.

.

czwartek, 28 lipca 2011

Cień - Jane Hirshfield

Cień

Tego ranka usiadłam w ciszy
i przez moment poczułam
uchylony lufcik ciała:
przęsła żeber stworzyły most nad przejrzystym jeziorem
które trwało wewnątrz nich i na zewnątrz;
z nadgarstków rozlewało się surowe niedobudzenie
nieba, gdy świerszcze już od paru godzin
milczą, a niskie gwizdy strzyżyków
i zgrzytliwe języki sójek jeszcze się nie zaczęły.
Po drugiej stronie kontynentu było już całkiem jasno,
a mężczyzna, którego kocham, pochylał się nad ciałem swojej matki.
Nie nad tym, które już było prochem, ale nad tym papierowym,
wsuniętym w szuflady, upchanym w kufry, pozostawionym.
Palcami odwracał wygładzone płaskie strony,
przedzierał się przez atramentową gęstwę ich środków,
jak przedzieramy się przez czarną bazgraninę atramentu
narodzin i śmierci, i przez białe brzegi, bo ciało
ma granice, są rzeczy niewypowiedziane pomiędzy matką
i synem, i kiedy później próbował mi powiedzieć
jak to było, pomiędzy nami i w nas
także były sfery ciszy. Posłuchaj, powiedział,
i słuchałam, a on podniósł otwarty telefon komórkowy
ku wschodowi. W każdym z naszych ciał morze
kołysało się raz bliżej, raz dalej na swojej wodnej łodydze.
Dla obojga nas była już noc, kolejny dzień wypłacał się nam
kuponami sukna. „Pamięć – napisała kiedyś – jest jak cień
domu: najdłuższy, kiedy ma już zniknąć...”
Wciąż byliśmy na linii słuchając
tłuczonych, łamanych, skrobanych kurantów szorujących fal –
przestrzenie między nimi diamentowe i czarne, puste i ogromne,
niemalże widoczne – i przez długą chwilę ciszy wspominaliśmy ją.

Jane Hirshfield
przekład Czesław Miłosz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz