę.

On cię nie słyszy,
On ma ucho zatkane górami.
Nie wyj tak. Nic nie pomoże.
Lepiej pomódl się: Boże,
Zmiłuj się nad psami.

Kazimierz Wierzyński

Pochodzenie węgla - Lucjan Szenwald

Pochodzenie węgla

W paproci, które czubem o słońce się tarły,
powstał węgiel. Paprocie kipiały zielenią,
węgiel jest czarny. Kiedy cykle się odmienią,
w jakiż produkt obróci się nasz świat umarły?

Pomyśl! Ta bryła z wnętrza ziemi wydobyta,
ma swoją przeszłość, mogła życie paproce
cierpieć. I wspominając dawnych kwitnień noce,
zapewne nieraz we śnie na nowo zakwita.

A kiedy na kominku spala się powoli,
ogarniając powietrze wielką falą ciepła
i kiedy blaskiem ściany pokoju ci złoci –

- ta wyzwalająca się istota zakrzepła
węgla, to światło, które oddycha i boli,
ten płomień – czyż to nie jest właśnie kwiat paproci?

Lucjan Szenwald

Spotkanie w czasie - Mieczysław Jastrun

Spotkanie w czasie

Nie opuściła mnie ciemna zgryzota.
Słowa nie leczą zbyt bolesnej rany,
Rzeczom tak obcy, wśród ludzi zbłąkany
Ciemność swą rzeźbię westchnieniem ze złota.

Raz tylko jeden spotkałem się z tobą,
W tobie, najsmutniej niedostępny z cieni.
I tak jak chłopiec złożony chorobą,
Przez okno patrzę na ogród zieleni.

Tam szumią drzewa! Tam ciepła muzyka
Świerszczy i trzepot czerwonych motyli,
Raz tylko jeden w życiu się spotyka
Ciche spojrzenie odchodzącej chwili.

By potem zawsze odchodzić - w drewnianej
Obojętności wszystkiego, za wszystkie
Przedmioty cierpieć i czuć, jak za bliskie
Drzew ściętych nagle ukazane rany.

Może pomogłoby objęcie drzewa,
Jodły pachnącej, zielonej topoli,
Może w obłoku osiki, gdy śpiewa
Lśniącym szelestem, jest to, co mnie boli.

Trudno jest nazwać cierpienie, któż zgadnie
Za co, dlaczego cierpimy wśród nocy
Ciemnych i ciężkich i pustych, w niemocy,
Jak odchłań nieba, w którą nikt nie wpadnie.

Jak chory, który poczuł powiew zdrowia
Ale nie wyznał bolesnej przyczyny
Jestem. Za oknem w szeleście listowia
Dojrzewa pierwsza czerwień jarzębiny.

Muzyki serca mego - samotności
Nie nazwę do dna, nie wytłumaczę,
Ja, ściana wątła, za którą wieczności
Wiatr czarny płacze.

Mieczysław Jastrun